sobota, 8 września 2018

Fiolet mgieł miał w głowie swej

Czy jak coś jest purpurowe, od razu musi się kojarzyć z narkotykami? Widać musi, skoro kojarzy. Napisany 26 grudnia 1966 roku i nagrany 11 stycznia 1967 roku utwór „Purple Haze” ma to skojarzenie wpisane w swój kod genetyczny.
Sam Hendrix odżegnywał się od tej interpretacji (zupełnie jak Lennon nie dał sobie wmówić, że „Lucy in the Sky with Diamonds” to piosenka o LSD, chociaż na pierwszy rzut oka widać, że i owszem…). Zwykła miłosna piosenka, inspirowana snem. Zwykła? W 1966 roku? U Hendriksa?
Tekst tekstem, ale jest też muzyka. A w niej magiczny akord E7#9. Akord Hendriksa streszczający całą skalę bluesową. Pozwoliłem sobie go zagrać, ale na drugiej ścieżce dźwiekowej, więc na filmie tylko jakaś jego imitacja.


Fiolet mgieł mam w głowie swej
Rzeczy ciągle zmieniają się
Wszystko śmieszy, nie wiem czemu tak
Chwilunia, chcę buzi niebu dać

Fiolet mgieł wokół trwa
Nie wiem, czy mi bliżej góry, czy dna
Czym szczęśliwy, czy w biedę brnę?
Cokolwiek to jest, dziewczyna zaklęła mnie

Pomóż!
Pomóż!
O, nie, nie

Fiolet mgieł w swych oczach mam
Nie wiem, czy to czas nocy, czy dnia
Już mnie rozwalasz, rozwalasz jaźń
Czy to jest już jutro, czy tylko kończy się czas?

Pomóż!
A, tak, tak, fiolet mgieł, tak
O, nie, o
O, pomóż!
Olsztyn, 30.08-8.09.2018



Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

piątek, 7 września 2018

Ta stacja Egipt się nazywa

Tak sobie pomyślałem, że skoro nie dane mi było wysłuchiwanie płyt Beatlesów w dniu ich premiery, to muszę to nadrabiać z płytami Paula McCartneya. I co? Byłem dziś w olsztyńskim Empiku z samego rana, ale płyty nie było. Tzn. nie było na półkach, nie było w systemie informacyjnym. Dwie godziny później niezawodna żona donosi, że system zaczął wyświetlać dostępność. Dowieźli? Pewnie z Egiptu pociągiem… To są frustracje malkontenta, bo przecież płytę odpakowałem dopiero w domu, na co mam dowód:


Jak wrażenia? Spisane na gorąco przy pierwszym przesłuchaniu…

1. „Opening Station”
Gdzie ta stacja? Dokąd zabierze mnie ten pociąg? I tak sobie skojarzyłem, że David Gilmour też sobie pojeździł pociągiem na swojej płycie z 2015 roku.

2. „I Don't Know”
Piękny fortepian. Piękny tekst o tym, że faceci się mylą, bo są tylko facetami.

3. „Come On to Me”
Pozwoliłem sobie przetłumaczyć kilka dni przed premierą. Wesołe może być życie staruszka. On to w pociągu przeżył? Teraz czy w młodości? Na miejscu żony bym się zainteresował.

4. „Happy with You”
214 piosenka o tym, że „kiedyś byłem niedobry, a teraz jestem szczęśliwy z Tobą”. Niby banał, ale jak pięknie zaaranżowany.

5. „Who Cares”
Od razu wpada w ucho. No i okazuje się, że Paul ciągle wyciąga wysokie dźwięki. Tekst o tym, żeby nie zwracać uwagi na idiotów, czyli żeby robić swoje.

6. „Fuh You”
No dobrze, ale co znaczy to „fuh”? Słownik gwary miejskiej

7. „Confidante”
Klasyczne zagadnienie nastolatków - czy możliwa jest przyjaźń między kobietą i mężczyzną?

8. „People Want Peace”
Skojarzenie z „Give Peace a Chance” jest nieuchronne. Piosenka Paula nie jest tak archetypiczna jak Johna, ale dziś równie potrzebna, niestety.

9. „Hand in Hand”
Jak się okazuje, teksty o trzymaniu się za rękę można pisać nawet, a może zwłaszcza, w wieku 76 lat. Piękne.

10. „Dominoes”
O rany, jaki fajny koniec utworu. Tego nie robią w zwykłych piosenkach pop. Ale przecież Paul nie pisze zwykłych piosenek pop.

11. „Back in Brazil”
Jaka piękna bossanova! Mój, jak do tej pory, ulubiony kawałek z tej płyty. Ale jeszcze pięć utworów, więc może coś się zmienić. Czy ta wstawka jest po portugalsku czy po japońsku???

12. „Do It Now”
Teraz! Teraz! Teraz!

13. „Caesar Rock”
Gitara od tyłu, niespodziewane zmiany rytmu, ostry śpiew Paula. Czego chcieć więcej?

14. „Despite Repeated Warnings”
Dokąd zawiedzie nas szalony kapitan? Paul ma spojrzenie globalne, jest obywatelem świata, więc tym kapitanem jest chyba przywódca wolnego świata…
Genialne zmiany rytmu i melodii piosenki, skoordynowane z treścią utworu. Za to kochamy Paula.

15. „Station II”
Zbliżamy się do stacji końcowej. Proszę sprawdzić, czy zabrali państwo bagaż…

16. „Hunt You Down / Naked / C-Link”
I jeszcze jedna suita piosenkowa. Tzn. w jeden utwór zlały się dwie piosenki i jedno nagranie instrumentalne. Końcowy instrumentalny fragment robi naprawdę świetne wrażenie. Nieco zajechało mi „How Do You Sleep?”, w którym przecież John beształ Paula. Czyżby odrobina masochizmu?

środa, 29 sierpnia 2018

Stary człowiek i może

To nawet fajnie, że gdy 3 grudnia będę na krakowskim koncercie Paula McCartneya, w czasie którego pojawią się na pewno ze dwie lub trzy piosenki z jego najnowszej płyty „Egypt Station”, minie dokładnie dziesięć lat od czasu, gdy stałem pod piramidami w Gizie. Tymi samymi, jakie zdobią okładkę płyty, która ukaże się w najbliższy piątek. Swoją drogą to ciekawe, że płyty jeszcze nie ma, a już tyle o niej wiadomo – że 16 stacji (przepraszam, utworów) + dwa dodatkowe, że concept album, że okładka z piramidami. Nie wspominając o tym, że znamy już trzy utwory, co akurat jest standardowe.


Na przykład „Come On To Me”, czyli coś w rodzaju „Mam w hotelu najnowszy numer Przekroju”, na co podrywał w Paryżu z wiadomym skutkiem dyrektor Pol-Pimu Tadeusz Krzakoski. Jak widać 76-letni Paul McCartney potrafi nie tylko wydać ciekawą (tak się zapowiada) płytę, ale i ma jeszcze sporo wigoru…


Ujrzałem uśmiech twój
A może to był sen
Ty chciałaś więcej niż
Niewinnej konwersacji

Przysięgam – oka rzut
Nim odwróciłaś się
Nie widzę sensu już
Z pokusą twoją walczyć

Czy ty odwiedzisz mnie?
Czy ja odwiedzę cię?
Jeśli odwiedzisz mnie,
To ja odwiedzę cię

du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du

Nie sądzę, żebym mógł
W oczekiwaniu trwać
Jak szybko uda się
Te formalności przebyć?

Musimy znaleźć gdzieś
Miejsce, by sami być
Spędzić cudowny czas
By nikt nam nie przeszkodził

Jeśli odwiedzisz mnie,
To ja odwiedzę cię
Jeśli odwiedzisz mnie,
To ja odwiedzę cię

du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du

du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du

Zanim swój chwycisz płaszcz
Dyskretny stanę się
Nie może widzieć nikt
Wymiany informacji

Cóż, ujrzałem uśmiech twój
A może to był sen
Ty chciałaś więcej niż
Niewinnej konwersacji

Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja
Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja

Jeśli odwiedzisz mnie,
To ja odwiedzę cię
Jeśli odwiedzisz mnie,
To ja odwiedzę cię

Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja
Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja

Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja
Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja

Zrobię to, zrobię to, zrobię to, tak
Zrobię to, zrobię to, zrobię to, tak, jeśli…

Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja
Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja
Olsztyn, 28-29.08.2018



Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

piątek, 10 sierpnia 2018

Zalef Niemena

Dawno już nie byłem na tradycyjnym sierpniowym koncercie z Niemenem w roli głównej w olsztyńskim Amfiteatrze im. Czesława (a jakże) Niemena. A to impreza z tradycją już dziesięcioletnią. Jak na Olsztyn, ogromną. 2009, 2011, 2013, 2014


Gdy w styczniu ukazała się płyta „Zalewski śpiewa Niemena”, wiedziałem, że w tym roku pójdę na Dzień Niemena, ale pod warunkiem, że pojawi się na nim Zalef. Jako że się pojawił, oto jestem. Jestem, bo przezornie kupiłem bilet pierwszego dnia sprzedaży. A nie ma tych, którzy odkładają wszystko na ostatnią chwilę… Biletów oczywiście zabrakło! I tylko nie wiem czy bardziej z powodu Niemena, czy bardziej z powodu Zalewskiego.


A może z powodu sióstr Przybysz?


Jak wypadł koncert? Byłem niedawno na Stonesach i na Watersie, Tymona nie wspominając, więc jest do czego porównywać. A że ręce same składały się do braw, nie moja wina (tylko rąk i Zalefa).


Zagrali całą płytę i coś jeszcze.


Zagrali bez wydziwiania – utwory według kolejności na płycie. Z jedną drobą zmianą – ostatnim utworem (instrumentalnym „Outro inspirowane Blue Community”) otworzyli koncert. Na rozgrzewkę. A potem:
- „Doloniedola” (jakaż aranżacja!)
- „Przyjdź w taką noc” (tak zaczynać od przeboju…)
- „Dziwny jest ten świat” (tu mógłby Zalewski zapolitykować, coś nawet napomknął, ale kropki nad i nie postawił)
- „Status mojego ja” (Niemen deklaruje w 1989 roku apolityczność czy apartyjność?)
- „Począwszy od Kaina” (bujamy się do piosenki o złych uczynkach)
- „Kwiaty ojczyste” (skandujemy w myślach „Tadeusz Kubiak!”, „Tadeusz Kubiak!”)
- „Jednego serca” („Adam Asnyk!”, „Adam Asnyk!”)
- „Pielgrzym” („Cyprian Kamil Norwid!”)

Odstępstwo od płyty, czyli głos mają siostry:
- Natalia Przybysz – „Mów do mnie jeszcze” („Kazimierz Przerwa-Tetmajer!”)
- Paulina Przybysz – „Ode to Venus” („Czesław Niemen!”)

I wracamy na płytę:
- „Spojrzenie za siebie” (trzeci i ostatni kawałek z płyty „Terra Deflorata”, programowo niepopularnej)
- „Domek bez adresu” (w końcu coś dla ludzi…)

Udało się wyklaskać bis:
- „Sen o Warszawie” (Zalef akustyczny)
- „Jednego serca” (Krzysztof Zalewski kocha publiczność, publiczność kocha Krzysztofa Zalewskiego).


Skład aż ośmioosobowy, identyczny z tym, jaki nagrał płytę:
- Krzysztof Zalewski – wokal, gitara,
- Natalia Przybysz – chór, wokal,
- Paulina Przybysz – chór, wokal,
- Jerzy Zagórski – gitara,
- Tomasz Duda – saksofon, flet,
- Jarosław Jóźwik – instrumenty klawiszowe,
- Pat Stawiński – bas,
- Kuba Staruszkiewicz – perkusja.


I bisu już nie było, ale zrobiłem sobie jeszcze dwa pokątnie:
- Męskie Granie Orkiestra 2018 z Zalewskim, czyli „Początek” na 1. miejscu Listy Przebojów Trójki słyszałem już w domu z radia (gdy kilkadziesiąt minut wcześniej słyszeliśmy na żywo „Jednego serca”, słuchacze Trójki słyszeli ten utwór na 8. miejscu),
- a potem audycja „Zalef zgiełku” (teraz już wiem, że czasem bywa z taśmy, dziś się chyba nie przyznał).

I tak powinny wyglądać wszystkie piątki!

sobota, 4 sierpnia 2018

Bez paniki! Jesteśmy w Dywitach

Miałem trochę obaw związanych z tym koncertem. Raz, że występ darmowy. Dwa, że na imprezie promującej piwo. Trzy, że ludność mogła mieć rozmijające się z artystą oczekiwania co do przebiegu koncertu. W końcu Tymon Tymański, bo o nim mowa, należy do tej grupy muzyków, którzy mają wiele twarzy (jedną z nich widziałem trzy miesiące temu w Giżycku). I wprawdzie każda z tych twarzy ciekawa, ale nie każda musi przypaść do gustu przypadkowej widowni.


Tymon stanął na wysokości zadania, bo… stoi na czele wielu projektów i mógł zaspokoić różne oczekiwania. Było więc coś z „Wesela”, było coś z płyty „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” i było coś z najnowszego wynalazku, jakim jest grupa Tymon Tymański & MU. Z tym właśnie zespołem pojawił się dziś na Święcie Warmińskiego Piwowara w Dywitach.


MU tworzą: Tymon Tymański – gitara, bas, klawisze, wokal, Marcin Gałązka – gitara, Michał Jan Ciesielski – saksofon, klawisze, Jacek Prościński – perkusja, Szymon Burnos – klawisze.


Zarejestrowane dla potomności, momentami w strugach deszczu, utwory pokazują, że Tymon może wyjść z jazzu, ale jazz z Tymona nie chce… Np. „Heartbreaker”:


Jak to się stało, że „Jesienna deprecha” leczy nas z depresji już od 20 lat… Chyba wpadnę z tego powodu w depresyjkę.


Słuchając „Nie mam jaj” przypomniałem sobie, jak to w 1999 czy 2000 roku koncertowa płyta „Na żywo w Pstrągu” z prawie jedenastominutową wersją tego utworu nie opuszczała mego odtwarzacza. I że miałem wówczas okazję dwukrotnie widzieć na żywo Kury, m.in. z tym utworem. Dziś wersja „tylko” ośmiominutowa.


Nie znam jeszcze twórczości zespołu MU na wyrywki, więc zaryzykuję, że ten utwór nazywa się „Techno”.


Koncert krótki, bo w warunkach festynowych, a w kolejce czekał Maleo Reagge Rockers. Nie zostałem, pewnie źle zrobiłem.

piątek, 3 sierpnia 2018

Tylko z polityką proszę

Podobno muzyka łagodzi obyczaje. To prawda. Z tym, że raczej gówno prawda. Taką mało wyszukaną refleksję mam po krakowskim koncercie Rogera Watersa (po gdańskim, mimo że na nim nie będę, refleksja mi się zapewne pogłębi). I nie, nie chodzi mi o to, że Waters uruchomił jakiś przemysł pogardy, czy coś w tym rodzaju. Po prostu ludzie na siebie napadli, bo jednym spodobało się to, co Roger Waters głosił słowem, tekstem, obrazem ze sceny, a innym wręcz przeciwnie. A nawet nie tyle to, co mówił, ale to, że w ogóle mówił.


Od razu sobie wyjaśnijmy, że ja należę do tej pierwszej grupy. I teraz napadnę na tę drugą. Dlaczego? Bo nie rozumiem, jak można podniecać się muzyką Pink Floydów, wybulić kilkaset złotych na koncert Rogera Watersa, a następnie irytować się, że ktoś miesza politykę z muzyką… Drodzy miłośnicy Czystej Formy, Waters robi to już ponad 40 lat, był czas przywyknąć! Podobnie jak robił to John Lennon, jak robili to Rage Against the Machine, jak czynił Bob Dylan, że wymienię tylko najbardziej wyraziste przykłady. Pusty śmiech mnie zatem ogarnia, gdy ktoś marudzi, że przyszedł do Tauron Areny posłuchać tylko muzyki, a nie politycznych manifestów.


Tylko muzyki? Serio? To może od razu powiedzmy sobie, że otwierająca koncert scena na plaży to reklama wczasów nad morzem…


Powiedzmy, że „Breathe” to jest „tylko muzyka”, a nie krytyka wyścigu szczurów, które i tak wszystkie skończą w trumnie.


Powiedzmy, że „One of These Days” to jest „tylko muzyka”, bo przecież nie ma słów.


Powiedzmy, że „Time” to jest „tylko muzyka”, a nie gorzkie żale z powodu marnowania czasu.


Powiedzmy, że „The Great Gig in the Sky” to jest „tylko muzyka”, a nie flaki mentalne, które wychodzą nam na wierzch, gdy pomyślimy o śmierci.


Powiedzmy, że „Welcome to the Machine” to jest „tylko muzyka”, a nie krytyka pazernego show bussinesu.


Powiedzmy, że „Déjà Vu” to jest „tylko muzyka”, a nie rozpacz nad światem, który Komuś nie wyszedł.


Powiedzmy, że „The Last Refugee” to jest „tylko muzyka”, a nie jeden z tych bolesnych tematów, których świat wolałby nie dostrzegać.


Powiedzmy, że „Picture That” to jest „tylko muzyka”, a nie rozważania o współczesnym świecie.


Powiedzmy, że „Wish You Were Here” to jest „tylko muzyka”, a nie smutek za czymś utraconym, może ideałami, może przyjacielem.


Powiedzmy, że „The Happiest Days of Our Lives” to jest „tylko muzyka”, a nie wyrzut sumienia ciała pedagogicznego rekompensującego sobie w szkole nieudane życie osobiste.


Powiedzmy, że „Another Brick in the Wall (Part 2)” to jest „tylko muzyka”, a nie sprzeciw wobec skostniałego systemu edukacji.


Powiedzmy, że „Another Brick in the Wall (part 3)” to jest „tylko muzyka”, a nie kolejny odcinek bolesnej autopsychoanalizy Rogera W.


Powiedzmy, że ten cały manifest polityczno-społeczny w przerwie koncertu to tylko niepotrzebny dodatek do ślicznej muzyki, która przecież od tylu lat robi nam ciary, gdy słuchamy Topu Wszech Czasów Trójki.


Powiedzmy, że znak zapytania przy Putinie oznacza, iż Waters jest lewakiem (bo zawsze tak mówimy, gdy nie potrafimy sobie poradzić z czyimiś poglądami).


Powiedzmy po przerwie, że „Dogs” to jest „tylko muzyka”, a nie cierpkie refleksje o tym, że zawsze ktoś będzie kimś chciał rządzić, być ważniejszy.


Powiedzmy, że „Pigs (Three Different Ones)” to jest „tylko muzyka”, a nie szydera z ludzi chorych na władzę.


(Na marginesie – zastanawiałem się, czy nie padnie rym do nieodzownego na rozpolitykowanym koncercie słowa FUCK).


Powiedzmy, że „Money” to jest „tylko muzyka”, a nie rozważania o tym, co robią z nami pieniądze (ciut poważniejsze niż to, że ona czuje we mnie piniądz).


Powiedzmy, że „Us and Them” to jest „tylko muzyka”, a nie obraz świata podzielonego na „my” i „oni”, co brzmi niepokojąco znajomo…


Powiedzmy, że „Smell the Roses” to jest „tylko muzyka”, a nie kilka gorzkich słów o świecie, który swoje problemy rozwiązuje zazwyczaj siłą.


Powiedzmy, że „Brain Damage” to jest „tylko muzyka”, a nie rzecz o szalonych politykach.


Powiedzmy, że „Eclipse” to jest „tylko muzyka”, a nie dręczenie słuchacza wszystkimi problemami tego świata.


Rymu do słowa „fuck” nie było, ale Waters nie mógł być gorszy od Jaggera, więc kilka słów bezpośrednio do nas przed bisem usłyszeliśmy. Słowa o rozdziale Kościoła od państwa w Krakowie brzmią nieźle, ale szkoda, że koncert nie odbywał się w Toruniu… Ciekawe, co Roger Waters powie w Gdańsku.


Wsłuchując się w dwa utwory na bis, powiedzmy, że „Mother” to jest „tylko muzyka”, a nie pieśń o toksycznej miłości rodzicielskiej.


I powiedzmy na finał, że „Comfortably Numb” to jest „tylko muzyka” (wiadomo, ze świetną solówką), a nie jakaś tam podróż do wnętrza pozbawionego wszelkich emocji bohatera, którego świat zdążył skrzywdzić, a on świata jeszcze nie…


Zapewne ci, którzy poszli na koncert Rogera Watersa „tylko po muzykę”, sądzą, że:
- „Mother” nadaje się na Dzień Matki,
- „Have a Cigar” jest o szkodliwości palenia,
- cały album „The Dark Side of the Moon” to wyraz fascynacji zespołu astronomią,
- „Dogs” powstał, gdy Waters zapisał się do Brytyjskiego Towarzystwa Kynologicznego,
- „Smell the Roses” mówi o tym, że kobiecie należy dawać kwiaty,
- „Welcome to the Machine” to rozważania o mechanizacji produkcji,
- „Us and Them” to nastrojowa ballada, pościelówa w zasadzie...


Takich kontrowersji nie było po koncercie Davida Gilmoura, który wystąpił dwa lata temu we Wrocławiu. Zupełnie inne przedstawienia, pokazujące chyba dobitnie, dlaczego panowie nie mogą ze sobą pracować. Takiego obrazka na koncercie Gilmoura przecież byśmy nie zobaczyli:


Ani takiego tym bardziej:


No, może taki, bo przecież i Gilmour, i Waters są kustoszami spuścizny po Pink Floydach, którzy zapewne już się nie zejdą. I Mason też, jak się okazało, bo wyrusza na sentymentalną trasę z utworami Pink Floydów (czekam, aż zawita do Polski).


Zarówno wrocławski koncert Gillmoura, jak i krakowski występ Watersa miałem przyjemność oglądać w towarzystwie muzyków Spare Bricks, z którymi przygotowaliśmy „The Wall” po polsku z moim tłumaczeniem (oficjalna premiera 2 listopada w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku).


Jeśli komuś zostało jeszcze 16 minut wolnego czasu, to może obejrzeć skrót koncertu ze wszystkimi 22 utworami, jakie wykonał dziś w Krakowie Roger Waters.


I jeszcze doceńmy cały zespół, towarzyszącemu Watersowi.


Gus Seyffert (gitary, bas, klawisze, wokal wspierający)


Jonathan Wilson (gitary, klawisze, wokal i wokal wspierający)


Jon Carin (klawisze, gitary, wokal wspierający)


Ian Ritchie (saksofon)


Joey Waronker (perkusja)


Bo Koster (organy Hammonda)


Jessica Wolfe i Holly Laessig (wokal i wokal wspierający, instrumenty perkusyjne)


I Dave Kilminster (gitary, talk box, wokal wspierający), którego nie udało mi się uchwycić na zdjęciu.

No i oczywiście dwanaścioro podopiecznych Akademii Przyszłości.

niedziela, 29 lipca 2018

Dziewczyna imieniem Jet

Patrząc na to, co Paul McCartney gra na rozgrzewkowo-sentymentalnych kameralnych występach (np. Cavern Club w miniony czwartek), można się spodziewać, że w Krakowie 3 grudnia usłyszymy „Jet”. Chciałbym. Mam spory sentyment do tego nagrania. Nie wiem skąd, nie wiem za ile, ale tego singla miał w 1981 roku Mariusz. W 1981 roku, siedem lat po jego ukazaniu się. Ważne, że w ogóle. Zasłuchiwaliśmy się nim przez kilkanaście miesięcy i wpatrywaliśmy w litery J, e oraz t układające się w napis stylizowany na nazwę linii lotniczych. Totalnie nie wiedząc o czym jest ta piosenka, zakładaliśmy, że jest o lataniu. W końcu zespół Paula nazywał się Wings.
Nic z tych rzeczy. Jet to imię psa McCartneyów. Nadal to niczego nie wyjaśnia, bo piosenka nie jest o labradorze, lecz po prostu o miłości do dziewczyny o imieniu Jet. Pochodzi z najlepszej, nie bójmy się tego powiedzieć, solowej płyty Paula McCartneya, czyli oczywiście „Band on the Run”. „Jet” to już czwarta piosenka z tego albumu, którą przetłumaczyłem. Mam ochotę na wszystkie pozostałe.

Jet Jet Jet
Jeszcze prawie pamiętam ich miny śmieszne
W ten dzień, gdy rzekłaś im, że wkrótce czeka cię ślub
I Jet
Myślałem, żeby na księżycu ukryć się już
Jet, uuuuuuuu, Jet, uuuuuuuu

Jet! Wszak twój ojciec był w wojsku dowódcą kiedyś
Czemu więc rzekł ci, że ty na to mało masz lat?
I Jet
Myślałem, że jak wyzwolona pani on jest
Jet, uuuuuuuu, Jet, uuuuuuuu

Chcesz, mamo, niech Jet mnie kocha ciągle
Chcesz, mamo, niech Jet mnie kocha ciągle
Wciąż, mamo, tak samo

I Jet
Myślałem, że jak wyzwolona pani on jest
Jet, uuuuuuuu, Jet, uuuuuuuu

Chcesz, mamo, niech Jet mnie kocha ciągle
Chcesz, mamo, niech Jet mnie kocha ciągle
Wciąż, mamo, tak samo

Jet! Z wiatrem we włosach, co niosą tysiąc wstążek
Wskakuj na grzbiet i zabiorę cię na gwiezdny rajd
I Jet
Myślałem, że jak mała wyzwolona pani on jest
Jet, uuuuuuuu, Jet, uuuuuuuu

I Jet
Ty wiesz, myślałem, że wyzwolona jesteś ty też
Jet, uuuuuuuu
Mała pani
Ma mała pani, tak!
Olsztyn, 28-29.07.2018



Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

sobota, 28 lipca 2018

Maanam być dobrze!

Nie lubiłem w zasadzie polskich zespołów z początku lat 80. i trwam w tym stanie po dziś. Coś tam jednak pieściło moje ucho. Na pewno Perfect, na pewno TSA i na pewno Maanam. Należę do tych szczęśliwców, którzy pamiętają, jak pod koniec czerwca 1980 roku siedzieli przed telewizorem z rozdziawioną gębą. To był ten moment (aczkolwiek Maanam zauważyłem już kilka miesięcy wcześniej, wraz z pojawieniem się utworów „Oprócz” i „Hamlet”, a ten duński książę jeszcze do mnie wrócił, zapewne również za tą inspiracją):


Potem był film „Wielka majówka”, który oglądałem późną jesienią 1981 roku w objazdowym kinie w Zakładowym Domu Kultury w Gorzycach pod Sandomierzem. Oczywiście z Mariuszem. Wyobrażaliśmy sobie, że to był film o nas, że spierdzielamy z tej szarej prowincji. A gdy na lekcji biologii była kartkówka dotycząca budowy mózgu, jako podpowiedź, której nauczycielka nie potrafiła wyłapać, funkcjonowało magiczne słowo „maanam”.

Po kilku kolejnych miesiącach świat był jeszcze inny. Wiosną 1982 roku „Solidarność” była tzw. „Solidarnością” (zupełnie jak dziś w mediach obecnego reżimu funkcjonuje tzw. totalna opozycja, propagandowy język władzy jak widać jest uniwersalny), a młodzieży, by się nie buntowała, wznowiono szybko emisję Programu Trzeciego Polskiego Radia, którego redakcja wykorzystała swoją szansę i uruchomiła Listę Przebojów. 15 maja na tej liście zadebiutowała „Paranoja jest goła”, która w notowaniu nr 9 z 19 czerwca 1982 roku wylądowała na pierwszym miejscu. Kolega Kisiel z podstawówki, którą właśnie szczęśliwie zakończyliśmy, siedział w oknie, słuchał radia i darł się na całą mordę:
Jestem taka, jestem taka zmęczona
Bolą mnie ręce, boli mnie cała głowa
Tyle dzisiaj, tyle się dzisiaj stało
Boli mnie serce, boli mnie całe ciało

Darł się tak głośno i tak przekonująco, że sąsiadka chciała dzwonić po pogotowie. I może by to zrobiła, ale nie miała oczywiście telefonu… Faktycznie, paranoja.

W latach 80. rozwijałem swe zainteresowanie angielskim i amerykańskim rockiem, więc polską scenę traktowałem per noga. Ostatnią pozycją w dyskografii Maanamu, którą przyjąłem do swego uniwersum muzycznego, był „Nocny patrol”.
Nie przeszkodziło mi to po kilkunastu latach trafić na dwa koncerty Maanamu. Pierwszy zrobił na mnie szczególne wrażenie. Było to 4 lipca 1999 roku. Na finał XXVI. Ogólnopolskich Spotkań Zamkowych „Śpiewajmy Poezję” na dziedzińcu olsztyńskiego zamku, jeszcze pod lipą, wystąpił Maanam. Bardzo kameralny koncert, świetnie nagłośniony. Siedziałem w drugim czy trzecim rzędzie i byłem pod wrażeniem profesjonalizmu Kory. Chociaż jednocześnie miałem niechęć do tej części repertuaru, która odchodziła od postpunkowego grania z dwóch pierwszych płyt. Rok czy dwa lata później wpadłem jeszcze na koncert Maanamu do klubu Come In. Z tego koncertu pamiętam chyba długą kolejkę chętnych. I to był chyba czas, gdy basista Maanamu mieszkał (albo pomieszkiwał) w kamienicy na tym samym podwórku, przy którym stał budynek z naszym świeżo kupionym od koleżanki mieszkaniem. Tylko nie wiem czy chodzi o byłego czy ówczesnego basistę, bo na oczy go nie widziałem na tym podwórku…

I na koniec tych wspomnień dwa wykonania piosenek Maanamu zarejestrowane przeze mnie na olsztyńskich scenach. 17 sierpnia 2011 roku Enej zagrał przed Goranem Bregoviciem. M.in. „Cykady na Cykladach”:


A 17 sierpnia zeszłego roku Anja Orthodox i Ania Zalewska podczas obchodów 25-lecia Big Daya zaśpiewały wspólnie „Krakowski spleen”:


I na koniec przypomnijmy sobie postulat z lat 80. - Maanam być dobrze!

piątek, 27 lipca 2018

A planety szaleją...

Kto w młodości nie chciał być kosmonautą? Na przykład ja nie chciałem. Ja chciałem być astronomem. Nawet 40 lat temu zapisałem się do Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii. Potem zainteresowałem się kosmologią, kosmogonią, a następnie fizyką kwantową. A na końcu historią i naukami społecznymi, więc ze wszystkich zaćmień najbardziej interesuje mnie to w „Faraonie” Bolesława Prusa (czy jak kto woli - Jerzego Kawalerowicza).


Dzisiejsze zaćmienia mają już znaczenie tylko towarzysko-medialne. Posiedzieliśmy w towarzystwie obcych ludzi nad jeziorem, zrobiliśmy parę zdjęć i wróciliśmy do domu. Księżyc każdy rozpozna, a to poniżej po prawej to Mars.

wtorek, 24 lipca 2018

Nikt nie będzie widział nas

Niby taka prosta, krótka i nic nieznacząca piosenka, a ile się za nią kryje… Na przykład dramat rozpadającego się zespołu. „Why Don't We Do It in the Road?” to dziełko w zasadzie Paula McCartneya, który utwór stworzył sam (co się w twórczości Beatlesów przecież zdarzało już wcześniej, mimo formalnie istniejącej spółki Lennon-McCartney) i nagrał z niewielkim udziałem Ringo Starra. Pozostali dwaj Beatlesi nie byli mu do niczego potrzebni, chociaż znajdowali się w pobliżu. John Lennon wyznał po latach, że go zabolało, gdy kolega radził sobie sam… Chociaż przecież kilka miesięcy wcześniej rejestrował „Revolution 9” również samodzielnie (no prawie samodzielnie, bo i z Georgem Harrisonem, i z Yoko Ono chociażby, ale jednak bez reszty zespołu).
A co się kryje za dwuzdaniowym tekstem? Zdziwienie McCartneya, że międzyludzkie, nomen omen, stosunki są tak skomplikowane… Wszystko za sprawą dwóch małp, które uprawiały na drodze prokreację, co Paul zauważył w czasie słynnego pobytu Beatlesów w Indiach w 1968 roku. Ja 29 lat później też widziałem w Indiach małpy na drodze, ale jeszcze nie napisałem o tym piosenki…


Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Nikt nie będzie widział nas
Może na drodze róbmy to?

Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Nikt nie będzie widział nas
Może na drodze róbmy to?

Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Nikt nie będzie widział nas
Może na drodze róbmy to?
Olsztyn, 24.07.2018



Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

niedziela, 22 lipca 2018

Fronczewskiego chcą ze mnie zrobić

Dawno nie wymądrzałem się przez radio. Poprzednio chyba 15 lat temu w radiu WAMA, gdy zachwalałem 48-stronicowy dodatek „Olsztynianie 2003” zawierający 7072 podpisane zdjęcia 7072 mieszkańców Olsztyna z okazji 650-lecia miasta (byłem szybszy od Marka Zuckerberga o jakieś trzy miesiące).

A ostatnio chcą ze mnie zrobić Fronczewskiego... Piotr Szauer z UWM FM przesłuchał mnie w Gietrzwałdzie na okoliczność Rolling Stonesów:


Natomiast dziś Gosia Sadowska zaprosiła do Radia Olsztyn na rozmowę o tłumaczeniach i o projekcie The Wall po polsku:

czwartek, 12 lipca 2018

Lao Chce zmieniać świat

To był pracowity tydzień… PIĄTEK. Śpiewam Stonesów w Gietrzwałdzie. SOBOTA. Organizuję imprezę, która nie dochodzi do skutku. NIEDZIELA. Wieczorem oglądam Stonesów na Narodowym. PONIEDZIAŁEK. Ruszam rano do Mrągowa poprzeszkadzać w przygotowaniach premiery „The Wall” po polsku z moim tłumaczeniem. WTOREK. W samo południe trzymam mur na łące, a wieczorem oglądam premierę „The Wall”. ŚRODA. Nic się nie dzieje, czyli trzeba popracować. CZWARTEK. Po siedmiu latach wracam do rozważań z cyklu „Czego chce Lao Che?”


Na koncercie był cały Olsztyn. Wiem, bo siedziałem w przejściu i odebrałem całą paradę tych, którzy przełazili mi przed oczami w drodze po piwo, w poszukiwaniu lepszego miejsca lub po prostu tylko po to, by nie siedzieć w miejscu, co, jak wiadomo, na koncercie rockowym nie uchodzi.


Czego zatem chce Lao Che? Jeśli klasycznie „uczyć bawiąc”, to się udało, bo na dzisiejszej lekcji „Wiedzy o społeczeństwie” dobrze się pobawiliśmy i może nawet czegoś się nauczyliśmy…

wtorek, 10 lipca 2018

Mur a sprawa polska

Szczerze mówiąc, nie wiem od czego zacząć. Może od roku 1980, gdy wspólnie z Mariuszem, nieżyjącym już kolegą z podstawówki, pochylaliśmy się nad wyciętym z jakiejś kolorowej gazety małym zdjęciem zespołu Pink Floyd. Tamtego zdjęcia już nie mam, ale mam młodsze o jakieś 2-3 lata, które właśnie wygrzebałem z poprzeprawdzkowego pawlacza.


Zdjęcie to była podstawa, muzyki znać nie musieliśmy. Do tego stopnia byliśmy ignorantami, że daliśmy sobie przez krótką chwilę wmówić, że „Pretty Little Angel Eyes” to skoczne nagranie Pink Floydów. Na szczęście w wieku 12-13 lat dojrzewa się szybko i w miesiąc zrozumieliśmy, że naszą muzyczną edukację musimy rozpocząć od nowa. Pomógł Program III Polskiego Radia z niezawodnym Piotrem Kaczkowskim. Pomogli starsi koledzy, jak zawsze chętni, gdy trzeba uświadomić młodego człowieka w tej czy innej sferze. Pomógł tygodnik „Razem”, zamieszczający nie tylko plakaty, ale i fachowe teksty (bronią się nawet po prawie 40 latach, przed chwilą sprawdzałem). Pomógł miesięcznik „Non Stop”, jedno z dwóch (!) istniejących wówczas pism poświęconych muzyce rozrywkowej. To wtedy zacząłem wstawać o szóstej rano, by biec do kiosku i ustawiać się pierwszy w kolejce po świeżo przywiezione w zawsze zbyt małej liczbie czasopisma. O, do tego kiosku, który został uwieczniony na filmie z 1978 roku:


Pomogła Telewizja Polska prezentująca zapowiadany przez Wojciecha Manna serial dokumentalny poświęcony historii muzyki rozrywkowej pod wszystko mówiącym tytułem „All You Need Is Love” (mniejsza o to, że dokument był lekko nieświeży, bo na przełomie 1980 i 1981 roku oglądaliśmy końcowy odcinek przewidujący, że przyszłością rocka jest twórczość Mike’a Oldfielda, czyli coś, co wydarzyło się 7-8 lat wcześniej i okazało się nieprawdą, bo za chwilę cały ten symfoniczny rock został zakwestionowany przez punk).


No i pomógł fakt, że Roger Waters wydał właśnie (uwaga, ironia) swoją płytę „The Wall”, którą nagrał z towarzyszeniem dwóch pozostałych członków zespołu Pink Floyd oraz jednego członka wyrzuconego. Z tej płyty poznałem wówczas oczywiście „Another Brick In The Wall (part II)” (tańczyło się nawet na dyskotekach), a chwilę później „Hey You”. Z „Another Brick In The Wall (part II)” mam surrealistyczne wspomnienie, w którym maszeruję dziarsko do szkoły, mijam Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego Polskie Zakłady Lotnicze Gorzyce pod Sandomierzem (obecnie Federal-Mogul) i słyszę z zakładowych głośników witających poranną zmianę floydowski hymn zbuntowanej młodzieży.


Czy David Gilmour wie, że jego solówkę słychać było od Łęgu po Trześniówkę?


Rok później przeprowadziliśmy się z Podkarpacia na Warmię. W Reszlu, wyposażony w małe pierdzące radyjko, zapoznawałem się z tym wszystkim, co muzyka rockowa miała najlepsze. Na Liście Przebojów Programu Trzeciego było jednocześnie sporo dobrej muzyki, jednocześnie sporo kału i jednocześnie trochę nie wiadomo czego. W tej mieszance pojawił się Pink Floyd z „When the Tigers Broke Free” (6 tygodni na liście od 18.09.1982), ale „The Final Cut” mnie nie pociągało. Jakże mogło pociągać, skoro dopiero przyswajałem „The Wall”. Tak dalece przyswajałem, że około 1983 roku napisałem kilkustronicowy poemat inspirowany tym albumem. A konkretnie tytułami utworów z niego, bo treść pozostawała dla mnie zagadką.
Do tajemnicy treści udało mi się przybliżyć w drugiej połowie lat 80. XX wieku. Po pierwsze obejrzałem w końcu film „The Wall” (to było w Szkole Harcerstwa Starszego „Perkoz”, awangardowej chociażby z powodu posiadania magnetowidu). Po drugie ktoś mi to w końcu przystępnie wytłumaczył.
Potem był rok 1990. Lipiec. Konkretnie druga połowa lipca. Dokładnie 21 lipca 1990 roku. Chodząc nocą po Olsztynie (wracając ze wspólnego oglądania i rejestrowania na hufcowym magnetowidzie transmitowanego na żywo przez polską telewizję koncertu Rogera Watersa, który wystawiał na placu Poczdamskim w Berlinie widowisko „The Wall”) natknąłem się na zdezorientowanych skautów z RFN, którzy przyjechali właśnie pociągiem, nie mieli złotówek, a ich zachodnich marek nie chciał nikt przyjąć w hotelu (do dziś zachodzę w głowę, czy ja dobrze zrozumiałem, co do mnie mówili z tymi markami…).


Ulitowałem się nad Pfadfinder und Pfadfinderinnen i dałem polowy nocleg w naszym hoteliku pod namiotami, a następnego dnia niemieccy skauci nocowali już za darmo w naszej harcówce. Kolejnego dnia przyjaźń polsko-niemiecka kwitła w najlepsze, zaprosiłem skautów do domu na polskie śniadanie i z dumą prezentowałem im nagranie sprzed dwóch dni. Fritz, ich szef, jakoś nie podzielał mojego entuzjazmu, że Roger Waters dał w Berlinie koncert „The Wall” z okazji zburzenia kilka miesięcy wcześniej Muru Berlińskiego… Może mu się to zjednoczenie Niemiec nie podobało? Może się czegoś bał? Chętnie bym z nim o tym dziś porozmawiał, ale nie udało się utrzymać kontaktu przez te prawie 30 lat. Koncert (porywający, choć z żenującymi fragmentami zarówno pod względem wpadek inscenizacyjnych, jak i wykonawczych) widziałem tylko w telewizji, ale na ten plac trafiłem 10 lat później.


Minęły 22 lata od koncertu i od spotkań ze skautami z RFN. W 2012 roku przetłumaczyłem pierwszą piosenkę z „The Wall”. Było to oczywiście (?) „Another Brick In The Wall (part II)”. W następnym roku zmierzyłem się z „Mother”, a w kolejnym z „Hey You”. Z tym że „Hey You” powstawało już w zupełnie innych okolicznościach. Było to kilka dni po pierwszym kontakcie z zespołem Spare Bricks, który na koncercie w Mrągowie urzekł mnie swoimi wersjami klasycznych Floydowskich utworów. Kilka dni potem poznałem się z ich menedżerem, a kilka tygodni później rozmawiałem we Wrocławiu z Jackiem, basistą zespołu, próbując go przekonać do śpiewania moich polskich wersji dzieł Floydów. Jacek był dość sceptyczny, ale nie poddałem się i zespół zdecydował się na wykonywanie po polsku „Hey You”. Najpierw jednak musiałem odbyć długą i miłą rozmowę z Agnieszką, wokalistką zespołu, z którą poszliśmy w paru miejscach na kompromis. W efekcie 8 listopada 2014 roku miałem przyjemność zapowiedzieć pierwsze polskie wykonanie „Hey You”, co miało miejsce w Kętrzynie, 300 metrów od miejsca, w którym prof. Zenobia Grochowska wyjaśniała mi na lekcjach języka polskiego „co poeta chciał powiedzieć”.


„Hey You” zespół gra od tej pory na wszystkich koncertach. Dwa lata później zrobiliśmy wspólnie poważny krok w kierunku ściany. Na festiwalu Floydowska Strona Ostródy w 2016 roku wykonywaliśmy po polsku wspólnie z publicznością „Another Brick In The Wall (part II)”, a wieczorem oglądaliśmy film „The Wall” z moim tłumaczeniem przybliżającym się coraz bardziej do wersji śpiewanej.


Aż przyszedł grudzień 2017 roku i zadzwonił Paweł, gitarzysta zespołu, że robimy całe „The Wall” po polsku. No to robiliśmy! Robiliśmy, czyli pisaliśmy dziesiątki maili, ja dopieszczałem kolejne utwory, w końcu w marcu spotkaliśmy się we Wrocławiu, gdzie ustaliliśmy końcowe wersje tekstów.


Ustalaliśmy m.in. „Mother”. W drodze powrotnej dopadła mnie rzeczywistość…


Wrocławskie spotkanie dało nam prawie końcowe wersje. Bo jednak wątpliwości, zwłaszcza w kontekście wykonawczym, zostały. Ostatnie wyjaśnialiśmy sobie jeszcze przed dzisiejszym premierowym koncertem.


Tłumaczenia są moje i podpisuję się pod nimi obiema rękami, ale nie mogę nie wspomnieć, że niektóre wersy powstały w głowie Pawła, Jacka, Agnieszki, Adama. Pawła w znacznej mierze jest na przykład „The Trial”, który przygotował ten utwór na bazie mojego wstępnego tłumaczenia do filmu, po czym znów skierował w moje ręce.


Nie będę się rozwodził nad warsztatem tłumacza piosenek, bo po pierwsze to nudne szczegóły techniczno-muzyczno-lingwistyczne, a po drugie nie jestem pewien czy mam prawo nazywać się tłumaczem… Może raczej dostarczycielem polskich tekstów obcojęzycznych piosenek?


Zespół Spare Bricks od niedzieli siedział na zgrupowaniu kondycyjnym w Mrągowie i okolicach (ja niedzielę spędzałem z nieco inną grupą). Wczoraj odbyła się próba, po której mieliśmy liczne uwagi, a najwięcej oczywiście Darek. Tak dużo, że aż usiadł.


Dziś premiera. Ale zanim premiera – obowiązki promocyjne. Trochę zdjęć Leszka w sali mrągowskiego Centrum Kultury i Turystyki.


Przy okazji też sobie strzeliłem to i owo swoim siedem razy tańszym Canonem:


Trochę zdjęć na łące u Darka.


Z minimalistyczną scenografią i choreografią pod czujnym i fachowym okiem Leszka.


Łąka zniosła wszystko z godnością.


Zwłaszcza że, pamiętajmy, dobry menedżer ma zawsze pod ręką taczkę i nie zawaha się jej użyć.


Koncert… Jak się czułem? Jak na porodówce. Oczywiście „The Wall po polsku” ma wielu ojców, ale jako autor tłumaczenia czułem się szczególnie gotowy do przyjęcia tego dziecka. W końcu przecież:
Mama kocha dziecko
I tatuś kocha też



Czymże byłaby muzyka Pink Floyd bez słów? Dołożyliśmy ich trochę do wizualizacji.


Koncerty Spare Bricks, podobnie jak występy Pink Floyd, to solidna oprawa sceniczna. Tym razem wrocławska grupa postawiła na minimalizm, by uwypuklić przekaz słowny (czuję się wbity w dumę, że moje tłumaczenia nabierają przez to aż takiego znaczenia).


Część animacji wyszła spod ręki Jacka.


No dobra, ale po co się tu w zasadzie zebraliśmy? By zburzyć mur!


Kto stoi za tym efektem specjalnym w postaci rozwalenia misternie ustawionej ściany? A kogo nie ma na scenie?


Całego koncertu Wam nie pokażemy, zapraszamy na oficjalną premierę 2 listopada do Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku. „Hey You” po polsku już znacie, „Another Brick In The Wall (part II)” też już można było usłyszeć po polsku, więc może dla zachęty fragment otwierający dzisiejszy koncert:


Dziś w zespole zadebiutowało udanie dwóch nowych członów. Nowym klawiszowcem jest Arkadiusz Spanier.


Zespół zyskał też drugiego gitarzystę i trzeciego wokalistę w jednej osobie, czyli Adama Jęczmyka.


Reszta ekipy bez zmian, czyli Agnieszka na wokalu. Tym razem bez saksofonu, ale za to z megafonem użytym w odpowiednim momencie…


Paweł Wrocławski na gitarach.


Jacek Aumüller na gitarze basowej i dwunastostrunowej oraz na wokalu. Na trąbce póki co nieoficjalnie, już po koncercie…


Michał Słupski na perkusji.


Nie zapominamy o Darku Naworskim, menedżerze, który już szykuje swego następcę:


Oraz chłopakach panujących nad dźwiękiem i światłami, jak zawsze pozostających w cieniu.


Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek