Chciałem tylko, żeby gdzieś przekroczyć granicę, wszystko jedno którą, bo ważny dla mnie był nie cel, nie kres, nie meta, ale sam niemal mistyczny i transcendentny akt przekroczenia granicy.
(Ryszard KAPUŚCIŃSKI, „Podróże z Herodotem”)
Dwaj koledzy dziennikarze sprowadzili do Olsztyna katowicki zespół Kat.
Przed Katem zagrał szczycieński Hunter. Na koncert przybyło około dwustu, obowiązkowo długowłosych i ubranych na czarno, osób. Frekwencja niezbyt duża (mimo potężnej akcji plakatowej), ale należy pamiętać, że w tym czasie odbywał się w Olsztynie drugi koncert - w Regionalnym Ośrodku Kultury grały kapele punkowe.
Po lipcowym koncercie Boba Dylana rozbestwiłem się i, korzystając z pomocy osiadłego w stolicy Marka S., który kupił mi bilet, pojechałem podekscytowany na koncert Carlosa Santany. Artysta nieco może zapomniany w pierwszej połowie lat 90., ale przecież jedna z gwiazd Woodstocku 1994, który z zapartym tchem śledziłem w sierpniowe noce w telewizyjnej Dwójce. Ale oczywiście był przede wszystkim jednym z najważniejszych odkryć oryginalnego Woodstocku 1969. I dlatego miałem ciary jadąc na Torwar.
Piszę Carlos Santana, a to był przecież koncert grupy Santana. To jednak różnica. Więc nie jazz, nie blues, nie fusion (różne miał przypadki w karierze solowej Carlos Santana), a klasyczny rock latynoski w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Carlos zaczął od „Angels All Around Us” i od tego, że to jego pierwsza wizyta w „sercu naszego domu” (znaczy się w stolicy). I w ogóle zasiał w nas mistykę.
Potem energetyczne (dziś będą albo energetyczne, albo nieliczne liryczne kawałki) „(Da le) Yaleo” połączone z „Hannibal”. Potem „Sonny Sharrock”, hołd dla zmarłego 25 maja Sonny’ego Sharrocka, jazzowego gitarzysty (więc jednak jazz), w którym pierwsze poważniejsze solo zagrał Jorge Santana, oczywiście pod czujnym okiem starszego brata.
A potem zaskoczenie – fantastyczny temat „Maggot Brain” zespołu Funkadelic (powiedziałbym, że funk, ale to mało funkowe jednak jest), w którym bracia pograli solówki na przemian i wspólnie. Kolejno „Angel Love (Come for Me)” oraz przesłynne „En Aranjuez con tu amor”, czyli po prostu „Concierto de Aranjuez” Joaquína Rodrigo z 1939 roku. I na dokładkę kolejne covery, czyli „Peace on Earth... Mother Earth... Third Stone From the Sun” (trochę Coltrane’a, trochę Hendriksa i trochę Santany).
Potem „Luz, amor y vida”, za chwilę „Guajira”, „When You're in Love” i „Black Magic Woman” (to Petera Greena jest, wiem, że wiecie i wiecie, że ja wiem) połączone z „Gypsy Queen” (to Gábora Szabó jest, nie wiem, czy wiecie i nie wiecie, czy ja wiem).
I kolejne magiczne chwile: „Oye como va” (z zaproszonymi na scenę dzieciakami do wybijania rytmu i z cytatami w gitarowej solówce, np. z „Eleanor Rigby” i „Owner of a Lonely Heart”) oraz „Samba pa ti” (kochamy ten utwór tak bardzo, że Carlos dostaje od publiczności kolorową czapkę, która przystraja główkę gryfu jego gitary).
Potem „Bacalao con pan”, „Why Can't We Live Together”, „Toussaint L'Ouverture”.
I robi się jak na Woodstock, rytmicznie klaszczemy w oczekiwaniu na „Soul Sacrifice”, okraszone na koniec wspólnie zaśpiewanym z publicznością (!) cytatem z Coltrane’a („A Love Supreme”) oraz pięciominutowym solo na perkusji Billy’ego Johnsona.
Kochamy oczywiście również kolejne dwa utwory. Najpierw „Europa (Earth's Cry, Heaven's Smile)” a potem „Jin-go-lo-ba”, w czasie którego Carlos przedstawia członków swego zespołu, dając każdemu kilkanaście sekund na solówkę.
W czasie „Jin-go-lo-ba” Santana żegna publiczność, przesyła duchowe pozdrowienie i życzy bezpiecznego powrotu do domu.
I chyba są jakieś bisy sygnowane przez Santana Brothers, czyli „Transmutation” oraz „Industrial”, ale ja już jestem w drodze na Dworzec Centralny…
No dobra, kto wystąpił:
Carlos Santana – gitara
Jorge Santana – gitara
Alex Ligertwood – wocal
Chester Thomson – instrumenty klawiszowe
Karl Perazzo – instrumenty perkusyjne (o, to ten na zdjęciu)
Raul Rekow – kongi
Billy Johnson – perkusja
Myron Dove – gitara basowa (to przez niego mało nie zszedłem na zawał, gdy stojąc z prawej strony sceny metr od głośnika obserwowałem poruszającą się w rytm basu z amplitudą jakichś 50 centymetrów jego membranę, która jednocześnie oddziaływała na mnie fizycznie niczym fala uderzeniowa po wybuchu dwutonowej bomby).
Koncert odbył się w ramach trasy Sacred Fire, z którą grupa Santana objechała w 1994 roku świat lansując album… koncertowy „Sacred Fire: Live in South America” z 1993 roku. Dzięki!
A to było tak:
Angels All Around Us
(Da le) Yaleo # Hannibal
Sonny Sharrock
Maggot Brain (utwór Funkadelic)
Angel Love (Come for Me)
En Aranjuez con tu amor (autor Joaquína Rodrigo)
Peace on Earth... Mother Earth... Third Stone From the Sun...
Głośno, choć niezbyt tłumnie, obchodzono w piątek trzylecie Pubu From. Na swą imprezę Wojciech From zaprosił do hali „Startu” przede wszystkim Kult (co zapewniło frekwencję) oraz swych znajomych artystów (co zapewniło różne wrażenia...).
Imprezę rozpoczęło tradycyjne ostatnio na olsztyńskich koncertach... oczekiwanie na rozpoczęcie. Podobno przyczyną ponadgodzinnego opóźnienia była kradzież sprzętu. Tak przynajmniej oznajmił Konjo, który w swym tradycyjnym (nudnym już nieco) stylu zapowiedział „balanżkę”, czyli trzylecie Pubu From.
Muzyka rozpoczynającego występ Atrocious Filth jest trudna, mroczna i nieprzystępna, dobrze jednak robi percepcji tej muzyki stanie pod samą sceną, a jeszcze lepiej przy głośnikach. Piekielny grzmot wywołuje wtedy stosowne wrażenie. Nie tyle muzyczne, co czysto fizyczne...
Wylansowany przez Konja pan Witek, który wystąpił po Atrocious Filth, trąci już nieco komercją. Nie śpiewane przez niego piosenki, które z założenia są pretensjonalne, ale właśnie pan Witek. Pomysł z panem Witkiem, którego nazwałbym Nikiforem polskiej sceny muzycznej, jest dobry na jeden występ, na jedną piosenkę na koncercie, ale nie na wypełnianie cennego czasu zgromadzonej publiczności.
Kolejnym podmiotem wykonawczym był Sławek Pytliński. W kolejce po piwo można było obejrzeć filmy. Najpierw epatujące pięknem przyrody, później brutalne japońskie kreskówki. Potem jeszcze Lary z Ujadalsów usiłował rozruszać publiczność puszczaną z taśmy muzyką reggae. Widownia myślała już jednak tylko o Kulcie. Gdy więc nagle na scenie pojawił się Kazik, wszyscy stanęli na równe nogi (bo od występu pana Witka siedzieli lub leżeli).
Kult zaczął długą, wolną wersję „Celiny”. Utworów ojca Kazika (Stanisława Staszewskiego) było na piątkowym koncercie sporo: „Baranek”, „Knajpa morderców”, „Inżynierowie z Petrobudowy”, „Kurwy wędrowniczki”.
Wbrew przypuszczeniom Kult nie zaprezentował nowych piosenek, prawie w całości oparł swój występ na starych utworach. Jedynym nowszym, nieogranym jeszcze utworem były „Ręce do góry”. Większość kawałków pochodziła z ostatnich dwóch-trzech lat. Pierwszą piosenką z lat 80-tych było „Hej, czy nie wiecie", potem jeszcze „Arahja”, „Generał Ferreira”, „Krew Boga” i „Polska”.
Były też inne stare piosenki, ale obce: „Passenger" Iggy’ego Popa oraz „Dziewczyna o perłowych włosach” - superprzebój węgierskiej Omegi. Jeśli policzyć polskie piosenki, które Kult śpiewa stale, angielskiego „Passengera”, węgierską „Dziewczynę o perłowych włosach” (nawet nie będę starał się tego napisać w oryginale) i fragment w jidysz w finale koncertu, to okaże się, że Kazik jest niezłym poliglotą (a przecież zespół ma w repertuarze również piosenkę po rosyjsku).
Po „Polsce” Kult zabisował tylko jeden raz reggae’ową wersją „Piosenki młodych wioślarzy”, w którą wplótł fragment rapowego utworu z solowego repertuaru Kazika oraz wspomniany już kawałek w jidysz.
Kącik okładkowy, czyli miałem taką kasetę jednego z podmiotów wykonawczych (z ciekawości, nie dla jakichś uniesień artystycznych):
I miałem też sporo kaset Kultu, a na nich utwory, które pojawiły się na tym koncercie: