środa, 10 września 2008

Piekło przy pełni Księżyca

Tej nocy Holendrzy nie zapomną nigdy. Od strony Morza Północnego szła ogromna cofka, od strony lądu rzeki z Francji i Niemiec toczyły masy wody po obfitych deszczach. Te dwa żywioły spotkały się 1 lutego 1953 roku w Zelandii. Morska woda wdarła się 70 kilometrów w głąb lądu. 1835 osób straciło życie. To była największa tragedia w historii kraju.

Wszystko zdarzyło się w jasną, księżycową noc. Holendrzy mówią o piekle przy pełni Księżyca. Ewakuowano 100 tys. ludzi. Zginęło 34 tys. zwierząt gospodarskich. Woda zniszczyła 47 tys. domów, 500 kilometrów wałów przeciwpowodziowych, 200 tys. ha pól uprawnych, drogi i tory kolejowe.
Jeszcze jesienią tego roku dzielni i pracowici Holendrzy rozpoczęli trwającą 40 lat inwestycję pod nazwą projekt Delta. Wydatki sięgnęły kilkunastu miliardów dolarów. Wybudowano między innymi dwie sztuczne wyspy.


Jeden z najbardziej efektownych fragmentów inwestycji to Oosterscheldedam czyli tama na rzece Oosterschelde.


Sposób działania tamy to efekt gwałtownych protestów Królewskiego Towarzystwa Naukowego Zelandii w 1968 roku. Zamknięta na stałe tama zniszczyłaby słonowodny ekosystem, zastępując go od strony lądu słodkowodnym.


Żeby umożliwić stały przepływ wody, zamontowano na tamie 60 gigantycznych zasuw o wadze ok. 2 tys. ton każda. Osiem razy więcej waży każdy z 65 pylonów, na których zainstalowano zasuwy.


Gdy morze jest spokojne, zasuwy są podniesione, a woda przepływa spokojnie dołem. W razie potrzeby zasuwy wędrują w dół, odcinając ląd od wzburzonego morza.


Zasadniczą część planu Delta zakończono w 1986 roku. Słowa, jakie wypowiedziała 4 października tego roku królowa Beatrix, otwierając tamę, zna na pamięć każdy Holender: „De stormvloedkering is gesloten. De Deltawerken zijn voltooid. Zeeland is veilig.” (Tama przeciwpowodziowa jest zamknięta. Plan Delta jest zakończony. Zelandia jest bezpieczna.)


Żywotność tamy przewidziano na co najmniej 200 lat. W dodatku nikt nie wywiesił tabliczki z zakazem wstępu. Wręcz przeciwnie. Spacery mile widziane.


Na koniec kilka filmów z tamą Oosterscheldedam w roli głównej (lub drugoplanowej).

Pierwsze zetknięcie z tamą. Wieje. I pada. 2.09.2008.


Ciągle wieje. Siłownie wiatrowe mają czym się pożywić. 4.09.2008.


Ciągle wieje. Urządzeniom hydrotechnicznym to w sumie powiewa. 4.09.2008.


Ciągle wieje. Nawet jak się patrzy na Oosterscheldedam z plaży Breezand. 4.09.2008.


Przejazd przez tamę. Po prawej stronie wystają zasuwy. Pewnie nadaj wieje. 10.09.2008.


Plompe Torenweg czyli dawny kościół z XV wieku. Jakimś cudem się ostał w pobliżu tamy. 10.09.2008.


Znów Plompe Torenweg. Skąd ci Breakouci w tle? Znawcy wiedzą. Prawdziwy Breakout nie powstałby, gdyby nie długi pobyt grupy w Holandii. No, ale w 1968 roku nie było jeszcze Oosterscheldedam. 10.09.2008 już była.

wtorek, 9 września 2008

Mytilus edulis

Żywią się nim flądry, dorsze, płaszczki, jesiotrowate, kraby, mięsożerne ślimaki oraz rozgwiazdy. Aha, i człowiek też się nim żywi. Na kogóż to wszyscy mają takiego smaka? Oto omułek jadalny czyli najbardziej rozpowszechniony na całym szerokim świecie gatunek małża.



Jest takie miejsce na świecie, gdzie omułek ma swój pomnik. No nie, aż tak dobrze to nie ma. Prawdziwym bohaterem pomnika jest zbieracz omułków.


Rzecz ma miejsce w porcie w Yerseke w holenderskiej prowincji Zelandia. Jak to nad Morzem Północnym – głównie wieje (o ile nie pada)...


W trzecią sobotę sierpnia w Yerseke odbywa się każdego roku największy na świecie targ omułków, który odwiedza ok. 50 tys. gości. Oprócz tego jest tam też stała giełda towarowa, gdzie handluje się tymi mięczakami.


We wrześniu na szczęście nie ma śladu po tysiącach gości...


...a port wydaje się opuszczony


Być w Yerseke i nie spróbować małży? Nie ma takiej opcji... Ugościliśmy się w restauracji t Veerhuis tuż przy wale przeciwpowodziowym (w Zelandii wszystko jest przy jakimś wale).


W restauracji podają małże na wiele sposobów, w tym smażone. Świeże, prosto z patelni... Miękkie pyszności... No dobra, ja zjadłem kapłona, nie przepadam za owocami morza. Omułkami za jedyne 15 euro delektowała się małżonka.


Ale Yerseke to nie tylko małże. To również po prostu typowe zelandzkie miasteczko.


W takim miasteczku zachwyca każdy szczegół.


Nawet zwykła (?) tabliczka z nazwiskiem właściciela posesji.

Sielskie okolice Goes

Goes to liczące około 30 tys. mieszkańców miasto w holenderskiej prowincji Zelandia.



Nie zabawiliśmy tu długo. Szczerze mówiąc tylko je przejechaliśmy. Nie sposób zobaczyć wszystkiego, choć człowiek by chciał. Cała sztuka życia polega podobno na tym, by wiedzieć, z czego zrezygnować.


Więc po drodze do zupełnie innego holenderskiego miasta studiowaliśmy tylko rolnicze krajobrazy w okolicy Goes.


A że był wrzesień, holenderski rolnik zostawił już za sobą zaorane pole.


A że był wrzesień, holenderska młodzież ruszyła do szkół nauki jazdy. Dobrze uczą, powiadam wam.


A że był wrzesień, holenderscy golfiści ruszyli na pola.


A że był wrzesień, owce wypasały się jeszcze na łąkach.


Sielsko.