piątek, 5 października 2018

Dreptak w Gietrzwałdzie

Tak, to prawda, że najpierw poznałem twórczość Olka Grotowskiego, a dopiero potem usłyszałem o Jerzym Grotowskim. Tak, to prawda, że gdy w połowie lat 90-tych powiedziałem do sekretarz redakcji olsztyńskiej „GW”, że w Olsztynie będzie śpiewał Grotowski i chciałbym zapowiedzieć na łamach ten koncert, to świętej pamięci Pani Maria popukała się w głowę, bo przecież Grotowski nie śpiewa, tylko reżyseruje. I tak, to prawda, że nie byłem jeszcze na koncercie Olka Grotowskiego. Do dziś.


W pierwszych słowach mego listu wyrażam ogromny szacunek dla wykonawcy za genialną pamięć. Pierwszy raz byłem na koncercie, na którym można było poprosić o konkretną piosenkę i od ręki ją usłyszeć (ognisk harcerskich nie liczę). A że repertuar Olek Grotowski ma przebogaty (300 piosenek), to wybierać z czego jest. No, ale jeśli się przez kilkadziesiąt lat zagrało parę tysięcy koncertów, to ma się te wszystkie teksty Andrzeja Waligórskiego (choć nie tylko jego) w głowie.


W drugich słowach mego listu podkreślam talent wykonawczy Aleksandra Grotowskiego. I nie tylko wokalny, ale też instrumentalny. Ustalał tonacje piosenek w locie, zmieniał akordy, a wszystko to z uśmiechem na twarzy godnym pewnego siebie profesjonalisty.


W trzecich słowach mego listu zauważam, że występ pana Olka uświetniły pani Ola i pani Olga.


Jedna przed, czyli pani Ola Krasowska na marimbie, które wykonała efektownie m.in. „Asturias” Isaaca Albéniza (przypomnę to sobie, gdy za kilka tygodni będę ponownie w Alhambrze i oczami wyobraźni zobaczę, jak ten utwór grał tam przed laty Andrés Segovia). Wytęż wzrok i znajdź na zdjęciu marimbę.


Oraz jedna w trakcie, czyli pani Olga Leszczyńska, która dała chwilę wytchnienia bohaterowi dzisiejszego wieczoru, śpiewając najpierw po rosyjsku pieśń Bułata Okudżawy „Молитва Франсуа Вийона”, czyli „Пока Земля ещё вертится” (trzeba było się uczyć cyrylicy)...


… a potem wykonując dwa utwory Boba Dylana we własnych tłumaczeniach. Drugi z nich to „Man of Constant Sorrow” (tego utworu akurat Dylan nie napisał, ale znalazł się na jego debiutanckiej płycie z 1962 roku).


Jeśli dodam, że pani Olga nieźle gra na gitarze i świetnie śpiewa oraz, jak twierdzi Olek Grotowski, jest jego kierowcą i ochroniarzem w jednym, to mamy do czynienia z naprawdę utalentowaną osobą…


Wracając do bohatera dzisiejszego wieczoru... Skoro koncert miał repertuar „na zawołanie”, to siłą rzeczy były najbardziej znane piosenki. Sam Olek zaczął, niewywoływany do tablicy, od „Ballady o cysorzu”. Sprawdzał zapewne czy publiczność wie, na jaki koncert przyszła… Cwany sposób, rozpoznanie bojem. Jako że znaliśmy tekst na pamięć, dalsza część wieczoru przebiegła w miłej i sympatycznej atmosferze wzajemnego zrozumienia i sojuszu wykonawcy z publicznością.


Krótki przegląd piosenek z dzisiejszego wieczoru rozpoczynają „Kajakowcy”, bardziej znani pod wszystko mówiącym tytułem „Kajakowa wycieczka”. Słowo daję, mam ten tekst wpisany ręcznie w swoim prywatnym śpiewniku z 1988 roku. Pływanie pod prąd równie niepopularne wtedy, jak i dziś.


„Jesień idzie” też by się nadawała do tego śpiewnika. Ostatnio śpiewałem dwa lata temu.


A teraz „Jesień idzie” w dekonstruktywistycznej wersji Artura Andrusa, która zamyka dyskusję nad tym, która pora roku jest najgorsza (najlepsza?).


Chwila nieco liryczna. „Pogodne popołudnie kapitana Białej Floty” („Transatlantyki na oceanach”), czyli wspomnienie Gosi Zwierzchowskiej. Wstyd powiedzieć, ale o jej śmierci dowiedziałem się dopiero po roku z audycji w Trójce.


„Na Księżycu”. Odnoszę wrażenie, że zgromadzonej na sali Gminnego Ośrodka Kultury w Gietrzwałdzie publiczności nie trzeba było wyjaśniać, że Kitaj to Chiny.


Dwa przykłady, z podobno 53, Bajeczek Babci Pimpusiowej. Nie tylko o niedźwiedziu.


„Rola”, czyli Stanisław Barańczak, Maciej Zembaty i Roman Kołakowski to geniusze tłumaczeń, ale dopiero w zestawieniu ze mną…


Na bis „Jarocin”. Słowa, dla odmiany, Artura Andrusa.


Z pamiątkowego zdjęcia na finał wynikają dwie rzeczy. Po pierwsze, że dziś na scenie pojawił się także Tomasz Salej z gitarą, który zapowiedział Olka Grotowskiego występując. Po drugie, że na scenie pojawił się dziś Paweł Jarząbek bez gitary, który zapowiedział Olka Grotowskiego nie występując.


Gietrzwałdzkie słoneczniki dla artystów.


Ukłony dla mistrza. Dzięki.


Aha, odnoszę wrażenie, że Olek Grotowski ma taką sama gitarę jak ja. Albo odwrotnie…

niedziela, 30 września 2018

I ja gorę z Grażyną

Cztery lata temu zrezygnowałem z koncertu zespołu Kazik na Żywo, by obejrzeć finał Polska-Brazylia siatkarskich mistrzostw świata. Mimo kupionych już biletów. Wyrzucenie w błoto stu złotych opłaciło się, jak pamiętamy. Kilkanaście dni temu, kupując bilety na dzisiejszy koncert Grażyny Łobaszewskiej, musiałem zdecydować, jak wielkie zaufanie mam do polskich siatkarzy. Czy kupować na godzinę 19:00, w przekonaniu, że do planowanego na godz. 20:30 finału i tak nie dojdą? Czy może kupić na godzinę 17:00 w nadziei, że nie tylko wejdą do strefy medalowej, ale i przebiją się do finału? Tym razem ryzykowałem sto dziesięć złotych. Wybrałem słusznie… Koncert o godz. 17:00 był tak dobry, jak gra Bartosza Kurka w półfinale Polska-USA.


Ale, ale… Ja na sporcie się przecież nie znam, to jest blog przeważnie muzyczny. Więc krótko i na temat, bo… zaraz finał Polska-Brazylia (nie mogę się uwolnić od myślenia o tym, że być może dziś polska drużyna będzie drugi raz z rzędu mistrzem świata). Krótko i na temat – wspaniały koncert, świetni muzycy, cudowne utwory, najlepsi autorzy (Bukartyk, Poniedzielski, Wołek, Filar, Asnyk).


Wczoraj rozmawiałem z pewnym wokalistą, który szkolił się u Grażyny Łobaszewskiej. Zdradził mi anegdoty, jakimi zasypuje studentów. Nie są to może pikantne szczegóły, ale pokazują, że ma poczucie humoru. Co potwierdziło się na dzisiejszym koncercie. Rozrywkowy jest zresztą także zespół Ajagore, więc dobrali się idealnie.


Działający z przerwami od 1999 roku zespół Ajagore, czyli obecnie:

Sławomir Kornas – śpiew, gitara basowa


Maciej Kortas – gitara elektryczna


Michał Szczeblewski – perkusja


My też dziękujemy i polecamy ubiegłoroczną płytę „Sklejam się”.


Dla nieszczęśliwców, którym zabrakło biletów i na pierwszy, i na drugi koncert…

sobota, 29 września 2018

Ciemniejsza cegła Copernicusa

Planetaria wydają się wręcz stworzone do muzyki Pink Floyd. Takie na przykład Olsztyńskie Planetarium zostało otwarte 19 lutego 1973 roku, miesiąc przed premierą „The Dark Side of the Moon”. Kosmiczny zbieg okoliczności? Nie sądzę…


Ale nie mówmy o Olsztynie, skoro dziś Spare Bricks zagrali swój pierwszy warszawski koncert, właśnie w Planetarium Niebo Kopernika w Centrum Nauki Kopernik. A jutro zagrają drugi. (Nie)zupełnie jak w Olsztynie, że jednak jeszcze raz to miasto wspomnę, gdzie trzy lata temu odbyły się pod kopułą cztery występy w dwa dni.


Okazało się zresztą, że to w ogóle pierwszy koncert rockowy pod Niebem Kopernika. Bo w normalnych okolicznościach można tu usłyszeć Chopina, Debussy’ego…


Żeby dobrze nastroić się na koncert, wpadliśmy najpierw do CNK, gdzie m.in. wygenerowałem sobie wiersz…


...oraz wczułem się w perkusję swego serca:


Dzisiejszy repertuar skrojony na miarę godzinnego spektaklu w planetarium.


„Comfortably Numb”

Wielkie solo Pawła Gilmoura pod Wielkim Wozem.

„Time” # „Breathe (Reprise)”

Słońce bez zmian na swój sposób trwa, lecz ty wciąż starszy…
Dobre miejsce na tę refleksję astronomiczno-eschatologiczną.

„Money”

Pierwszy raz w wykonaniu Adama, członka zespołu od kilku miesięcy. Aga jak zawsze niezawodnie z saksofonem.

„Wish You Were Here”

Odświeżające aranżację solo Arka na emulowanym hammondzie.

„Rattle That Lock”

Najnowszy utwór dzisiejszego wieczora. Najnowszy, ale mający już trzy lata… W tej sprawie refleksje trzy utwory wcześniej.

„Hey You”

Od czterech lat po polsku. Próżność tłumacza zaspokojona. Ale z kwiatami proszę jutro, bo Międzynarodowy Dzień Tłumacza 30 września.

„Run Like Hell”

To jest ten moment, gdy Jacek lubi sobie poskakać.

„Coming Back to Life”

Pierwszy ukłon w stronę tych, którzy zakochali się w Pink Floydach w latach 90-tych.

„High Hopes”

Drugi ukłon w stronę tych, którzy zakochali się w Pink Floydach w latach 90-tych.

Koniec? Prawie. Gospodarz zaszpanował i profesjonalnie wymienił z głowy wszystkich członków zespołu.


„Another Brick in the Wall Part II”

Bis musiał być. Okazuje się, że Adam nie tylko ostro śpiewa, ale i ostro gra na gitarze. Solo Pawła, solo Adama, solo Michała… Normalnie jazz :)

Niby pod kopułą, ale dużo czasu spędziliśmy dziś za murem. „The Wall” to najmocniej reprezentowany dziś album. 40 proc. repertuaru pochodziło właśnie z niego. Na następnych koncertach (2 listopada Gdańsk, 1 grudnia Jelenia Góra, 2 grudnia Wrocław, 7 i 8 grudnia Łódź, 15 grudnia Olsztyn) będzie 100 proc. „The Wall” i 100 proc. po polsku.


I teraz to już był naprawdę koniec.


Ostatni rzut oka na Wisłę, na Most Świętokrzyski, na Stadion Narodowy (było się niedawno) i do domu. Prawie trzygodzinną drogę umilili nam przez radio siatkarze, którym właśnie tyle było potrzeba, by wejść do finału mistrzostw świata.

niedziela, 23 września 2018

Każdy miewał to przeczucie

Co robili Lennon i McCartney, gdy nie mieli czasu (weny, ochoty…) na dokończenie piosenki? Szli do kolegi i mówili: „daj kawałek”. Tak powstało nie tylko „A Day In The Life”, ale również na przykład „I’ve Got a Feeling”. Jak to u Beatlesów, sytuacja jest pokręcona nie tylko z tego powodu. Piosenka została nagrana 30 stycznia 1969 roku podczas koncertu na dachu studiów EMI i w takiej wersji ukazała się, ale dopiero 8 maja 1970 roku na płycie „Let It Be”, gdy zespół już oficjalnie nie istniał od miesiąca.
Gdyby Lennon dokończył swoją pesymistyczną piosenkę, nazywałaby się „Everybody Had a Hard Year” (chociaż początkowa wersja teksu mówiła, że „everyone”, co jest subtelną, ale różnicą). Zwyciężył optymizm i przeszła nazwa Paula jego pozytywnie nastawionej do świata piosenki „I’ve Got a Feeling”, którą mam nadzieję usłyszeć 3 grudnia w Krakowie.


Mam to przeczucie, przeczuwam mocno to
O tak, o tak (tak jest)
Mam to przeczucie, nie umiem ukryć go
O nie, nie, o nie, o nie
Tak, tak! Mam to przeczucie! Tak!

O, proszę, wierz mi, na pociąg zdążyć chcę
O tak, tak, o tak!
Gdy mnie porzucisz, nie spóźnię znowu się
O nie, o nie, o nie
Tak, tak! Mam to przeczucie! Tak
Mam to przeczucie

Tyle lat po świecie włóczę się sam
Czemu nikt, ciekawe, mi nie powiedział,
Że wszystko, czego szukam, to ktoś, kto
Wygląda jak ty

Mam to przeczucie, co zdwaja czujność mą
O tak, o tak
Mam to przeczucie i myślę, że już każdy wie to
O tak, o tak, o tak
Tak, tak! Mam to przeczucie! Tak!

Każdy miewał lata trudne
Każdy bawił się bez końca
Każdy kiedyś miał sny mokre
Każdy widział promień słońca
O tak, o tak
Każdy miewał lata dobre
Każdy nerwom dał odpocząć
Każdy brał się za robotę (o tak)
Każdy swego umiał dopiąć
O tak, tak!

Mam to przeczucie, przeczuwam mocno to
(Każdy miewał lata trudne)
(Każdy bawił się bez końca)
O tak, o tak (tak jest)
(Każdy kiedyś miał sny mokre)
(Każdy widział promień słońca)
Mam to przeczucie, nie umiem ukryć go
(Każdy miewał lata dobre)
(Każdy nerwom dał odpocząć)
O nie, nie, o nie, o nie
(Każdy brał się za robotę)
(Każdy swego umiał dopiąć)
Tak, tak! Mam to przeczucie! Tak!
Olsztyn, 22-23.09.2018



Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

sobota, 8 września 2018

Fiolet mgieł miał w głowie swej

Czy jak coś jest purpurowe, od razu musi się kojarzyć z narkotykami? Widać musi, skoro kojarzy. Napisany 26 grudnia 1966 roku i nagrany 11 stycznia 1967 roku utwór „Purple Haze” ma to skojarzenie wpisane w swój kod genetyczny.
Sam Hendrix odżegnywał się od tej interpretacji (zupełnie jak Lennon nie dał sobie wmówić, że „Lucy in the Sky with Diamonds” to piosenka o LSD, chociaż na pierwszy rzut oka widać, że i owszem…). Zwykła miłosna piosenka, inspirowana snem. Zwykła? W 1966 roku? U Hendriksa?
Tekst tekstem, ale jest też muzyka. A w niej magiczny akord E7#9. Akord Hendriksa streszczający całą skalę bluesową. Pozwoliłem sobie go zagrać, ale na drugiej ścieżce dźwiekowej, więc na filmie tylko jakaś jego imitacja.


Fiolet mgieł mam w głowie swej
Rzeczy ciągle zmieniają się
Wszystko śmieszy, nie wiem czemu tak
Chwilunia, chcę buzi niebu dać

Fiolet mgieł wokół trwa
Nie wiem, czy mi bliżej góry, czy dna
Czym szczęśliwy, czy w biedę brnę?
Cokolwiek to jest, dziewczyna zaklęła mnie

Pomóż!
Pomóż!
O, nie, nie

Fiolet mgieł w swych oczach mam
Nie wiem, czy to czas nocy, czy dnia
Już mnie rozwalasz, rozwalasz jaźń
Czy to jest już jutro, czy tylko kończy się czas?

Pomóż!
A, tak, tak, fiolet mgieł, tak
O, nie, o
O, pomóż!
Olsztyn, 30.08-8.09.2018



Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

piątek, 7 września 2018

Ta stacja Egipt się nazywa

Tak sobie pomyślałem, że skoro nie dane mi było wysłuchiwanie płyt Beatlesów w dniu ich premiery, to muszę to nadrabiać z płytami Paula McCartneya. I co? Byłem dziś w olsztyńskim Empiku z samego rana, ale płyty nie było. Tzn. nie było na półkach, nie było w systemie informacyjnym. Dwie godziny później niezawodna żona donosi, że system zaczął wyświetlać dostępność. Dowieźli? Pewnie z Egiptu pociągiem… To są frustracje malkontenta, bo przecież płytę odpakowałem dopiero w domu, na co mam dowód:


Jak wrażenia? Spisane na gorąco przy pierwszym przesłuchaniu…

1. „Opening Station”
Gdzie ta stacja? Dokąd zabierze mnie ten pociąg? I tak sobie skojarzyłem, że David Gilmour też sobie pojeździł pociągiem na swojej płycie z 2015 roku.

2. „I Don't Know”
Piękny fortepian. Piękny tekst o tym, że faceci się mylą, bo są tylko facetami.

3. „Come On to Me”
Pozwoliłem sobie przetłumaczyć kilka dni przed premierą. Wesołe może być życie staruszka. On to w pociągu przeżył? Teraz czy w młodości? Na miejscu żony bym się zainteresował.

4. „Happy with You”
214 piosenka o tym, że „kiedyś byłem niedobry, a teraz jestem szczęśliwy z Tobą”. Niby banał, ale jak pięknie zaaranżowany.

5. „Who Cares”
Od razu wpada w ucho. No i okazuje się, że Paul ciągle wyciąga wysokie dźwięki. Tekst o tym, żeby nie zwracać uwagi na idiotów, czyli żeby robić swoje.

6. „Fuh You”
No dobrze, ale co znaczy to „fuh”? Słownik gwary miejskiej

7. „Confidante”
Klasyczne zagadnienie nastolatków - czy możliwa jest przyjaźń między kobietą i mężczyzną?

8. „People Want Peace”
Skojarzenie z „Give Peace a Chance” jest nieuchronne. Piosenka Paula nie jest tak archetypiczna jak Johna, ale dziś równie potrzebna, niestety.

9. „Hand in Hand”
Jak się okazuje, teksty o trzymaniu się za rękę można pisać nawet, a może zwłaszcza, w wieku 76 lat. Piękne.

10. „Dominoes”
O rany, jaki fajny koniec utworu. Tego nie robią w zwykłych piosenkach pop. Ale przecież Paul nie pisze zwykłych piosenek pop.

11. „Back in Brazil”
Jaka piękna bossanova! Mój, jak do tej pory, ulubiony kawałek z tej płyty. Ale jeszcze pięć utworów, więc może coś się zmienić. Czy ta wstawka jest po portugalsku czy po japońsku???

12. „Do It Now”
Teraz! Teraz! Teraz!

13. „Caesar Rock”
Gitara od tyłu, niespodziewane zmiany rytmu, ostry śpiew Paula. Czego chcieć więcej?

14. „Despite Repeated Warnings”
Dokąd zawiedzie nas szalony kapitan? Paul ma spojrzenie globalne, jest obywatelem świata, więc tym kapitanem jest chyba przywódca wolnego świata…
Genialne zmiany rytmu i melodii piosenki, skoordynowane z treścią utworu. Za to kochamy Paula.

15. „Station II”
Zbliżamy się do stacji końcowej. Proszę sprawdzić, czy zabrali państwo bagaż…

16. „Hunt You Down / Naked / C-Link”
I jeszcze jedna suita piosenkowa. Tzn. w jeden utwór zlały się dwie piosenki i jedno nagranie instrumentalne. Końcowy instrumentalny fragment robi naprawdę świetne wrażenie. Nieco zajechało mi „How Do You Sleep?”, w którym przecież John beształ Paula. Czyżby odrobina masochizmu?

środa, 29 sierpnia 2018

Stary człowiek i może

To nawet fajnie, że gdy 3 grudnia będę na krakowskim koncercie Paula McCartneya, w czasie którego pojawią się na pewno ze dwie lub trzy piosenki z jego najnowszej płyty „Egypt Station”, minie dokładnie dziesięć lat od czasu, gdy stałem pod piramidami w Gizie. Tymi samymi, jakie zdobią okładkę płyty, która ukaże się w najbliższy piątek. Swoją drogą to ciekawe, że płyty jeszcze nie ma, a już tyle o niej wiadomo – że 16 stacji (przepraszam, utworów) + dwa dodatkowe, że concept album, że okładka z piramidami. Nie wspominając o tym, że znamy już trzy utwory, co akurat jest standardowe.


Na przykład „Come On To Me”, czyli coś w rodzaju „Mam w hotelu najnowszy numer Przekroju”, na co podrywał w Paryżu z wiadomym skutkiem dyrektor Pol-Pimu Tadeusz Krzakoski. Jak widać 76-letni Paul McCartney potrafi nie tylko wydać ciekawą (tak się zapowiada) płytę, ale i ma jeszcze sporo wigoru…


Ujrzałem uśmiech twój
A może to był sen
Ty chciałaś więcej niż
Niewinnej konwersacji

Przysięgam – oka rzut
Nim odwróciłaś się
Nie widzę sensu już
Z pokusą twoją walczyć

Czy ty odwiedzisz mnie?
Czy ja odwiedzę cię?
Jeśli odwiedzisz mnie,
To ja odwiedzę cię

du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du

Nie sądzę, żebym mógł
W oczekiwaniu trwać
Jak szybko uda się
Te formalności przebyć?

Musimy znaleźć gdzieś
Miejsce, by sami być
Spędzić cudowny czas
By nikt nam nie przeszkodził

Jeśli odwiedzisz mnie,
To ja odwiedzę cię
Jeśli odwiedzisz mnie,
To ja odwiedzę cię

du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du

du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du

Zanim swój chwycisz płaszcz
Dyskretny stanę się
Nie może widzieć nikt
Wymiany informacji

Cóż, ujrzałem uśmiech twój
A może to był sen
Ty chciałaś więcej niż
Niewinnej konwersacji

Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja
Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja

Jeśli odwiedzisz mnie,
To ja odwiedzę cię
Jeśli odwiedzisz mnie,
To ja odwiedzę cię

Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja
Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja

Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja
Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja

Zrobię to, zrobię to, zrobię to, tak
Zrobię to, zrobię to, zrobię to, tak, jeśli…

Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja
Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja
Olsztyn, 28-29.08.2018



Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

piątek, 10 sierpnia 2018

Zalef Niemena

Dawno już nie byłem na tradycyjnym sierpniowym koncercie z Niemenem w roli głównej w olsztyńskim Amfiteatrze im. Czesława (a jakże) Niemena. A to impreza z tradycją już dziesięcioletnią. Jak na Olsztyn, ogromną. 2009, 2011, 2013, 2014


Gdy w styczniu ukazała się płyta „Zalewski śpiewa Niemena”, wiedziałem, że w tym roku pójdę na Dzień Niemena, ale pod warunkiem, że pojawi się na nim Zalef. Jako że się pojawił, oto jestem. Jestem, bo przezornie kupiłem bilet pierwszego dnia sprzedaży. A nie ma tych, którzy odkładają wszystko na ostatnią chwilę… Biletów oczywiście zabrakło! I tylko nie wiem czy bardziej z powodu Niemena, czy bardziej z powodu Zalewskiego.


A może z powodu sióstr Przybysz?


Jak wypadł koncert? Byłem niedawno na Stonesach i na Watersie, Tymona nie wspominając, więc jest do czego porównywać. A że ręce same składały się do braw, nie moja wina (tylko rąk i Zalefa).


Zagrali całą płytę i coś jeszcze.


Zagrali bez wydziwiania – utwory według kolejności na płycie. Z jedną drobą zmianą – ostatnim utworem (instrumentalnym „Outro inspirowane Blue Community”) otworzyli koncert. Na rozgrzewkę. A potem:
- „Doloniedola” (jakaż aranżacja!)
- „Przyjdź w taką noc” (tak zaczynać od przeboju…)
- „Dziwny jest ten świat” (tu mógłby Zalewski zapolitykować, coś nawet napomknął, ale kropki nad i nie postawił)
- „Status mojego ja” (Niemen deklaruje w 1989 roku apolityczność czy apartyjność?)
- „Począwszy od Kaina” (bujamy się do piosenki o złych uczynkach)
- „Kwiaty ojczyste” (skandujemy w myślach „Tadeusz Kubiak!”, „Tadeusz Kubiak!”)
- „Jednego serca” („Adam Asnyk!”, „Adam Asnyk!”)
- „Pielgrzym” („Cyprian Kamil Norwid!”)

Odstępstwo od płyty, czyli głos mają siostry:
- Natalia Przybysz – „Mów do mnie jeszcze” („Kazimierz Przerwa-Tetmajer!”)
- Paulina Przybysz – „Ode to Venus” („Czesław Niemen!”)

I wracamy na płytę:
- „Spojrzenie za siebie” (trzeci i ostatni kawałek z płyty „Terra Deflorata”, programowo niepopularnej)
- „Domek bez adresu” (w końcu coś dla ludzi…)

Udało się wyklaskać bis:
- „Sen o Warszawie” (Zalef akustyczny)
- „Jednego serca” (Krzysztof Zalewski kocha publiczność, publiczność kocha Krzysztofa Zalewskiego).


Skład aż ośmioosobowy, identyczny z tym, jaki nagrał płytę:
- Krzysztof Zalewski – wokal, gitara,
- Natalia Przybysz – chór, wokal,
- Paulina Przybysz – chór, wokal,
- Jerzy Zagórski – gitara,
- Tomasz Duda – saksofon, flet,
- Jarosław Jóźwik – instrumenty klawiszowe,
- Pat Stawiński – bas,
- Kuba Staruszkiewicz – perkusja.


I bisu już nie było, ale zrobiłem sobie jeszcze dwa pokątnie:
- Męskie Granie Orkiestra 2018 z Zalewskim, czyli „Początek” na 1. miejscu Listy Przebojów Trójki słyszałem już w domu z radia (gdy kilkadziesiąt minut wcześniej słyszeliśmy na żywo „Jednego serca”, słuchacze Trójki słyszeli ten utwór na 8. miejscu),
- a potem audycja „Zalef zgiełku” (teraz już wiem, że czasem bywa z taśmy, dziś się chyba nie przyznał).

I tak powinny wyglądać wszystkie piątki!

sobota, 4 sierpnia 2018

Bez paniki! Jesteśmy w Dywitach

Miałem trochę obaw związanych z tym koncertem. Raz, że występ darmowy. Dwa, że na imprezie promującej piwo. Trzy, że ludność mogła mieć rozmijające się z artystą oczekiwania co do przebiegu koncertu. W końcu Tymon Tymański, bo o nim mowa, należy do tej grupy muzyków, którzy mają wiele twarzy (jedną z nich widziałem trzy miesiące temu w Giżycku). I wprawdzie każda z tych twarzy ciekawa, ale nie każda musi przypaść do gustu przypadkowej widowni.


Tymon stanął na wysokości zadania, bo… stoi na czele wielu projektów i mógł zaspokoić różne oczekiwania. Było więc coś z „Wesela”, było coś z płyty „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” i było coś z najnowszego wynalazku, jakim jest grupa Tymon Tymański & MU. Z tym właśnie zespołem pojawił się dziś na Święcie Warmińskiego Piwowara w Dywitach.


MU tworzą: Tymon Tymański – gitara, bas, klawisze, wokal, Marcin Gałązka – gitara, Michał Jan Ciesielski – saksofon, klawisze, Jacek Prościński – perkusja, Szymon Burnos – klawisze.


Zarejestrowane dla potomności, momentami w strugach deszczu, utwory pokazują, że Tymon może wyjść z jazzu, ale jazz z Tymona nie chce… Np. „Heartbreaker”:


Jak to się stało, że „Jesienna deprecha” leczy nas z depresji już od 20 lat… Chyba wpadnę z tego powodu w depresyjkę.


Słuchając „Nie mam jaj” przypomniałem sobie, jak to w 1999 czy 2000 roku koncertowa płyta „Na żywo w Pstrągu” z prawie jedenastominutową wersją tego utworu nie opuszczała mego odtwarzacza. I że miałem wówczas okazję dwukrotnie widzieć na żywo Kury, m.in. z tym utworem. Dziś wersja „tylko” ośmiominutowa.


Nie znam jeszcze twórczości zespołu MU na wyrywki, więc zaryzykuję, że ten utwór nazywa się „Techno”.


Koncert krótki, bo w warunkach festynowych, a w kolejce czekał Maleo Reagge Rockers. Nie zostałem, pewnie źle zrobiłem.

piątek, 3 sierpnia 2018

Tylko z polityką proszę

Podobno muzyka łagodzi obyczaje. To prawda. Z tym, że raczej gówno prawda. Taką mało wyszukaną refleksję mam po krakowskim koncercie Rogera Watersa (po gdańskim, mimo że na nim nie będę, refleksja mi się zapewne pogłębi). I nie, nie chodzi mi o to, że Waters uruchomił jakiś przemysł pogardy, czy coś w tym rodzaju. Po prostu ludzie na siebie napadli, bo jednym spodobało się to, co Roger Waters głosił słowem, tekstem, obrazem ze sceny, a innym wręcz przeciwnie. A nawet nie tyle to, co mówił, ale to, że w ogóle mówił.


Od razu sobie wyjaśnijmy, że ja należę do tej pierwszej grupy. I teraz napadnę na tę drugą. Dlaczego? Bo nie rozumiem, jak można podniecać się muzyką Pink Floydów, wybulić kilkaset złotych na koncert Rogera Watersa, a następnie irytować się, że ktoś miesza politykę z muzyką… Drodzy miłośnicy Czystej Formy, Waters robi to już ponad 40 lat, był czas przywyknąć! Podobnie jak robił to John Lennon, jak robili to Rage Against the Machine, jak czynił Bob Dylan, że wymienię tylko najbardziej wyraziste przykłady. Pusty śmiech mnie zatem ogarnia, gdy ktoś marudzi, że przyszedł do Tauron Areny posłuchać tylko muzyki, a nie politycznych manifestów.


Tylko muzyki? Serio? To może od razu powiedzmy sobie, że otwierająca koncert scena na plaży to reklama wczasów nad morzem…


Powiedzmy, że „Breathe” to jest „tylko muzyka”, a nie krytyka wyścigu szczurów, które i tak wszystkie skończą w trumnie.


Powiedzmy, że „One of These Days” to jest „tylko muzyka”, bo przecież nie ma słów.


Powiedzmy, że „Time” to jest „tylko muzyka”, a nie gorzkie żale z powodu marnowania czasu.


Powiedzmy, że „The Great Gig in the Sky” to jest „tylko muzyka”, a nie flaki mentalne, które wychodzą nam na wierzch, gdy pomyślimy o śmierci.


Powiedzmy, że „Welcome to the Machine” to jest „tylko muzyka”, a nie krytyka pazernego show bussinesu.


Powiedzmy, że „Déjà Vu” to jest „tylko muzyka”, a nie rozpacz nad światem, który Komuś nie wyszedł.


Powiedzmy, że „The Last Refugee” to jest „tylko muzyka”, a nie jeden z tych bolesnych tematów, których świat wolałby nie dostrzegać.


Powiedzmy, że „Picture That” to jest „tylko muzyka”, a nie rozważania o współczesnym świecie.


Powiedzmy, że „Wish You Were Here” to jest „tylko muzyka”, a nie smutek za czymś utraconym, może ideałami, może przyjacielem.


Powiedzmy, że „The Happiest Days of Our Lives” to jest „tylko muzyka”, a nie wyrzut sumienia ciała pedagogicznego rekompensującego sobie w szkole nieudane życie osobiste.


Powiedzmy, że „Another Brick in the Wall (Part 2)” to jest „tylko muzyka”, a nie sprzeciw wobec skostniałego systemu edukacji.


Powiedzmy, że „Another Brick in the Wall (part 3)” to jest „tylko muzyka”, a nie kolejny odcinek bolesnej autopsychoanalizy Rogera W.


Powiedzmy, że ten cały manifest polityczno-społeczny w przerwie koncertu to tylko niepotrzebny dodatek do ślicznej muzyki, która przecież od tylu lat robi nam ciary, gdy słuchamy Topu Wszech Czasów Trójki.


Powiedzmy, że znak zapytania przy Putinie oznacza, iż Waters jest lewakiem (bo zawsze tak mówimy, gdy nie potrafimy sobie poradzić z czyimiś poglądami).


Powiedzmy po przerwie, że „Dogs” to jest „tylko muzyka”, a nie cierpkie refleksje o tym, że zawsze ktoś będzie kimś chciał rządzić, być ważniejszy.


Powiedzmy, że „Pigs (Three Different Ones)” to jest „tylko muzyka”, a nie szydera z ludzi chorych na władzę.


(Na marginesie – zastanawiałem się, czy nie padnie rym do nieodzownego na rozpolitykowanym koncercie słowa FUCK).


Powiedzmy, że „Money” to jest „tylko muzyka”, a nie rozważania o tym, co robią z nami pieniądze (ciut poważniejsze niż to, że ona czuje we mnie piniądz).


Powiedzmy, że „Us and Them” to jest „tylko muzyka”, a nie obraz świata podzielonego na „my” i „oni”, co brzmi niepokojąco znajomo…


Powiedzmy, że „Smell the Roses” to jest „tylko muzyka”, a nie kilka gorzkich słów o świecie, który swoje problemy rozwiązuje zazwyczaj siłą.


Powiedzmy, że „Brain Damage” to jest „tylko muzyka”, a nie rzecz o szalonych politykach.


Powiedzmy, że „Eclipse” to jest „tylko muzyka”, a nie dręczenie słuchacza wszystkimi problemami tego świata.


Rymu do słowa „fuck” nie było, ale Waters nie mógł być gorszy od Jaggera, więc kilka słów bezpośrednio do nas przed bisem usłyszeliśmy. Słowa o rozdziale Kościoła od państwa w Krakowie brzmią nieźle, ale szkoda, że koncert nie odbywał się w Toruniu… Ciekawe, co Roger Waters powie w Gdańsku.


Wsłuchując się w dwa utwory na bis, powiedzmy, że „Mother” to jest „tylko muzyka”, a nie pieśń o toksycznej miłości rodzicielskiej.


I powiedzmy na finał, że „Comfortably Numb” to jest „tylko muzyka” (wiadomo, ze świetną solówką), a nie jakaś tam podróż do wnętrza pozbawionego wszelkich emocji bohatera, którego świat zdążył skrzywdzić, a on świata jeszcze nie…


Zapewne ci, którzy poszli na koncert Rogera Watersa „tylko po muzykę”, sądzą, że:
- „Mother” nadaje się na Dzień Matki,
- „Have a Cigar” jest o szkodliwości palenia,
- cały album „The Dark Side of the Moon” to wyraz fascynacji zespołu astronomią,
- „Dogs” powstał, gdy Waters zapisał się do Brytyjskiego Towarzystwa Kynologicznego,
- „Smell the Roses” mówi o tym, że kobiecie należy dawać kwiaty,
- „Welcome to the Machine” to rozważania o mechanizacji produkcji,
- „Us and Them” to nastrojowa ballada, pościelówa w zasadzie...


Takich kontrowersji nie było po koncercie Davida Gilmoura, który wystąpił dwa lata temu we Wrocławiu. Zupełnie inne przedstawienia, pokazujące chyba dobitnie, dlaczego panowie nie mogą ze sobą pracować. Takiego obrazka na koncercie Gilmoura przecież byśmy nie zobaczyli:


Ani takiego tym bardziej:


No, może taki, bo przecież i Gilmour, i Waters są kustoszami spuścizny po Pink Floydach, którzy zapewne już się nie zejdą. I Mason też, jak się okazało, bo wyrusza na sentymentalną trasę z utworami Pink Floydów (czekam, aż zawita do Polski).


Zarówno wrocławski koncert Gillmoura, jak i krakowski występ Watersa miałem przyjemność oglądać w towarzystwie muzyków Spare Bricks, z którymi przygotowaliśmy „The Wall” po polsku z moim tłumaczeniem (oficjalna premiera 2 listopada w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku).


Jeśli komuś zostało jeszcze 16 minut wolnego czasu, to może obejrzeć skrót koncertu ze wszystkimi 22 utworami, jakie wykonał dziś w Krakowie Roger Waters.


I jeszcze doceńmy cały zespół, towarzyszącemu Watersowi.


Gus Seyffert (gitary, bas, klawisze, wokal wspierający)


Jonathan Wilson (gitary, klawisze, wokal i wokal wspierający)


Jon Carin (klawisze, gitary, wokal wspierający)


Ian Ritchie (saksofon)


Joey Waronker (perkusja)


Bo Koster (organy Hammonda)


Jessica Wolfe i Holly Laessig (wokal i wokal wspierający, instrumenty perkusyjne)


I Dave Kilminster (gitary, talk box, wokal wspierający), którego nie udało mi się uchwycić na zdjęciu.

No i oczywiście dwanaścioro podopiecznych Akademii Przyszłości.