sobota, 17 września 2016

Karmazynowy Dom Muzyki

To, że w 2000 roku byłem na koncercie King Crimson w warszawskim teatrze Roma, nie oznacza, że nie mogłem się wybrać na występ zespołu Roberta Frippa jeszcze raz. Zwłaszcza, że po kolejnym wznowieniu działalności w 2013 roku, tym razem z wokalistą i gitarzystą Jakko Jakszykiem (polskie nazwisko to zmyłka, muzyk odziedziczył je po przybranym ojcu, polskim emigrancie z czasów II wojny światowej) w koncertowym repertuarze pojawiły się utwory z całej historii Karmazynowego Króla. Koncert w 2000 roku był przeżyciem, ale trochę nużące było słuchanie tego, prawdziwi fani niech mnie nie rozszarpią, heavy metalu, jaki zdominował twórczość King Crimson w końcówce XX wieku. Pożądane ciary, czyli warunek udanego koncertu, miałem w zasadzie tylko raz – gdy w czasie przerwy pojawił się na scenie samotnie z gitarą Adrian Belew i zaśpiewał „Three of a Perfect Pair”.
Od tamtego czasu Fripp kilkakrotnie zmieniał skład zespołu, a nawet zawieszał jego działalność. Z tamtej ekipy ostał się oczywiście Robert Fripp oraz Pat Mastelotto (perkusja). Ze starej wiary mamy jeszcze Gavina Harrisona (perkusja), który pierwszy raz w KC zagrał w 2007 roku, Tony’ego Levina (bas), pierwszy raz u boku Frippa w 1981 roku. Z bardzo starej wiary pojawił się Mel Collins (saksofon, flet), który zaczynał w King Crimson w 1970 roku, ale potem miał prawie czterdziestoletnią przerwę. Debiutuje w grupie w tym roku Jeremy Stacey (perkusja). No i oczywiście wspomniany już Jakszyk, muzyk doświadczony, ale w zespole dopiero od 2013 roku (z utworami King Crimson oswajał się w latach 2002-2004 w zespole 21st Century Schizoid Band).
Kto dobrze liczy, doliczył się trzech perkusistów. Podwójne zestawy perkusyjne spotyka się dość często (na koncercie Ringo Stara były dwie perkusje, a miesiąc temu w Olsztynie widziałem jak za jedną perkusją siedział Jerzy Piotrowski, a za drugą, nieco mniejszą, Apostolis Anthimos). Ale trzy? Nie przypominam sobie. Wrażenie jest niesamowite, zarówno wizualne (trzy perkusje w jednym rzędzie na froncie, pozostała czwórka muzyków na podwyższeniu, czyli odwrotnie niż zazwyczaj), jak i muzyczne (czasem gra trzech perkusji unisono, czasem uzupełnianie się, czasem przechodzenie przez kolejne takty z perkusji na perkusję).

Wiadomość o planowanych czterech polskich koncertach King Crimson pojawiła się prawie rok temu. Od razu też pojawiły się bilety. Nie zastanawiając się, kupiłem od razu dwa. Dla siebie i dla podzielającej zazwyczaj moje muzyczne fascynacje Małżonki, która słabo znała King Crimson, a nawet okazało się, że bardzo lubi „Starless”, choć nie wiąże go z zespołem Roberta Frippa. Po występie musiała zweryfikować listę pięciu najlepszych koncertów, na jakich była...


Po zakupieniu biletów na 17 września w Zabrzu uświadomiłem sobie, że muszę do tego dostosować tradycyjne wrześniowe plany urlopowe. Najpierw chciałem podróżować samochodem na południe i w drodze powrotnej wpaść do Zabrza, ostatecznie stanęło na tym, że znalazłem lot do Barcelony z niedalekiego przecież od Zabrza Krakowa. Z Barcelony przylecieliśmy w piątek późnym wieczorem, na stacji benzynowej kupiłem śląskie wydanie „GW”, spodziewając się w nim zapowiedzi koncertu. Nie zawiodłem się, a nawet z satysfakcją przeczytałem zupełnie niegłupi tekst.


W zabrzańskim Domu Muzyki i Tańca (fajna sala) stawiliśmy się kilkadziesiąt minut przed koncertem. Tradycyjnie zajrzałem na tradycyjnie oblegane stoisko z koszulkami z tradycyjnie irracjonalnymi cenami i tradycyjnie żadnej nie kupiłem (tradycyjnie nie sądziłem, by mieli stosowne rozmiary).


Sala fajna, trochę przypomina mi Salę Kongresową w PKiN, ale w końcu pochodzi z tej samej epoki.


Zanim na scenę wszedł zespół, najwięcej emocji budziły tablice z informacją w języku angielskim, że jak ktoś odważy się nagrywać lub fotografować, to zostanie zaproszony do wyjścia. Dobra, i tak nie planowałem...


Ale zdecydowanie ładniej scena wyglądała bez tych tablic. Dla widzów nieznających angielskiego lub niedowidzących wiadomość została przekazana również w komunikacie głosowym. Dwa razy. Słusznie, niektórym trzeba powtarzać kilka razy...


Zaczęli po kwadransie akademickim... Od razu spodobało mi się, że nie ma żadnej gry świateł. Po prostu nastrojowe oświetlenie w kolorze niebieskim, które tylko raz przybrało barwę czerwoną, w wiadomo jakim utworze.

Koncert miał dwie części, rozdzielone dwudziestominutową przerwą. No to po kolei:

1. „Hell Hounds of Krim”
Na początek trójka perkusistów musiała się zgrać.
2. „Larks’ Tongues in Aspic, Part One”
Nie dowierzałem, że w tak poważnym zespole pod surowym okiem Frippa można robić sobie takie jaja, ale Mel Collins zagrał fragment „Lotu trzmiela” oraz naszego „Mazurka Dąbrowskiego”. O ile trzmiel przeleciał bez echa, to nasz hymn wywołał oczywisty entuzjazm (swoją drogą, mógł Collins zagrać coś mniej oczywistego, ostatecznie choćby Chopina).
3. „Pictures of a City”
4. „Cirkus”
5. „Fracture”
6. „The Court of the Crimson King”
Pierwszy z debiutanckich megabitów. Nie okłamujmy się, że nie przybyliśmy tu właśnie po to...
7. „Suitable Grounds for the Blues”
8. „The Letters”
9. „Sailor’s Tale”
10. „Interlude”
11. „The Talking Drum”
12. „Larks’ Tongues in Aspic, Part One & Two”

W przerwie nic się w zasadzie nie wydarzyło...

13. „Devil Dogs of Tessellation Row”
Perkusiści znów zaczęli od zgrania się.
14. „Lizard (‘The Battle of Glass Tears – Part I: Dawn Song’)”
15. „Radical Action II”
16. „Level Five”
17. „Epitaph”
Nie okłamujmy się, że nie przybyliśmy tu właśnie po to...
18. „Radical Action (To Unseat the Hold of Monkey Mind)”
19. „Meltdown”
20. „Easy Money”
Nie można było nagrywać (przyznam, że słusznie), ale to wyglądało dokładnie tak:


21. „Red”
22. „Starless”
Tak, to tu w końcówce światło z niebieskiego przeszło w czerwień.
Nie można było nagrywać (przyznam, że słusznie), ale to wyglądało dokładnie tak:


Bis:
23. „Banshee Legs Bell Hassle”
24. „21st Century Schizoid Man”
Nie okłamujmy się, że nie przybyliśmy tu właśnie po to...
Czekałem w napięciu na część graną unisono. Nie było, nie mogło być, tak równiutko jak na płycie, ale i tak miało się ochotę wstać i bić brawo!
No a perkusyjna solówka Gavina Harrisona spowodowała, że Małżonka zmieniła swoją prywatną listę koncertowych solówek, na której od 2011 roku po koncercie Colosseum w Dolinie Charlotty pierwsze miejsce zajmował Jon Hiseman.

Na koniec Fripp pozwolił widowni wyciągnąć aparaty i uwiecznić zespół, a sygnałem dla publiczności było wzięcie do ręki aparatu przez Tony’ego Levina. Więc Tony fotografował nas, a myśmy fotografowali jego...


A nawet filmowali...


Czego zabrakło? Wyszedłbym na miękkich nogach, gdyby było „The Night Watch”... Ale w życiu zawsze trzeba być trochę nienasyconym...