sobota, 5 listopada 1994

Jak dwadzieścia lat temu

Na przygotowanym przez Wojtka Froma sobotnim koncercie Edyty Bartosiewicz czuć było wyraźnie klimat lat 70-tych. Można go było odnaleźć nie tylko w muzyce wokalistki i jej stroju, ale również w samej atmosferze miejsca, gdzie odbywał się koncert. Ustawiona na estradzie kina „Kopernik” aparatura, słuchacze w wygodnych fotelach - dziś takie koncerty ogląda się właściwie tylko na kasetach wideo. A w Olsztynie taki występ odbył się w sobotę. I nie jest to wcale zarzut.

Przed Bartosiewicz miał wystąpić lokalny bard Radosław Ciecholewski. Niestety, zatrzymały go obowiązki w teatrze, co licznie zgromadzona (ponad 600 osób) publiczność przyjęła ze zrozumieniem.
Swój pierwszy olsztyński koncert Edyta zaczęła mocnym akcentem – „Get Off of My Cloud” Stonesów, jednym z dwóch obcych utworów w swym obecnym repertuarze. Zaśpiewała większość piosenek ze swej drugiej, i jak na razie ostatniej, płyty „Sen”, poza tym kilka z pierwszego albumu „Love”. I słuchając Edyty naprawdę można było uwierzyć, że to koncert sprzed 20 lat. Wokalistka poruszała się na pograniczu amerykańskiego rocka, bluesa, a nawet rhythm and bluesa i country - w sumie tradycyjnych gatunków. Paradoksalnie najbardziej współcześnie zabrzmiała na koncercie piosenka rzeczywiście stara – „Move Over” Janis Joplin. W ciężkiej, hardrockowej wersji Bartosiewicz utwór ten brzmi jakby powstał w Seattle.
Koncert w sumie udany, choć może z przetrąconą dramaturgią - po kilku przebojach trochę mniej znanych utworów, na koniec oczywiście „Sen”, potem krótki bis, w którym ponownie „Sen”...

sobota, 22 października 1994

Kanter Hut

Dwaj koledzy dziennikarze sprowadzili do Olsztyna katowicki zespół Kat.

Przed Katem zagrał szczycieński Hunter. Na koncert przybyło około dwustu, obowiązkowo długowłosych i ubranych na czarno, osób. Frekwencja niezbyt duża (mimo potężnej akcji plakatowej), ale należy pamiętać, że w tym czasie odbywał się w Olsztynie drugi koncert - w Regionalnym Ośrodku Kultury grały kapele punkowe.

piątek, 7 października 1994

Natchnione stany Santany

Po lipcowym koncercie Boba Dylana rozbestwiłem się i, korzystając z pomocy osiadłego w stolicy Marka S., który kupił mi bilet, pojechałem podekscytowany na koncert Carlosa Santany. Artysta nieco może zapomniany w pierwszej połowie lat 90., ale przecież jedna z gwiazd Woodstocku 1994, który z zapartym tchem śledziłem w sierpniowe noce w telewizyjnej Dwójce. Ale oczywiście był przede wszystkim jednym z najważniejszych odkryć oryginalnego Woodstocku 1969. I dlatego miałem ciary jadąc na Torwar.


Piszę Carlos Santana, a to był przecież koncert grupy Santana. To jednak różnica. Więc nie jazz, nie blues, nie fusion (różne miał przypadki w karierze solowej Carlos Santana), a klasyczny rock latynoski w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Carlos zaczął od „Angels All Around Us” i od tego, że to jego pierwsza wizyta w „sercu naszego domu” (znaczy się w stolicy). I w ogóle zasiał w nas mistykę.


Potem energetyczne (dziś będą albo energetyczne, albo nieliczne liryczne kawałki) „(Da le) Yaleo” połączone z „Hannibal”. Potem „Sonny Sharrock”, hołd dla zmarłego 25 maja Sonny’ego Sharrocka, jazzowego gitarzysty (więc jednak jazz), w którym pierwsze poważniejsze solo zagrał Jorge Santana, oczywiście pod czujnym okiem starszego brata.


A potem zaskoczenie – fantastyczny temat „Maggot Brain” zespołu Funkadelic (powiedziałbym, że funk, ale to mało funkowe jednak jest), w którym bracia pograli solówki na przemian i wspólnie. Kolejno „Angel Love (Come for Me)” oraz przesłynne „En Aranjuez con tu amor”, czyli po prostu „Concierto de Aranjuez” Joaquína Rodrigo z 1939 roku. I na dokładkę kolejne covery, czyli „Peace on Earth... Mother Earth... Third Stone From the Sun” (trochę Coltrane’a, trochę Hendriksa i trochę Santany).


Potem „Luz, amor y vida”, za chwilę „Guajira”, „When You're in Love” i „Black Magic Woman” (to Petera Greena jest, wiem, że wiecie i wiecie, że ja wiem) połączone z „Gypsy Queen” (to Gábora Szabó jest, nie wiem, czy wiecie i nie wiecie, czy ja wiem).


I kolejne magiczne chwile: „Oye como va” (z zaproszonymi na scenę dzieciakami do wybijania rytmu i z cytatami w gitarowej solówce, np. z „Eleanor Rigby” i „Owner of a Lonely Heart”) oraz „Samba pa ti” (kochamy ten utwór tak bardzo, że Carlos dostaje od publiczności kolorową czapkę, która przystraja główkę gryfu jego gitary).


Potem „Bacalao con pan”, „Why Can't We Live Together”, „Toussaint L'Ouverture”.


I robi się jak na Woodstock, rytmicznie klaszczemy w oczekiwaniu na „Soul Sacrifice”, okraszone na koniec wspólnie zaśpiewanym z publicznością (!) cytatem z Coltrane’a („A Love Supreme”) oraz pięciominutowym solo na perkusji Billy’ego Johnsona.


Kochamy oczywiście również kolejne dwa utwory. Najpierw „Europa (Earth's Cry, Heaven's Smile)” a potem „Jin-go-lo-ba”, w czasie którego Carlos przedstawia członków swego zespołu, dając każdemu kilkanaście sekund na solówkę.


W czasie „Jin-go-lo-ba” Santana żegna publiczność, przesyła duchowe pozdrowienie i życzy bezpiecznego powrotu do domu.


I chyba są jakieś bisy sygnowane przez Santana Brothers, czyli „Transmutation” oraz „Industrial”, ale ja już jestem w drodze na Dworzec Centralny…


No dobra, kto wystąpił:
Carlos Santana – gitara
Jorge Santana – gitara
Alex Ligertwood – wocal
Chester Thomson – instrumenty klawiszowe
Karl Perazzo – instrumenty perkusyjne (o, to ten na zdjęciu)
Raul Rekow – kongi
Billy Johnson – perkusja
Myron Dove – gitara basowa (to przez niego mało nie zszedłem na zawał, gdy stojąc z prawej strony sceny metr od głośnika obserwowałem poruszającą się w rytm basu z amplitudą jakichś 50 centymetrów jego membranę, która jednocześnie oddziaływała na mnie fizycznie niczym fala uderzeniowa po wybuchu dwutonowej bomby).


Koncert odbył się w ramach trasy Sacred Fire, z którą grupa Santana objechała w 1994 roku świat lansując album… koncertowy „Sacred Fire: Live in South America” z 1993 roku. Dzięki!


A to było tak:

Angels All Around Us


(Da le) Yaleo # Hannibal


Sonny Sharrock


Maggot Brain (utwór Funkadelic)


Angel Love (Come for Me)


En Aranjuez con tu amor (autor Joaquína Rodrigo)


Peace on Earth... Mother Earth... Third Stone From the Sun...


Luz, amor y vida


Guajira


When You're in Love


Black Magic Woman (utwór Fleetwood Mac) # Gypsy Queen (utwór Gábora Szabó)


Oye cómo va (utwór Tito Puentego)


Samba pa ti


Bacalao con pan


Why Can't We Live Together (utwór Timmy’ego Thomasa)


Toussaint L'Ouverture


Soul Sacrifice


Europa (Earth's Cry, Heaven's Smile)


Jin go lo ba (utwór Babatunde Olatunji’ego)