środa, 13 lutego 2013

Miłe rozczarowanie

Dobra żona jest jak dziecko. Słodka i zadręcza pytaniami. Wczorajsze było już totalnie poniżej pasa: „Gdybyś miał do wyboru koncert Hendriksa lub McCartneya, to który byś wybrał?”. Od lat marudzę, że Paul McCartney nie przyjeżdża do Polski, więc moja odpowiedź musiała ją zbulwersować. Dlaczego wybrałem Hendriksa? Bo nie żyje.

Macca cieszy się dobrym zdrowiem i, jeśli dolnośląska prasa ma dobre źródła informacji, wystąpi na początku czerwca we Wrocławiu. Na razie to są dywagacje i przecieki, ale mam przeczucie, że czekają mnie w tym roku dwie wizyty na Dolnym Śląsku. W maju Karkonosze, w czerwcu Wrocław. Jakieś gnomy komentują planowany koncert McCartneya jako nieporozumienie. Że niby stary dziad gra w kółko to samo. Po pierwsze ostatnio zaskoczył występem z Nirvaną. Po drugie to nasza cywilizacyjna spuścizna, coś na miarę grobowca Taj Mahal czy „Hamleta”. Po trzecie... A co ja będę pisał:

Już się kiedyś użalałem, przy okazji koncertu Ringo Starra, na komunę, która odebrała nam możliwość obcowania z wieloma artystami w czasach ich świetności. Uwaga ta nie dotyczy Elvisa, który nie koncertował poza Ameryką, o czym dowiedziałem się niedawno ze zdziwieniem. Podobno z powodów strachu jego managera przed deportacją (deportowany miałby być Parker, który ukrywał, że jest Holendrem z Bredy, czyli był w USA na nielegalu).
A propos komuny. Latem zawita do Olsztyna zespół Buena Vista Social Club, czyli Kubańczycy, którym udało się przetrwać Fidela. W 2000 roku będąc w Berlinie natknąłem się w hotelowej windzie na starszego pana. Nie, nie Castro. Opiekunka naszej grupy zarzekała się, że to członek Buena Vista Social Club. Już tego nie zweryfikuję. Od tamtego czasu zmarło dziewięciu muzyków uczestniczących w tym projekcie. Zastąpili ich inni. Utalentowanych wokalistów i instrumentalistów w podeszłym wieku na Kubie nie brakuje.

Na olsztyński koncert na pewno się wybiorę. Napaliłem się, że w składzie będzie również Ry Cooder, ale chyba niepotrzebnie. Chciałbym się miło rozczarować.

niedziela, 10 lutego 2013

Bo to zła kobieta była

Jeden z tych przypadków, gdy jajko mądrzejsze od kury. No, może nie mądrzejsze, a popularniejsze. Oryginalnej wersji „Black Magic Woman”, nagranej przez Fleetwood Mac w lutym 1968 roku i wydanej na singlu w maju tego roku niczego zarzucić nie można. Typowy angielski biały blues, który swój genialny sznyt zawdzięcza temu, że wyszedł spod ręki Petera Greena.



Dwa lata późniejsza wersja Carlosa Santany już nie jest chłodnym wyspiarskim tworem. Międzykontynentalna wymiana kulturowa wydała zupełnie inne owoce. Jak się okazało, bardziej popularne. Ta muzyka krążyła przez Atlantyk w tę i z powrotem. Afrykanie porwani przez Europejczyków do Ameryki stworzyli bluesa. Zafascynowani nim Europejczycy stworzyli w latach 60. jego białą odmianę. Angielskiego bluesa odczytał po swojemu Santana, czyli meksykański potomek europejskich zdobywców Ameryki. Wersja w duecie z autorem:


Moje dzisiejsze tłumaczenie:

Czarnej magii kobieta
Czarnej magii kobieta
Tak, czarnej magii kobieta
Oślepia mnie, nie widzę nic
Lecz czarnej magii kobieta
Wciąż próbuje, by mój diabeł znikł

Nie odwracaj się kotku
Nie odwracaj się kotku
Tak, nie odwracaj się kotku
Nie pogub się w sztuczkach swych
Nie odwracaj się kotku
Tylko ty możesz wzbudzić magię palców mych

Rzuciłaś na mnie swój urok
Rzuciłaś na mnie swój urok
Tak, rzuciłaś na mnie swój urok
Zmieniłaś w kamień serce me
Tak bardzo cię chcę
Pani zła samej nie zostawię cię

Olsztyn, 10.02.2013

Tak to słyszałem na koncercie Santany w 1994 roku:


Taką wersję zagrał mi Eric Gales w 2018 roku w Maladze:


Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

niedziela, 3 lutego 2013

Postawić na dobrego konia

Kolejne zobowiązanie instruktorskie. Tym razem w ośrodku jeździeckim Ekwador pod Barczewem. Kto wie, może bardzo ważne w historii naszego hufca. Bardzo bym sobie tego życzył, byśmy tak o tym dzisiejszym obrzędzie za kilka lat myśleli. I żeby Kuki długo utrzymała się w siodle.



A propos... Jeden koń miał być płochliwy, a okazał się dzielny. Drugi, reklamowany jako chojrak, bał się ognia. Jakże trudno postawić na dobrego konia.