piątek, 11 października 2019

Kandydatka wzięła mnie za księdza

Znów przeglądam listę kandydatów z komitetów niemiłych memu sercu, przyjaznych i obojętnych… Kolejność przypadkowa. Kogoś wybiorę.


Ten, 25 lat temu, po zadaniu niewygodnego pytania, życzył, bym nie był całe życie dziennikarzem.
O, a ta wzięła mnie kiedyś za księdza.
Z tym siedziałem wspólnie w kościelnej ławie na koncercie Pendereckiego.
A ten słał mi niegdyś maile, z których się śmiałem, zupełnie nieserdecznie.
Ten przez wiele lat wydawał mi się prostakiem, co potwierdziło się przy osobistym spotkaniu.
Z tym studiowałem, ale wyciągnęliśmy z tego różne wnioski.
Ten udzielał mi wywiadu w majtkach, a po latach zajrzał na mój koncert.
Do tego mam telefon w komórce, ale nie pamiętam skąd.
Ten uścisnął mi rękę, sądząc mylnie, że jestem kimś ważnym na imprezie.
Jeden związany był kiedyś z arcyważnym dla mnie miejscem.
A tę kandydatkę doprowadziłem swego czasu do płaczu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz