niedziela, 12 października 1997

Mania wielkości

Ostatniego dnia pobytu w Indiach rzucamy się na zwiedzanie w Delhi wszystkiego, co ma więcej niż 50 lat. Udaje się zobaczyć świątynię Laxmi Narayan Temple (kiedyś o niej napiszę) i muzeum kolejnictwa (mało efektowne, już o tym było). A na Wielki Finał pięciotygodniowej podróży po Indiach i Nepalu stajemy przed największą na świecie wieżą z kamienia.



Kutb Minar (Qutb Minar) to minaret. Skoro minaret, to mamy do czynienia z muzułmańską epoką w dziejach Indii, która nastała na przełomie XII i XIII wieku. Kutb Minar wybudowano jako część (jakże niezbędną) meczetu Kuwwat-al-Islam, pierwszej świątyni muzułmańskiej nad Gangesem (a właściwie nad Jamuną, bo przecież Delhi nie leży nad Gangesem).


Swoją nazwę minaret zawdzięcza Kutb-ud-din-Ajbakowi (Qutb-ud-din Aibak), który po zdobyciu miasta zaczął budowę meczetu w 1193 roku. Kutb-ud-din-Ajbak w 1206 roku został sułtanem Delhi i ten właśnie rok rozpoczyna oficjalnie muzułmańską dominację w północnych Indiach.


Budowa całego kompleksu (meczet, minaret) trwała kilka stuleci. Duży etap prac zakończono w 1386 roku, ale ostateczną wersję wieża przybrała dopiero w 1503 roku.


Kutb Minar zbudowany jest z czerwonego piaskowca. To chyba widać?


Nie wmawiajmy sobie, że rozmiar nie ma znaczenia. W końcu przyjechaliśmy w dwie riksze pod tę wieżę z powodu jej wielkości. No więc ile? Trzy różne źródła podają trzy różne liczby: 72, 72,5 oraz 73 m. Nie wiem, nie mierzyłem. Myślę, że 72,5 m to prawdziwa wielkość, a dwie pozostałe to zaokrąglenia.


Tak wysoka wieża spełniała oczywiście swoje funkcje religijne (muezin z minaretu wzywał wiernych pięć razy dziennie do modlitwy), ale nie do pogardzenia z punktu widzenia wojskowego był również widok na kilkadziesiąt kilometrów.


Inna symbolika wieży, to swoisty pomnik zwycięstwa, jaki wystawił sobie Kutb-ud-din-Ajbak.


Kutb-ud-din-Ajbak nie byłby pełnokrwistym zwycięzcą, gdyby nie postawił swego meczetu na miejscu uprzednio zniszczonej świątyni hinduistycznej. Pozostał po niej żelazny słup wysokości 7 metrów pochodzący prawdopodobnie z V wieku (naszej ery). Zrobiony jest z kutego żelaza i przez 1600 lat sławi hinduskich metalurgów, gdyż praktycznie nie uległ przez ten czas korozji.


Po wiekach, gdy upadła potęga muzułmańskich władców i z meczetu zostały ruiny, ostała się w całości jedynie wieża. Zyskała ponurą sławę jako ulubione miejsce hinduskich samobójców, aż w końcu kilka lat przed naszą wizytą w Delhi wstęp na nią został zamknięty. Dlatego nie będzie zdjęć z góry...


Po co się zresztą zabijać? Nie lepiej to szukać pociechy w rodzinie?


Jeden z kolejnych władców chciał zaćmić dzieło ku czci Kutb-ud-din-Ajbaka. Niektórych ambitnych projektów nie udaje się jednak zrealizować do końca.


Nawet ten mały fragment niezbudowanego nigdy minaretu budzi mój respekt. Jakże byłby wysoki...

Uliczkę znam

Na ulicy Main Bazar zaczęła się nasza przygoda z Indiami i tu po ponad miesiącu skończyła.



Ciekawie było stanąć ponownie po pięciu tygodniach na Main Bazar w Delhi. Odbieraliśmy tę ulicę w dzielnicy Paharganj zupełnie inaczej, niż w pierwszych godzinach w Indiach. Notatki spisywane na gorąco 7 września 1997 roku: „Pierwsze wrażenia – wszystko jest tu zniszczone, stare, wykrzywione, brudne i zużyte (ale działa). Pytanie brzmi – kiedy to było nowe? Tłok na ulicach spory, ale chyba mniejszy dzięki niedzieli rano (czy to ma znaczenie?). Wjeżdżamy w dziką uliczkę, pełną odoru i brudu. Ludzie patrzą na nas coraz ciekawiej, jeden nawet usiłuje coś sprzedać siedząc na ziemi, mimo że jedziemy dość szybko. Kierowca mówi, że to tu. Chcemy mu dać 10 rupii napiwku, ale odmawia, domaga się 30 rupii. Dostaje. Przechodzimy przez odór moczu (jeszcze podlejsza ulica) i na tym tle oaza – hotel Namaskar. 500 rupii za dobę za pokój 4-osobowy. Kąpiemy się szybko i idziemy „na miasto”. Szok! Dziki tłum i ruch, co chwila ktoś nas do czegoś namawia, zachęca, sprzedaje. Stajemy zdezorientowani. Na chodnikach łachmaniarze, żebracy, jacyś rzemieślnicy.”

To była wyprawa low budget, stosowny do tego widok z okna hotelu Namaskar, naszego pierwszego indyjskiego adresu. Oczywiście na Main Bazar.


Pierwszy hotel, rano pierwsze indyjskie śniadanie. W restauracji Diamond na Main Bazar zamawiam frytki (bo smażone) i jajka (bo smażone). Smak ohydny, jakiś śmietanowo-maślany.


Trzeciego dnia czujemy się już na Main Bazar jak u siebie, zwłaszcza odkąd odkryliśmy German Bakery przy hotelu Ajay. Poznajemy tam Anglika kończącego pobyt w Indiach, pokazuje nam zdjęcia z Goa, dokąd my trafimy dopiero za 3 tygodnie.


Na Main Bazar zrobiliśmy nasze strategiczne zapasy przed kilkudniową podróżą pociągiem. Strategiczne zapasy, czyli 10 opakowań pszenicznego pieczywa i 24 butelki wody.


10 października, po przejechaniu wielu tysięcy kilometrów przez Indie i Nepal, znów stanęliśmy na Main Bazar. Tym razem wybraliśmy hotel Ashoka Ocean. Hotel inny, ale Main Bazar to samo. Nasza ulica w Delhi...

piątek, 10 października 1997

Polski niezbędnik na Palika Bazaar

Podziemny Palika Bazaar to ogromne centrum handlowe w samym środku dzielnicy Connaught Place (Rajeev Chowk) w Delhi. Działa od lat 70. XX wieku. Jest tam prawie 400 sklepów, które odwiedza w każdej chwili 15 tys. osób, oczywiście również zagranicznych turystów.

Dziś indyjski sklep jest w każdym polskim mieście, w Olsztynie również (mam pod samym blokiem). W 1997 roku hinduskie sukienki trzeba było importować osobiście :) Nie zdziwił więc nas Hindus w sklepie z odzieżą mówiący po polsku. Był wyposażony przez naszych rodaków w cały polski niezbędnik: 1. medal z Janem Pawłem II, 2. zdjęcie Lecha Wałęsy przyklejone w poczesnym miejscu na ścianie, 3. niechęć do Rosjan (słowa nie nadają się do powtórzenia).
W trakcie przymierzania sukienek nasz friend (oni bardzo łatwo się zaprzyjaźniają) wykazał się dużym refleksem, gdy towar okazał się o kilka numerów za mały: Duża dupa? Nie ma problem! – oznajmił z szelmowskim uśmiechem i zanurkował na zapleczu. Sukienka kupiona za 120 rupii. A moja kolekcja kompaktów wzbogaciła się o pozycję „Non Stop Pop Hits”. 43 minuty indyjskiego disco za 175 rupii.

Nasz przyjaciel prezentuje z dumą medal z Janem Pawłem II


Typowy sklep na Palika Bazaar czyli 10 000 egzemplarzy tego samego (drugi typ to 10 000 egzemplarzy wszystkiego innego)


Jest w Delhi również bazar tybetański


Tak naprawdę wszystko moglibyśmy kupić na Main Bazaar, czyli ulicy, przy której nocowaliśmy od 7 do 10 września i od 10 do 13 października.