Chciałem tylko, żeby gdzieś przekroczyć granicę, wszystko jedno którą, bo ważny dla mnie był nie cel, nie kres, nie meta, ale sam niemal mistyczny i transcendentny akt przekroczenia granicy.
(Ryszard KAPUŚCIŃSKI, „Podróże z Herodotem”)
Jak wynika z licznych badań naukowych przeprowadzanych w ciągu ostatnich 44 lat, w piosence „A Whiter Shade of Pale” nie wiadomo o co chodzi. Jest nawet pewne podejrzenie, że być może „nie wdomo o so dzi”, do czego są uczynione w tekście pewne aluzje. Tak czy owak mamy do czynienia z utworem, w którym Bach miesza się z psychodelią, a wino miesza się z ziołami. Jak to w 1967 roku. O, roku ów...
„A Whiter Shade of Pale” to nie jest jakaś tam sobie piosenka. Dwa lata temu obliczono, że jest najczęściej odtwarzaną w Anglii piosenką. I to w ciągu ostatnich 75 lat! No cóż, gdyby Beatles mieli dwa przeboje, a nie setkę, to może oni byliby na pierwszym miejscu (tu uczynię aluzję wyborczą – głosy im się rozłożyły...).
Muzyki użyczył piosence, choć nie miał nic do gadania, Jan Sebastian Bach. Słyszę „Bach” myślę „Pranie”. Byłem tam w sobotę szukać natchnienia do skończenia tłumaczenia (uwielbiam trójrymy). Trudno o natchnienie w kilkusetosobowym tłumie w oparach komarów. No i na co ja narzekam? Że Turnau popularny? Że w lesie są owady?
Rozdrapując więc rano do krwi rany kłute z poprzedniego wieczora skończyłem tłumaczenie „A Whiter Shade of Pale”. Jak zawsze dość swobodne.
Nie dla nas blask fandango
Młynkiem przez parkiety brnąc
Czułem morskie fale w głowie
Lecz tłum chciał więcej wciąż
W pokoju coraz głośniej
Odfrunął sufit w dal
Potrzebny był nam kolejny drink
Już kelner z tacą stał
A co było potem
Kiedy młynarz szeptał jej
Twarz jej wpierw upiorna była
Potem bledsza była biel
Powodu nie zdradziła
Prawda jak na dłoni jest
Lecz błądziłem poprzez talię kart
Nie chciałem widzieć jej
Wśród szesnastu świętych dziewic
Co morze zwiedzić chcą
I choć otwarte oczy mam
Zamknięte przecież są Olsztyn, 1-7.08.2011
Ruszyłem na wschód. Bardzo bliski wschód. Najważniejsze, to mieć wiele wariantów (tylko nie, na litość Boską, alternatyw). Naprawdę bardzo bliski wschód to były najpierw okolice Giżycka.
Mógłbym tu sobie popływać żaglówką...
...pohałasować na motorówce...
...ale nie, wybrałem rower wodny. Było tym łatwiej, że akurat rower był dostępny.
Potem mogłem wybrać Kartoflaka w Szczytnie, ale nie, zdecydowałem się na kulturę wysoką, czyli Turnaua w Praniu.
Jak się okazało zwolenników tego wariantu było bardzo dużo. Mam pytanie – czy to obstawione samochodami miejsce to słynna samotnia Gałczyńskiego?
Całość:
Człowiekowi zawsze mało i wprawdzie znów na horyzoncie pojawiło się Szczytno, ale przecież nie pojadę na koncert Leszczy, gdy w Piszu mogę wybrać koncert Maleńczuka. No to wybrałem.
Całość:
Na finał zawsze musi być coś. Poprzednio wracając nocą z koncertów w Reszlu wzięliśmy na stopa nawiedzonego pielgrzyma, co to pieszo maszerował sobie ze Świętej Lipki nie wiedzieć gdzie... Dziś w nocy spotkaliśmy grupę Krzyżaków, powracających z II zmiany do domu.