Znawcy mówią, że Monterey jest ważniejszy niż Woodstock. To chyba ci sami znawcy, którzy uważają, że prawdziwy Pink Floyd skończył się po wydaniu debiutanckiej płyty. Kłócić się nie będę.
Film „Monterey Pop” w reżyserii D.A. Pennebakera obejrzałem dziś w towarzystwie jakiegoś tuzina osób. To byłby drugi muzyczny film, na jaki wybrałem się tego roku w kinie, gdyby któryś olsztyński moloch kinowy zechciał zaprezentować „Power to the People: John & Yoko Live in NYC”, czyli koncert Johna Lennona z 1972 roku. Nie zechciał. Niezbadane są wyroki korporacji, bo na wyświetlenie w Olsztynie dużo bardziej niszowego dokumentu o Monterey Pop Festival z 1967 roku się zdecydowali. Film krótki, więc tym cenniejszy był wstęp Piotra Metza, który wyjaśnił co i jak.Obraz widziałem wiele razy i znam na pamięć, ale oglądanie na wielkim (no, średnim) ekranie to są jednak inne emocje. Filmy muzyczne w kinie mają kilka plusów i jeden ogromny minus – cienki niczym punkowa solówka na nienastrojonej gitarze dźwięk. Nie inaczej było i tym razem. Niby wiedziałem, że tak będzie, ale to zawsze zaskoczenie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz