niedziela, 17 września 2023

Szkot nad Brdą gra muzykę swą

Gdy na przełomie lat 70. i 80. zapisywałem sobie w kajeciku Listę Najlepszych Zespołów Wszechświata i Okolic, największe trudności miałem z pisownią Jethro Tull.


Z muzyką poszło o tyle lepiej, że znałem na pamięć wydaną w 1979 roku w Polsce składankę wytwórni Chrysalis, na której było m.in. Blondie, UFO z „Doctor Doctor”, okaleczona wersja „I’m Going Home” Ten Years After oraz właśnie Jethro Tull z „Moths” (pyszna koincydencja – wytwórnia „Poczwarka” wydaje piosenkę „Ćmy”). Że kiedykolwiek zobaczę na żywo kogokolwiek z tej składanki, nawet nie przyszło mi do głowy. Po całych dekadach udało się z UFO, udało dubeltowo z Ten Years After, a dziś spełniło się odkładane od lat, mimo kilku okazji, pragnienie zobaczenia na żywo grupy Iana Andersona.

Dodatkowo pojawiła się okazja, by zobaczyć, jak w zasadzie wygląda ta Bydgoszcz, miasto kojarzące mi się z Rulewskim, ważnym zjazdem ZHP, Druhną Małgorzatą, Byfauchem, dżemami Fordon i… to już chyba tyle. Miastem się nie zawiodłem.

Na siedzibę wybraliśmy 14 piętro w River Tower z widokiem prawie na Sisu Arena, gdzie odbył się koncert. Sisu chowa się za halami Torbyd i Immobile Łuczniczka.

Miastem się nie zawiodłem, a koncertem? Jeśli mam przed sobą świetne kompozycje, naładowanego energią lidera i odmłodzony skład reszty zespołu, to nie może być rozczarowania. Nawet jeśli w wokalu Andersona słychać, że to już siódma dekada na scenie…

Trasa pod hasłem „The Seven Decades” musi składać się z utworów z całej długiej historii zespołu. I tak było:

„Nothing Is Easy” 1969. Świetny początek, przenoszący nas do jedynie słusznej epoki w dziejach rock and rolla.

„We Used to Know” 1969. Utwór z dedykacją dla The Eagles, których wydany osiem lat później megahit „Hotel California” brzmi tak, jakby należał do tej samej sieci hotelarskiej… Anderson ugodowo twierdzi, że podobną progresję akordów można było już usłyszeć w zupełnie innych wcześniejszych utworach. Ale grafika z neonem Holiday Inn to jak puszczenie oka. Czego jak czego, ale poczucia humoru Ianowi nie brakuje.

„Living in the Past” 1969. Gdy słyszę ten utwór, przypomina mi się Tomasz Beksiński. Ten utwór w jego audycjach około pierwszej w nocy rozpoczynał kącik muzycznych wspomnień z najlepszymi płytami z przeszłości.

„Hunt by Numbers” 1999. Nie samą przeszłością Anderson jednak żyje. Nagły przeskok o 30 lat do przodu pokazuje, że może ta nagroda Grammy w 1989 roku za najlepsze wykonanie utworu w kategorii heavy metal nie była taka głupia.

„Dharma for One” 1968. Tym razem dedykacja na serio, czyli dla byłych perkusistów Jethro Tull. A trochę ich było, podobnie zresztą jak innych muzyków. W kategorii zaliczonych współpracowników Ian Anderson śmiało może konkurować z Robertem Frippem (dziś szósta rocznica wspaniałego koncertu King Crimson w Zabrzu, gdzie Jethro Tull grali dwa dni temu). Krótkie solo gra Scott Hammond. Nie, nie na klawiszach (przepraszam za ten suchar).

„Hammer on Hammer” 2023. Coś pomiędzy Thorem a Odynem.

„Songs From the Wood” 1977. Z wdzięcznością przyjmuję powrót do przeszłości. Joe Parrish-James nie tylko świetnie gra na gitarze, ale i dobrze śpiewa. Tu bardzo się przydał jego głos do harmonii będących znakiem rozpoznawczym tego utworu.

„Mine Is the Mountain” 2022. Próbowałem przetłumaczyć w chwili premiery, ale przyznam, że się poddałem.

„Bourrée” 1969. Bach i wszystko jasne! E-moll, jakby co. Basista ma ciężką robotę w tym kawałku. I nie, nie było to David Goodier (z przerwami w zespole od 2007), jak podają wszyscy, ale Jack Clark, który zastąpił go wcale nie w ostatniej chwili (zdaje się, że Goodier ma problemy ze zdrowiem).

Zasłużona przerwa. Mick Jagger też schodzi na przerwę, oddając na dwa numery mikrofon Richardsowi (ale Paul McCartney ani w 2013, ani w 2018 nie zszedł). Przedłużający się kwadrans antraktu to okazja do pamiątkowego zdjęcia ze spotkanymi na koncercie znajomymi z pracy (ale to dwie różne prace):

„Heavy Horses” 1978. Skoro nazwę zespołowi dał żyjący trzy wieki temu agronom, nie mogło zabraknąć pieśni o ciężko pracujących na roli koniach.

„The Navigators” 2023. Rock progresywny w najczystszej postaci – muzycznie i tekstowo. I John O'Hara prowadzi swe klawisze przez wzburzone morze kompozycji, nie wpadając ani razu na skały.

„Pavane” 2003. Kompozycja Gabriela Fauré’a. Fis-moll, jakby co.

„Mrs Tibbets” 2022. Oppenheimera na wizualizacjach rozpoznałem od razu… Też bym wolał, by broń atomowa nigdy nie powstała. A konkretniej – by nigdy nie powstały okoliczności, w których jej powstanie zawisło między możliwością a koniecznością.

„Dark Ages” 1979. Jesień średniowiecza, a na zewnątrz lato stulecia.

„Aqualung” 1971. Najdłuższy moment koncert. Mógłby być dłuższy, nikt by się nie pogniewał. Zwłaszcza, że koniec wisi w powietrzu…

„Locomotive Breath” 1971. Bis. Wolno użyć komórki, by zarejestrować przyjazd pociągu. Co robię z tym większym podnieceniem, że siedzę w strategicznie najlepszym miejscu na sali.


Ian żegna się z równą, a może nawet większą żywotnością, niż na początku koncertu. Osiemdziesiątka to nowa pięćdziesiątka, to oczywiste! Z taśmy słyszymy „Cheerio” z 1982 roku.


Wyjściu towarzyszy „What a Wonderful World”. Louis Armstrong wyprowadza nas w optymistycznym nastroju…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz