piątek, 6 stycznia 2012

Publika szczera wdziera się na Możdżera

Ringo Starr wyjaśnił kiedyś, na czym polega istota studia nagraniowego. Chodzi z grubsza o to, ujawnił w swoim stylu Ringo, żeby gitara zabrzmiała jak fortepian, a fortepian (nie zgadniecie) jak gitara. I taką właśnie przemianę wykonał dzisiejszego wieczoru na oczach olsztyńskiej publiczności Leszek Możdżer. Wierzę, że potrafiłby zamienić gitarę w fortepian, ale miał pod ręką akurat tylko ten drugi instrument, który momentami brzmiał, po odpowiednich zabiegach, jak gitara. Nawet wiem konkretnie jaka. Słyszałem wyraźnie gitarę Mike’a Oldfielda.
Prawdę mówiąc pierwszy raz widziałem na żywo grę na preparowanym fortepianie. Moje ulubione podejście do muzyki – wydobywanie z instrumentu więcej, niż przewidział jego wynalazca. Mniej więcej tak, jak gdyby udało się samochodem drylować wisienki. Więc Możdżer i dojechał gdzie chciał („Polskie drogi” na bis), i zapełnił bagażnik wydrylowanymi wiśniami („Cherry”).


Aha, pozycja 9. odfajkowana. O bilety łatwo nie było. Jeśli w Olsztynie prawie 600 osób kupuje bilet za 60/80 zł (a trzy razy tyle obeszło się smakiem), żeby posłuchać jazzowego plumkania, i to pół roku po poprzednim koncercie, na który oczywiście też zabrakło biletów, to wniosek nasuwa się sam – nie jest źle z naszą wrażliwością muzyczną.
W związku z tym, a także w związku ze świąteczną atmosferą, wybaczam tym dwom paniom, co przez większość koncertu siedziały cierpliwie cicho przed nami aż w końcu nie wytrzymały i musiały przez ostatnie trzy utwory wymieniać się uwagami. Ciekawe, do cholery, na jaki temat? Pewnie analizowały niuanse artykulacji Możdżera. Szczere smakoszki drylowanych wisienek.