poniedziałek, 5 września 2016

Do cholery z tym jazzem

Jeszcze żadnego urlopu tak nie zaczynałem... Pierwszy wieczór w Barcelonie spędziliśmy w klubie jazzowym przy Plaça Reial. Niech nikogo nie zmyli ta duża kolejka. To fani flamenco, stojący karnie do klubu Tarantos (też tam kilka dni później trafiliśmy, ale w żadnym ogonku nie staliśmy, bo... bilety na flamenco kupiliśmy w internecie). Do klubu jazzowego po lewej stronie nie było tłumów.


Co poniedziałki od piętnastu lat o godzinie 20.00 (no, z małym poślizgiem) rozpoczynają się tam koncerty z cyklu What the Fuck Jam Session.


Przyznam, że urzekła mnie nazwa tej cyklicznej imprezy. Nie mniej urzekająca była cena, 4 euro (przy zakupie przez internet) to, jak na barcelońskie warunki, za darmo.


Przywitał nas kwartet. Dosłownie. Gospodarzem dzisiejszego wieczoru był pochodzący z Kolumbii, osiadły w Barcelonie od 2005 roku Oscar Neira, saksofonista i kompozytor, którego zespół nazywa się The Quartet.


Za klawiszami zasiadł Gilles Estoppey (mający związki ze Szwajcarią, po studiach w Amsterdamie i Nowym Jorku, obecnie barcelończyk).


Kontrabas targa Paco Weht (podobno pochodzący z Samarkandy, ale jakoś nie dostrzegam uzbeckich rysów na jego twarzy, co oczywiście w żaden sposób nie wpływa na odbiór świetnej muzyki).


Przy perkusji czuwał Santi Colomer, jedyny Hiszpan (Katalończyk?) w składzie. Perkusiści, jak wiadomo, mają zawsze najgorsze zdjęcia. Oczarowuje mnie hiszpańska nazwa perkusji. Batería...


Skoro jesteśmy na jam session, to dołączają kolejni muzycy. Ze swoją gitarą pojawił się Joel Moreno Codinachs.


Potem zastąpił go inny gitarzysta, z wyglądu reinkarnacja Franka Zappy, czyli Nicks Herrera.


Pojawiły się i skrzypce, a wraz z nimi João Silva, Portugalczyk (łatwo poznać po imieniu).


I jeszcze dwie zmiany (przynajmniej do czasu, kiedy wyszliśmy, czyli po trzech godzinach, zmęczeni nocnym lotem). Na saksofonie zamiast nieco lirycznego lidera zagrał pełen energii Claudio Marrero Santana.


Zmiana również przy instrumentach klawiszowych.


I jeszcze dwóch bohaterów dzisiejszego wieczora, choć nie muzyków. W kąciku przycupnął Manu Dimango,artysta plastyk, który wpada tu jak do siebie i rysuje co popadnie.


No i prowadzący dzisiejszy (i nie tylko) wieczór Aurelio Santos. Czy z wyglądu kogoś państwu nie przypomina? Za tydzień, gdy pojawi się w okularach, podobieństwo będzie jeszcze bardziej uderzające...


Jak to wszystko brzmi?

Krótko.


Lub długo.