czwartek, 9 października 1997

Cztery w jednym

W piątym tygodniu podróżowania po Indiach i Nepalu byliśmy już uodpornieni na wszystkie sztuczki marketingowe. Z wytwórni dywanów w Agrze wyszliśmy z gołymi rękami. Za to z ocalonymi setkami dolarów w kieszeniach. Których i tak już zresztą nie mieliśmy.


Oprócz zobaczenia w Agrze tego, co trzeba, czyli Tadź Mahalu oraz Czerwonego Fortu, mieliśmy też okazję być w zakładzie kamieniarskim oraz wytwórni dywanów. U kamieniarzy nic nie kupiliśmy, bo po pierwsze kosmicznie drogo (jakieś setki dolarów), a po drugie... ciężko (jak się zabrać do samolotu z ważącym kilkadziesiąt kilogramów pięknym kamiennym stołem). U dywaniarzy też nic nie kupujemy. Wystarczyło, że drogo.


Drogo, ale trzeba przyznać, że pięknie. Ten dywan miał cenę wyjściową chyba 1000 dolarów. To zresztą nie jeden dywan, a cztery w jednym – nie dość, że jest dwustronny, to jeszcze po zaczesaniu w jedną lub drugą stronę zmienia kolor.


Może udałoby się zbić do 500, a może nawet do 200 dolarów, ale nie przyjechaliśmy przecież do Indii kupować dywany. Zresztą za dolara to my mamy śniadanie, a za dwa nocleg.


Po co więc w ogóle właziliśmy do tej wytwórni dywanów? Przywieźli nas rikszarze, którzy tanie przewozy (2 rupie za rikszę rowerową) rekompensują sobie prowizją od sklepikarzy, do których niemalże przemocą dostarczają swoich klientów.