czwartek, 18 września 1997

Na Thamelu

Jesteś z Izraela? – spytał mnie zmęczony długimi negocjacjami uliczny sprzedawca skrzypiec sita. Nie wiem, czy zjechanie z 600 na 250 rupii nepalskich było wielkim wyczynem, ale widać wzbudziłem uznanie swoim skutecznym targowaniem. I jeszcze dorzucił mi w cenie kasetę z nepalską muzyką.


Rzecz działa się na Chaksibari Marg, jednej z ulic Thamelu, turystycznej dzielnicy Katmandu. Thamel. Niedaleko mieliśmy swoją siedzibę, hotel Pyramid. Przyzwoita dwójka, powiedzmy dwie gwiazdki (ładne, widne pokoje, łazienki z kafelkami, prysznic, ciepła woda, ręczniki, europejski WC, czysto i cicho), za 5 dolary. Już choćby ta cena pokazuje, czemu dzielnica jest turystycznym rajem. Pełno hoteli, sklepów, restauracji, biur podróży, ulicznych handlarzy.


Dla stałych bywalców egzotycznych krajów pachnie to na pewno tandetą, ale dla kogoś, kto pierwszy raz trafia w sam środek Azji, jest wystarczająco ekscytujące.


Jeśli chodzi o nasze zakupy, to poza skrzypkami kupiliśmy dwie kasety (nepalski pop za 90 i 70 rupii), trzy kolorowe narzuty (1050 rupii), pierścionek ze srebra z jakimś zielonym kamykiem (400 rupii), cztery balsamy (100 rupii) i pięć koszulek (800 rupii).


Tego nie kupiłem, przyglądam się tylko temu batikowi.


Dzielnica turystyczna, ale przecież mieszkają też tam zwykli Nepalczycy.


W różnym wieku.


Byliśmy świadkami ogromnej kolejki ludzi, którzy niedaleko naszego hotelu ustawili się, by składać hołd zmarłemu jakiemuś charyzmatycznemu przywódcy związkowemu i opozycjoniście. Przez cały dzień i noc dreptało w 500-metrowej kolejce stale kilkaset osób. Ulica została zamknięta dla pojazdów.


Sytuację obserwowaliśmy z dachu naszego hotelu. Razem z nami nepalskie kobiety. Do posesji, gdzie znajdował się zmarły, nie miały wstępu.