wtorek, 2 listopada 2010

Florian mu było na imię

O dworcach kolejowych i ich smakowitych przyległościach napisano setki piosenek. W jednych widzimy miejsce dramatycznych pożegnań i radosnych powitań. W innych, tych bardziej beztroskich, słyszymy radość z dalekich podróży.
Skaldowie – „Wieczór na dworcu w Kansas City”.


Maryla Rodowicz – „Remedium”.

Jeszcze inne songi, w których dworce są brudne i odrapane, można odczytywać jako metaforę nieudanego życia czy wręcz recenzję całej ojczyzny. I tych jest chyba najwięcej...
Elżbieta Mielczarek – „Poczekalnia PKP”.


Kult – „Polska”.


Bielizna – „Prywatne życie kasjerki PKP”


Czym jest olsztyński dworzec dla wielu mieszkańców Olsztyna i znacznej części województwa? Nie metaforą bynajmniej, a miejscem jak najbardziej przyziemnym. Odwiedzają je codziennie czy co tydzień w czasie dojazdów do pracy, do szkoły, do lekarza, do urzędu, na studia... Ich prawem jest czuć się komfortowo i wygodnie. Słyszeć wyraźne zapowiedzi, widzieć dobrze przygotowany i aktualny rozkład jazdy. Byłbym nawet skłonny zaryzykować narażenie się pasażerom i napisać, że skoro brakuje pieniędzy na piękne dworce, to trzeba podnieść ceny biletów, ale wątpię, by to coś zmieniło. Na kolei nic zazwyczaj nie dzieje się po kolei.