poniedziałek, 16 września 2019

W jak Wilno

Trzecia wizyta w Wilnie. Poprzednia 14 lat temu. Zmieniło się na pewno wiele. I na pewno nic.


Jest Facebook (tak, w 2005 roku go w zasadzie nie było…) i można łatwo znaleźć wydarzenia, które chce się zobaczyć. Na przykład Jarmark Narodów na prospekcie Giedymina.


A na nim rekordowo dużą gitarę, która wykonał Alidas Jackunas (coś, jak nasz olsztyński megagramofon w amfiteatrze).


Albo duet akordeon plus trąbka w klasycznym repertuarze, np. „Bésame mucho” Consuelo Velázqueza.


Na pobliskim placu Katedralnym w tym samym czasie II Targi Edukacyjne Szkół Polskich w Wilnie. Obowiązkowo z repertuarem kresowym…


…ale nie tylko. Piosenka z repertuaru Edyty Górniak (a w oryginale Céline Dion) śpiewana z pięknym wileńskim akcentem.


Na targach coś dla ducha, ale i coś dla ciała. Po bezczynnych łańcuchach widać, że to wersja naziemna.


Wracając do muzyki – w planie mieliśmy dwa koncerty, ale jazz pierwszego wieczoru poległ z powodu choroby… widza. Natomiast blues się nie dał i trzeci wieczór spędziliśmy w Geltonos Sofos Klubas, czyli Klubie z Żółtą Sofą na koncercie Carvina Jonesa, który przywitał nas na scenie śpiąc na tytułowej sofie.


Ziewania jednak nie było, nawet jeśli na ścianie wisiała bałałajka, a większość publiczności mówiła po rosyjsku.


O muzykę otarliśmy się jeszcze w Republice Zarzecza.


Takie skrzyżowanie naszego Pubu From i Masarni. Plus cmentarzysko fortepianów.


Plus walka o prawa Tybetu.


Skoro już przy polityce jesteśmy, to spójrzmy na pl. Szymona Dowkonta (Simonasa Daukantasa, żeby może jednak nie polonizować nazwiska człowiekowi, który wzniecał płomień litewskiego odrodzenia narodowego w XIX wieku), gdzie znajduje się pałac prezydencki.


Bez barierek, bez zasieków? Bez tłumów agentów ochrony? Bo trudno za ochronę uznać ten patrol, idący zapewne na jakąś symboliczną wartę.


I ta kolumna wjeżdżająca (pod prąd) i wyjeżdżająca ulicą Uniwersytecką (Universiteto) do pałacu prezydenckiego też jakaś niebizantyjska (zależy, kto w środku…).


Polityka to nie tylko tu i teraz. To również tu i wtedy. Na przykład styczeń 1991 roku, gdy Armia Radziecka bohatersko zaatakowała bronioną przez mieszkańców Wilna wieżę telewizyjną. Pamiętam, jak 13 stycznia tamtego roku byłem w SHS „Perkoz” i pracujący w niej wówczas nieodżałowany Kazimierz Bogdan Schütterlỹ wpadł na zajęcia z informacją, że w Wilnie giną ludzie...


Albo, całkiem niedawno, 8 grudnia 2018 roku, gdy nagrobek z tablicą upamiętniającą postać arcybiskupa Jana Cieplaka wrócił na swoje miejsce w katedrze wileńskiej. Dwie linijki na tablicy z fragmentem mówiącym o jego prześladowaniach przez komunistów w Rosji Radzieckiej w latach 1920-1924 były, jak widać, chyba moderowane… Czemu i kiedy nie wiem.


Albo wszystko to, co wydarzyło się 80 lat temu między, powiedzmy, Pirenejami a Wołgą i spowodowało, że po kilku milionach ludzi i kilku tysiącach dzielnic zostały tylko symbole, jak w tym miejscu, które przed wojną nazywało się zaułek Szwarcowy, a dziś Švarco.


Albo cztery wieki temu, gdy Rzeczpospolita Obojga Narodów miała się dobrze, a nawet bardzo dobrze, co widać w kaplicy św. Kazimierza.


Ale może miałaby się jeszcze lepiej, gdyby wzorem trzech rąk świętego królewicza stała się Rzeczpospolitą Trojga Narodów… Wtedy tę pomyłkę malarza moglibyśmy wpisać do zestawu narodowej mitologii.


Mitologię mają narody, mają rodziny. Nasza mówi, zapewne niesłusznie, że na ścianie kościoła św. Teresy przy ul. Aušros Vartų (Ostrobramskiej) to nasz Pociej…


A od tego już krok do zainteresowania pałacem Pociejów przy ul. Dominikonų (Dominikańskiej), niegdyś z numerem 13 a obecnie 11.


Prawo do wczuwania się w Wilno mamy zresztą oboje, skoro zarówno moja babcia, jak i babcia Anity pochodziły z Nowej Wilejki. Ciekawe, czy się znały…


Skoro już padło nazwisko Pociej, to zobaczmy, co u Mickiewicza, który umieścił to nazwisko w „Panu Tadeuszu” (chodzi o Aleksandra hrabiego Pocieja).


Otóż u Mickiewicza bardzo dobrze. Liczba tablic z tym nazwiskiem utrzymuje się na wysokim poziomie, a liczne polskie wycieczki są nimi co krok epatowane. Do tego stopnia, że młode Litwinki przechodząc obok polskiego przewodnika wyszczebiotały „mićkiewić, mićkiewić”, co zapewne brzmi dla nich zabawnie, skoro wiadomo, że chodzi o Adomasa Mickevičiusa. Egzemplifikacja z ulicy Pilies 11 (inne przykłady pozwolę sobie pominąć).


Dla równowagi pod numerem 7 kamienica, w której zginął tragicznie od pioruna kulistego (zamykajcie okna!) ojczym Juliusza Słowackiego, a przy ul. Pilies 24 tablica Kraszewskiego, którego za wieszcza nie uznajemy, ale przecież moglibyśmy, choćby za pracowitość. Norwida nie odnotowano, słusznie, bo z Wilnem nie miał nic wspólnego.


Sekwencję tablic kończę Władysławem Michałem Zaleskim, którego wspomnienie wisi od prawie stu lat tuż obok Ostrej Bramy.


A ostatnie dwie postaci historyczne na dziś to Mendog oraz Giedymin, ojciec Olgierda i dziad Jagiełły. Pierwszy siedzi we własnej osobie, a drugi ma basztę swego imienia, z którą nie ma nic wspólnego, bo powstała po jego śmierci.


Naszą uwagę na powyższym zdjęciu przykuwa jednak elektryczna hulajnoga i tak przechodzimy do współczesności. Owszem, hulajnogi, zupełnie jak w Polsce, walają się po całym Wilnie.


Współczesne aż do bólu jest muzeum MO.


Osiem euro kosztowało nas zrozumienie, że to wszystko gówno prawda…


Zanim jednak nastąpią tak drastyczne skutki, trzeba się czymś posilić. „Czymś” na Litwie może oznaczać tylko cepeliny (kartacze?, pyzy?)…


…oraz placki ziemniaczane. Tak, po to tam pojechaliśmy.


Niektórzy również po to.


Aha, posłuchałem trochę Radia Znad Wilii. Mówią lepiej po polsku niż w większości polskich rozgłośni. Co mówią, to już zupełnie inna sprawa.

niedziela, 15 września 2019

Blues z bałałajką w tle

To nie był banalny koncert, pomijając nawet to, że poszliśmy w Wilnie słuchać bluesa, a nie, jak wypadałoby, polskich lub litewskich etnograficznych atrakcji znad Wilii. Zaczęło się już przy wejściu, a byliśmy oczywiście jak zawsze pierwsi, gdy szefowa najpierw zapaliła kadzidełka, potem postawiła kawę, a na końcu obdarowała nas świeczkami, zapewniając, że są nastojaszczaje. Czyli z prawdziwego wosku, a nie z jakiejś parafiny, jak w sklepie. I w ogóle wszystko to wyglądało przedziwnie, a brzmiało przeważnie po rosyjsku.


Następnie okazało się, że na scenie w sali koncertowej stoi żółta kanapa, co nie powinno dziwić, skoro klub nazywa się Geltonos Sofos Klubas, czyli Klub Żółtej Kanapy.


To samo w sobie też nie jest jeszcze jakimś ewenementem. Natomiast tego, że na kanapie otoczonej rozstawionym sprzętem estradowym będzie smacznie spał bohater wieczoru, naprawdę się nie spodziewałem.


Carvin Jones się wyspał i zagrał koncert, na którym nikt nie ziewał!


A wraz z nim dzielna lokalna ekipa:


Gintas Litinskas z Kłajpedy na basie:


Oraz Viktoras Rubežas na perkusji, też z Kłajpedy:


Carvin, reinkarnacja Wiadomo Kogo, nie tylko efektownie zagrał, ale zastosował też szereg sztuczek, twórczo rozwijając asortyment swego mistrza, począwszy od gry jedną ręką:


Przez grę językiem (w użycie tego organu można wątpić, jeśli weźmie się pod uwagę pierwszą ze wspomnianych technik):


Grę w stylu Paganiniego:


Grę jedną ręką, ale bez trzymanki, nawet ze zmianą progów:


To wszystko jest jednak niczym wobec wspaniałego kontaktu z publicznością. I to dosłownego kontaktu:


Mnie natomiast najbardziej urzekło to, że na ścianie za Carvinem wisiała bałałajka. Niestety, nie znajdowaliśmy się w sztuce Czechowa i trójkątny instrument nie wystrzelił… Tzn. nie zagrał.


Trochę mniejsze wrażenie robiło to, że Carvin czasem się podwajał za pomocą lustra zajmującego całą ścianę (bo już byłem w zeszłym roku na takim koncercie):


To był koncert z przerwą, a jakże. Można było kupić płytę lub koszulkę, dostać autograf…


I nie uszło niczyjej uwadze, że po wypełnieniu obowiązków marketingowych artysta zmienił koszulę (?) z żółtej (?) na niebieską (?), jednakowo wszakże świecącą.


Muzycznie? Nie ma co gadać, to trzeba posłuchać (no i zobaczyć…). Trzy przykłady. Po pierwsze „Sweet Home Chicago” Roberta Johnsona:


Po drugie „All Along the Watchtower” Boba Dylana (no i przecież troszkę w tej wersji Wiadomo Kogo):


Po trzecie „La Grange” ZZ Top:


I nawet jeśli w drugiej połowie koncertu kilkakrotnie siadło Carvinowi gardło, to wybaczamy, bo zimny wrzesień w Wilnie nam też dał się we znaki…

piątek, 13 września 2019

Męska idylla na trzy głosy, nie licząc pana z hi-hatem

Nigdy się tego nie dowiemy, co Beatlesi mogliby jeszcze osiągnąć, gdyby potrafili (chcieli? mogli?) pracować dalej razem. A przecież potrafili (gdy tylko chcieli, więc jednak mogli…) tworzyć jedność nawet w ostatnich chwilach zespołu. „Because” jest tego najlepszym przykładem. Totalnie na przekór duchowi rozpadu, jaki unosił się nad grupą od kilkunastu miesięcy, nagrali utwór, w którym harmonia ma jednocześnie dosłowne i przenośne znaczenie… Z oczywistych przyczyn śpiewa trzech Beatlesów, ale udział Ringo nie sprowadził się tylko do zaciskania kciuków (w nagraniu nie ma perkusji). Posłużył Georgowi Martinowi, który dublował na elektrycznym klawesynie partię gitary Johna, za żywy metronom, przygrywając mu na hi-hacie w słuchawkach.

W oczekiwaniu na remastering z okazji 50-lecia „Abbey Road” słucham edycji przygotowanej na 40-lecie

A od ponad 20 lat zachwycam się wersją a capella z „Antologii 3”:

Męska idylla jest jednak pozorna. Za plecami Johna Lennona, kompozytora „Because”, stoi Yoko Ono, która zainspirowała go grając „Sonatę Księżycową”. Nie, Yoko nie jest winna rozpadowi zespołu – była tylko akuszerką, dzięki której przyszedł na świat nowy John. Kto wie, czy otwierając Johnowi oczy na fakt, że jest już dorosły, nie uchroniła nas przed czymś naprawdę niedobrym, na przykład albumem wielokroć gorszym niż „Let It Be”.

Melodia, którą przyniósł do studia przy Abbey Road John, jest prosta (żadną miarą nie prostacka), ale ogromny wysiłek, jaki włożyli od 1 do 5 sierpnia 1969 roku Beatlesi w to nagranie budzi szacunek.

Tekst, z którym zmierzyłem się w Wilnie w hotelu przy ulicy Tilto jest prosty (żadną miarą nie prostacki), ale ogromny wysiłek, jaki włożyłem 13 września w piątek wieczorem w jego tłumaczenie i tak nie zostanie doceniony…

Bo świat okrągły jest, to kręci mnie
Bo świat okrągły jest

Bo wiatr tak mocny jest, to burzy mnie
Bo wiatr tak mocny jest

Miłość wciąż, miłość znów,
Wszystkim jest, tobą już

Bo nieba błękit jest, to wzrusza mnie
Bo nieba błękit jest
Wilno, 13.09.2019

A 50-lecie „Abbey Road” już za dwa tygodnie…

Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

niedziela, 25 sierpnia 2019

Mieć Bukartyka za sojusznika

To już moje co najmniej trzecie widzenie sceniczne z Piotrem Bukartykiem. W 2009, w 2018 oraz dziś (ale nie dam głowy, czy również nie jakiś zapomniany incydent na Spotkaniach Zamkowych).


Dzisiejszy koncert w Sowie podsumuję krótko - cieszę się, że taki artysta jest po naszej stronie. Bo kogo mamy po tamtej? Makowskiego??? Koń by się uśmiał, gdyby żył. Nie, dziś tego nie było. Repertuar był nieco odmienny, bo tym razem Bukartyk pojawił się z zespołem Ajagore (który widziałem tu rok temu z Grażyną Łobaszewską). Ale „Sznurka” nie zabrakło: