wtorek, 17 września 2013

Od Adriatyku po Sarajewo (09)

Już wyjeżdżaliśmy z Sarajewa, wracaliśmy pod dwóch dniach do naszej bazy w Chorwacji. Trzy godziny drogi krętymi górskimi drogami były wystarczającym powodem, by zainwestować w nocleg w stolicy Bośni i Hercegowiny. Nocleg wybrałem zresztą wzorcowy – nie dość, że 20 metrów od sarajewskiej starówki, w samym środku tego cudownego orientalnego szału, to jeszcze z parkingiem w garażu pod całodobowym okiem recepcjonistki. Ta rewelacja to Pansion Fočin Han, przy ul. Safvet Bega Bašagića 10. Reklamuję całkowicie słusznie, bo zachowali się wobec nas przyzwoicie, a nawet więcej niż przyzwoicie. Ale nie uprzedzajmy wydarzeń...

Niedziela, 15.09.2013.
g. 13.30 – wyjeżdżamy z garażu w pensjonacie, będziemy wracać do Chorwacji
g. 13.40 – po drodze zatrzymujemy się na wzgórzu z ruinami twierdzy Bijela Tabija, podziwiamy wspaniałą panoramę Sarajewa, robimy zdjęcia


g. 13.43 – nie mamy paszportów, dowodów osobistych, kart, komórek, pieniędzy, mamy za to wybitą szybę w samochodzie. Sprawców widzieliśmy, a jakże. Dwóch młodych chłopaków w czerwonym samochodzie. Też wydawali się nam miłośnikami sarajewskich widoków. Ale oni mieli widoki na łatwy zysk...
g. 13.44 – jakaś bośniacka para, która widzi nasz problem, każe jechać za sobą na posterunek policji Stari Grad. Samochód na szczęście da się prowadzić, szyba jest wybita po stronie pasażera. Pasażer, czyli żona, musi przenieść się na tył, gdzie nie ma rozbitego szkła.
g. 13.55 – meldujemy się na policji. Dyżurna mówi po angielsku, ale nie może nam pomóc, bo nie mamy żadnego dokumentu, a ona bez dokumentu potwierdzającego naszą tożsamość nie dopuści nas przed oblicze oficera, który przyjmie nasze zeznanie. Dzwoni do polskiej ambasady (jakie to szczęście, że jesteśmy w Sarajewie, a nie dajmy na to w Blagaju). Ambasada obiecuje nam tymczasowe paszporty, ale oczywiście dopiero jutro, bo dziś niedziela. Włączam laptopa. Na policji nie ma Wi-Fi, ale jakimś cudem łączymy się z siecią z ulicy. Wysyłamy maile do znajomych z prośbą o blokadę naszych komórek. Na Facebooku siedzi ojciec, mamy kontakt z rodziną. Stan kont obserwujemy on-line, nic się nie dzieje z naszymi pieniędzmi, ale sami też nie możemy z nich skorzystać nie mając kart ani telefonów czy haseł jednorazowych.
g. 14.15 – idziemy do Pansion Fočin Han, gdzie już o nas zapomnieli (na szczęście to tylko pół kilometra, a samochód zostawiamy na policji). Zapomnieli do tego stopnia, że kserokopię paszportu żony zdążyli już porwać i wyrzucić do śmieci. A to ksero może wystarczy policjantce... Bierzemy ksero i pracownika hotelu jako świadka, że faktycznie nocowaliśmy u nich posługując się tym właśnie paszportem. Świadek ma na imię Amer, ale dowiem się tego następnego dnia.
g. 14.45 – jesteśmy ponownie na policji. Ksero nie robi wrażenia na policjantce, bo jest przerwane. Każe nam wrócić jak będziemy mieli dokumenty.
g. 15.00 – jesteśmy znów w Pansion Fočin Han. Prosimy o możliwość przenocowania, chociaż nie wiemy jak będziemy mogli zapłacić. Jest zgoda.
g. 15.10 – kontaktujemy się z telefonami dyżurnymi w naszych ubezpieczeniach. Zdrowotne nam nie pomoże, bo może i jesteśmy w stresie, ale od tego się nie umiera. Co do ubezpieczeń komunikacyjnych, to towarzystwo pokazuje na co je stać. Tzn. głównie na ściąganie składek. Rozmawiam kilkanaście razy z kilkunastu osobami przez łącznie jakieś 2 godziny. Na szczęście nie na mój koszt, ale musiało to kosztować kilkaset złotych. Co chwila rozmawiam z inną częścią spółki, a nawet z firmami zewnętrznymi. Ich podstawowe pytanie z podręcznika procedury – Czego pan od nas oczekuje? A skąd ja do cholery mam wiedzieć, czego ja chcę od nich... Chcę kasy, naprawy samochodu, pomocy w rozmowach z policją. Jedyna pomoc, jaką uzyskuję, to obietnice pokrycia kosztów maksymalnie trzech noclegów. Już wiem, że będą potrzebne co najmniej dwa. Na szczęście robią to bezgotówkowo (przecież ja nie mam pieniędzy!) i na szczęście pensjonat nie widzi problemu, by dostać przelew.
W sprawie naprawy samochodu – porażka. Zgłoszenie szkody przyjmą, ale kasę oddadzą mi dopiero w Polsce, nie mam co liczyć na rozmowy assistance z serwisem Hyundaia w Sarajewie (na szczęście jest, już sprawdziłem). Trzynasta lub czternasta rozmowa z towarzystwem urywa się w 29 minucie (luz, nie ja płacę). Nie wytrzymała bateria w słuchawce bezprzewodowej.
g. 20.00 – idę na miasto w poszukiwaniu laboratorium fotograficznego, żeby rano nie tracić czasu. Na szczęście znajduję je po 3 minutach, 200 metrów od hotelu. Czynne od 9.00 rano.
g. 21.30 – opuszczamy recepcję, którą okupujemy od kilku godzin i idziemy do pokoju. Na szczęście (to wyrażenie jest kluczowe dla naszej przygody) mamy butelkę wody i kupione na drogę bureki, fantastyczne bośniackie żarcie. Nad ranem zimne ciasto z mięsem nie będzie już tak fantastyczne.
Cały czas rozmawiamy na Facebooku z ojcem i zapoznajemy się z tajnikami Western Union. Dziś ojciec pieniędzy i tak nie wyśle (niedziela), a my i tak nie odebralibyśmy (brak dokumentów).
g. 23.00 – idziemy spać. O ile spaniem można nazwać obracanie się całą noc z boku na bok...

Poniedziałek, 16.09.2013
g. 7.00 – do naszych drzwi puka recepcjonistka, przecież sami się nie obudzimy bez komórek. Puka niepotrzebnie, od dwóch godzin jesteśmy na nogach. Ponownie komunikacja przez FB.
g. 8.00 – zaczynamy nasz dyżur na recepcji. A nuż ktoś zadzwoni od ubezpieczyciela... Nadzieja umiera ostatnia. Z pomocą recepcjonistki dzwonimy do sarajewskiego serwisu Hyundaia. Ceny się nie boimy (i tak nie mamy zresztą pieniędzy), pytanie brzmi czy mają szybę. Rozmowa grzęźnie wokół problemu zrozumienia, o którą szybę chodzi, więc na razie okładamy problem, bo zaraz trzeba iść robić zdjęcia. Wysyłam jeszcze maila do Hyundaia z opisem sytuacji i prośbą o podanie ceny i czasu naprawy. Liczę, że czytają...
g. 9.00 – stawiamy się w zakładzie foto mając w kieszeni 32 bośniackie marki. I co? Ile kosztuje zdjęcie do paszportu? 15 marek. A piętnaście razy dwa równa się ile? Trzydzieści. Hurra, zostaną nam jeszcze jakieś pieniądze. Za dwie marki można kupić mnóstwo rzeczy, choćby butelkę wody. Zdjęcia będą za 40 minut.
g. 9.10 – wracamy do hotelu. W pokoju znajdujemy jakiś informator z niewielką mapą Sarajewa. Szukamy ulicy Dola, gdzie pod 13 mieści się polska ambasada. Na szczęście niedaleko.
g. 9.40 – odbieramy zdjęcia.
g. 10.15 – stawiamy się w ambasadzie. Liczyłem na bardziej reprezentacyjną ulicę, ale pociesza mnie, że niedaleko jest ambasada brytyjska, więc pewnie taki standard (otóż nie, ambasady norweska i szwedzka są w jednym budynku na reprezentacyjnym deptaku Sarajewa).
g. 10.45 – kończymy wypełnianie wniosków, podań itp.
g. 10.50 – prosimy o szklankę wody. Na taką pomoc konsularną możemy liczyć, zwłaszcza że pani Agata z ambasady już nas zidentyfikowała w bazie danych. Czekamy na wyrobienie paszportów.
g. 12.00 – tymczasowe paszporty gotowe. Dzwonimy z ambasady do ojca, podajemy numer paszportu, może iść do banku. A my ruszamy na policję z zamiarem spisania zeznania. Jakie szczęście, że to tylko dwie ulice dalej.
g. 12.15 – dyżurny policjant zna angielski gorzej ode mnie, choć to trudne. Długo szuka w książce naszego wczorajszego zgłoszenia. Znajduje, ale i tak nas nie wpuści do inspektora, bo nie mamy tłumacza. Dzwonimy do ambasady. Dostajemy numer do pani Irminy. Pani Irmina jest chora. Dostajemy drugi numer, ale się nie zgłasza. W laptopie pojawia się informacja, że Hyundai chciałby znać numer VIN naszego auta. Piszę do mojego serwisu w Olsztynie z prośbą o ten numer. I do przyjaciół w Polsce, by zadzwonili do serwisu, że mają maila (bo przecież mogą go przeczytać dopiero za tydzień...).
g. 13.30 – wracamy do hotelu. Na Facebooku informacja od ojca z kodem Western Union. Pędzimy po pieniądze. Cywilizacja działa, już w drugim napotkanym banku odbieramy pieniądze. Jakże zmienia to naszą sytuację... Możemy: kupić wodę, coś zjeść, skorzystać z toalety, zapłacić za szybę, wynająć tłumacza, zapłacić za nocleg, co tylko chcemy. Pieniądze szczęścia nie dają, ale dziś ta zasada nie obowiązuje.
g. 14.30 – jesteśmy znów w hotelu i z dumą ogłaszamy, że kolejny punkt z naszej listy odhaczony. Teraz jeszcze tylko szyba i policja. Potrzebny nam ktoś, kto dobrze skomunikuje nas z serwisem i będzie rozmawiał z policją. Nie mogąc liczyć na polskich tłumaczy, stawiamy na chłopaka z hotelu, który zna angielski i nas rozumie. Żeby się lepiej nam współpracowało przedstawiamy się. Amer. Robert. Anita.
Amer sprawnie ustala wszystko z serwisem (w międzyczasie z Olsztyna przychodzi mail z numerem VIN).
g. 14.50 – ruszamy samochodem bez bocznej szyby przez całe miasto. Po drodze mijamy stadion olimpijski Kosevo. To nie ma znaczenia dla tej opowieści, ale ją mam nadzieję ubarwia...
g. 15.20 – serwis Hyundaia to jakiś inny świat. Enklawa w morzu tych oldskulowych sarajewskich klimatów. Pani z recepcji podaje nam kawę, ja podaję paszport. Pan niesie szybę... Wznawiamy korespondencję via FB z całym przychylnym nam światem.
g. 16.30 – lżejsi o 195 marek (400 zł) i ciężsi o nową szybę ruszamy ponownie do hotelu.
g. 17.00 – w hotelu meldujemy wykonanie kolejnego zadania, czyli że mamy szybę. Umawiamy się z Amerem, że ruszamy na policję o 17.50 i idziemy coś zjeść. Szybko i tanio, czyli jak to w Sarajewie. Potężna porcja ćevapi, czyli ćevapčići za 6 marek (12 złotych).
g. 17.50 – idziemy na policję. O 18.00 zaczyna dyżur wczorajsza policjantka z angielskim. Uśmiecha się na nasz widok, nie jest źle. Zaczyna się jednak mordęga z inspektorem, który nie ma dla nas ciągle czasu. Nie ma dla nas i dla kolejnych okradzionych interesantów, np. z Norwegii. To jest normalnie taśmociąg – co chwila na posterunek Stari Grad wchodzi jakiś okradziony cudzoziemiec. My, już ponad dobę mający status okradzionych, patrzymy z pobłażaniem na nowicjuszy, sądzących, że są wyjątkowi i dostaną paszporty na poduszkach, a raporty w zębach.
g. 18.40 – Amer musi nas opuścić na kilkanaście minut (żeby dokończyć sprawy w hotelu), ale już zdążyliśmy się zakolegować i ustalić najważniejsze – że ma dziewczynę rodem z Wilna i że po wszystkim idziemy wspólnie na kolację
g. 19.10 – wraca Amer ze swoją dziewczyną. Toczy się fajna rozmowa – o Bośni, o Wilnie, o życiu, o śmierci...
g. 19.30 – podejmuje nas inspektor. Spisujemy to wszystko, co nam zginęło, chociaż facet chciałby najwyraźniej odesłać nas na jutro. Może mu się nie chce, a może wypisał mu się długopis (gdzieżby, używa komputera...). Udaje się nam go przekonać, że musimy wyjechać o 7.00 rano.
g. 19.40 – raport sporządzony, ale musi nabrać jakiejś mocy urzędowej, czyli szukają odpowiednio ważnej pieczątki. Mamy czekać pół godziny. Czekamy, integrujemy się z okradzionymi Wikingami, którzy oczywiście mylą Poland z Holand. Wybaczamy Finom. Przepraszam – Norwegom.
g. 20.20 – pół godziny trwa 40 minut, ale są protokoły. Czytam (zawsze czytam zanim podpiszę). Cóż z tego, że po bośniacku. Się śpiewa, się czyta.
g. 20.45 – lądujemy z naszym pomocnikiem i jego czarnooką przyjaciółką Eglutė w restauracji Maroko przy hotelu Europa w Sarajewie. Należy się takie podziękowanie za pomoc i poświęcony czas.
Prawie dwie godziny cudownej rozmowy przy stekach, zupach, deserach. Jest o czym mówić. Eglutė pochodzi z Wilna, skąd przecież i nasze korzenie. I tak siedzieliśmy przy stole – dwoje Polaków szczęśliwych, że już po wszystkim, Bośniak zadowolony, że mógł pomóc oraz Litwinka uradowana, że spędza wieczór z ukochanym, bo sporo się przez nas naczekała (ale wyrzutów żadnych nie było). Troje Słowian i przedstawicielka Bałtów. Chrześcijanie i muzułmanin. Można? Można!
Kolacja bez kompromisów dla czterech osób w najlepszym sarajewskim hotelu kosztowała mniej, niż ta nieszczęsna szyba. To tanie i niezwykłe miasto. Warto odwiedzić. Cała ta przygoda nie zmienia mojego podejścia ani do Bośni, ani do Bośniaków. Lubię i szanuję. Jak każdy naród.