czwartek, 29 kwietnia 2010

Przezywam Beksińskiego

Zdzisławowi Beksińskiemu tragicznej śmierci nie zazdroszczę, ale wyobraźni owszem. Zmierzyłem się z nią na sanockim zamku, gdzie prezentowana jest większość jego spuścizny.


Gdy tam byłem, trwały prace nad budową dodatkowego skrzydła zamku, żeby pomieścić w niej kilka tysięcy dzieł Beksińskiego.


Beksiński malował w szczytowej formie kilkadziesiąt obrazów rocznie. O ile wiem, nie nazywał ich. Jak myślę, żeby nazwą nie sugerować niczego odbiorcy, nie ograniczać jego wyobraźni. Bo, umówmy się, dzieło sztuki składa się z:
- artysty,
- dzieła właściwego,
- kontekstu,
- prezentacji,
- odbiorcy,
- interpretacji,
- i pewnie czegoś tam jeszcze, czego nie chce mi się wymyślać.

A zatem odbieram i nazywam zgodnie ze swoją wyobraźnią.

„W kolejce do zmartwychwstania”:


„Ostatni wodopój”:


„Na chwilę przed sukcesem”:


„Drużynowy jest wśród nas”:


„Fundusz Wczasów Pracowniczych”:


„Apoteoza apostazji”:


„Matka czeka”:


„Nie mamy pana płaszcza”:


„Miss Finis Poloniae”:


„Córka-Polka”:


„Koalicja strachu”:


„Jeszcze jedna cegła w murze”:


„Ziemia mi zbrzydła, odlecę stąd”:


„Przeprowadzka”:


„I nie opuszczę cię aż do śmierci”:


A teraz (jeśli starcza jeszcze wyobraźni), wyobraźmy sobie, że Beksiński przejmuje spuściznę przodków...


...i zajmuje się projektowaniem autobusów:


Kącik filmowy.