sobota, 5 lipca 1997

Na brawo patrz!

Pierwszy raz na węgorzewskim festiwalu jako korespondent GW byłem w 1995 r. Organizatorzy stoczyli wówczas nierówną walkę z deszczem, ale poziom artystyczny był naprawdę wysoki. Po dwóch latach organizacja była lepsza (a może po prostu zabrakło deszczu...)



A co do muzyki, to wygrał Fluid Film ze Szczecina z niejakim Maciejem Silskim przy mikrofonie.


Konferansjerkę prowadził jak zawsze Konjo:


Grupa AHEaD z Elbląga już nie istnieje, ale wokalistka Joanna Żondłowska udziela się nadal w innych zespołach:


Wokalista grupy Peace & War. Do Idola by go chyba nie przyjęli:


Olsztyński Good Stuff, czyli Katharsis po metamorfozie:


Kangaroz oczywiście również z Olsztyna, jeden z laureatów. Po raz pierwszy pod tą nazwą, wcześniej jako Wild Stone. Dwa lata radziłem im po koncercie WOŚP: Młodzi chłopcy imitują imitację czyli kopiują Illusion, który kopiuje brzmienie Seattle. Grają zresztą ich utwory – „Na luzie”, „Cierń”. Pięcioosobowy skład (dwie gitary, bas, perkusja i wokal), ale na scenie mało ruchu. Wiadomo – trema. Moja skromna rada – ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć i szukać własnego (!) stylu.) Nie sądzę, by się tym przejęli, ale styl znaleźli.


Kolejna olsztyńska grupa, czyli Los Vaticaneros, ubiegłoroczny laureat, tym razem jako gwiazda:


Inne gwiazdy pierwszego dnia to Urszula, O.N.A. i Acid Drinkers. W kolejnych dniach jako gwiazdy zagrali: Piersi, Szwagierkolaska, Big Cyc, Lady Pank, Kairos, Excuse, M.A.F.I.A. i Varius Manx.


Ciekawe rzeczy działy się również na zapleczu. Skibie wydaje się, że jest gruby. To przychodzi z wiekiem, Krzysztofie...


Jarek Janiszewski w towarzystwie Pięknego Romana udowadnia, że umie czytać.


To była ta sytuacja:


Mogłem w niej uczestniczyć jako przedstawiciel „Gazety Wyborczej”:

niedziela, 15 września 1996

Jak ocaliłem Włochy

23-letnią skodą 102 przejechaliśmy szczęśliwie Polskę, Słowację, Austrię (po przejściu na austriackiej granicy kontroli technicznej potwierdzonej jakimś kwitem wartość pojazdu wzrosła kilkakrotnie) i 15 września 1996 roku wjechaliśmy do Włoch, które przywitały nas... secesją. I nie chodzi tu o styl w sztuce, ale o próbę podziału państwa po 135 latach od zjednoczenia.

Tego dnia Umberto Bossi, szef prawicowej partii Liga Północna, ogłosił niepodległość Padanii, czyli utworzenie Federalnej Republiki Padanii. Nazwę Padania utworzyli od rzeki Pad, płynącej dokładnie przez środek kraju, na który miałyby złożyć się regiony Piemont, Lombardia, Liguria, Trydent-Górna Adyga, Valle d'Aosta, Wenecja Euganejska, Friuli-Wenecja Julijska i częściowo Emilia-Romania. Ładny kawałek Włoch... Powstała w 1989 roku Liga Północna chce secesji północnych Włoch z prostego powodu – są bogatsze od biednego południa.
Włosi w okolicy Wenecji, gdzie nocowaliśmy, przyjęli to zupełnie obojętnie. My przejęci wypatrywaliśmy oznak rozpadu państwa, mając świeżo w pamięci krwawy rozwód Jugosławii (która była ostatecznym celem naszej podróży). Na szczęście nic szczególnego się nie zdarzyło. Owszem, gdzieś przemknął wypełniony żołnierzami pojazd wojskowy, co oczywiście uznaliśmy za sygnał, że „coś się dzieje”, ale nic więcej nie zaobserwowaliśmy. Żadne państwo nie uznało niepodległości Padanii, a cała akcja nie znaczyła nic więcej niż polityczny happening.
Jedynie kupiona w poniedziałek rano, dzień po nieudanej secesji, „Il Gazzetino”, jest dowodem na to, że Bossiemu marzyła się niepodległa Padania...


Padania nie istnieje jako państwo, ale ma swój hymn (wszyscy wiedzą, że to pieśń „Va pensiero” z opery „Nabucco” Giuseppe Verdiego?):


O fladze też nie zapomniano. To tzw. Słońce Alp. Niepokojąco mi się z czymś kojarzy, ale może nie umiem liczyć do pięciu. Przepraszam, do sześciu...

sobota, 10 lutego 1996

Ptaszyn sadzi susy na schodach

Do przodu żyj! - śpiewała Ewa Bem Janowi „Ptaszynowi” Wróblewskiemu w finale sobotniego koncertu, na którym świętowano czterdziestolecie estradowej kariery tego wybitnego saksofonisty, kompozytora, aranżera, człowieka wielu talentów. Orkiestra złożona z przyjaciół artysty zagrała mu „When the Saints Go Marching In”, czyli takie tradycyjne, jazzowe „Sto lat”. Na koniec mocno zmęczony jubilat zawołał z estrady: - Mam jeszcze dla Państwa bardzo dobrą wiadomość: w przyszłym roku nie będę obchodził jubileuszu!

Przez prawie cztery i pół godziny sobotniego wieczoru, zbliżający się do sześćdziesiątki Ptaszyn, wspomagany chwilami przez Andrzeja Jaroszewskiego, przypominał kolejne grupy, z którymi pracował w ciągu tych lat czterdziestu swojego grania. Usłyszeliśmy specjalnie na ten koncert zaaranżowane tematy, które pamiętamy z występów Mainstreamu, Kwintetu Andrzeja Kurylewicza, Ligi Dżentelmenów, Stowarzyszenia Popierania Prawdziwej Twórczości Chałturnik, zespołu Made in Poland. Oczywiście, tamtych dawnych składów nie udało się dokładnie zrekonstruować na olsztyńskim festiwalu, nieobecnych zastępowali inni, grywający z Ptaszynem obecnie, m.in. Wojciech Karolak, Piotr Wojtasik, Maciej Sikała, Jarosław Śmietana, Zbigniew Wegehaupt.
Ale gdy doszło do wspomnienia zespołu New Presentation, Ptaszyn ze szczególną atencją podkreślił: „w tym wypadku udało się nieomal precyzyjnie takie samo odtworzenie zespołu, który był dla mnie niesłychanie ważny”. Zagrali więc z Ptaszynem, jak przed laty: Henryk Miśkiewicz na saksofonie, Andrzej Dąbrowski na perkusji, Jacek Niedziela na basie, Wojtek Niedziela na fortepianie i Robert Majewski, wówczas debiutujący, na trąbce. I tylko nieobecnego w Polsce perkusistę Jerzego Głoda zastąpił młody Michał Miśkiewicz.
W tym koncercie wspomnień nie mogło zabraknąć chwili poświęconej Krzysztofowi Komedzie. - Krzysztof Komeda był moim pierwszym nauczycielem - powiedział Ptaszyn i zapowiedział „Sophia's Tune” – „Melodię dla Zosi”, żony zmarłego artysty, która sama, niestety, nie mogła przyjechać do Olsztyna.
Zanim była sobota z benefisem Wróblewskiego, był piątek. Piątkowy koncert zaczął wokalny oktet Lelum Polelum. Osiem świetnie współbrzmiących głosów musiało walczyć nie tylko z odbywającą się za ścianą próbą, ale i eksperymentami oświetleniowymi (w pewnym momencie na scenie zapadła ciemność). Mimo to nie mogły nie podobać się ciepłe wykonania standardów „Fever” czy „When I Fall in Love”.
Kolejny zespół, The Newest Quintet, rozpoczął z Janem Ptaszynem Wróblewskim. Ptaszyn zagrał tylko jeden utwór i sadząc susy po schodach udał się za kulisy, dając pole do popisu młodzieży (w składzie zespołu grają młodzi ludzie studiujący w Warszawie).
Zagrało też Collegium, grupa z Kaliningradu, która występowała na olsztyńskim festiwalu przed dwoma laty. Razem ze śpiewającą Mariną Zacharową wykonali kilka standardów, m.in. „Sweet Georgia Brown” i „Love for Sale”.
Krzysztof Ścierański wystąpił tego wieczora jako jeden z laureatów ankiety „Jazz Forum”. Najpopularniejszy polski basista jazzowy ubiegłego roku zagrał jako jednoosobowa orkiestra. Przy pomocy swego basu i kilku elektronicznych przystawek wyczarował wspaniałą muzykę. Jego gitara basowa brzmiała raz jak harfa, raz jak organy. Raz były to melodie hiszpańskie, raz brazylijska samba, a nawet arabskie zawodzenia.
Piątkowy koncert zakończyła olsztyńska grupa Head Up. To prawie big band, na scenie było dziesięciu muzyków, a gdy doliczyć śpiewającą z nimi Dorotę Miśkiewicz, to jedenastu.
A po piątku była sobota, a po sobocie niedziela i wtedy zakończył się III. Olsztyński Festiwal Jazzowy.