sobota, 25 czerwca 2016

Ludzi chmura na Gilmoura

Zapowiedź wrocławskiego koncertu Davida Gilmoura pojawiła się mniej więcej rok temu. To i dobrze, i źle. Dobrze, bo planowanie to podstawa. Źle, bo kto wytrzyma tyle czekania... Choćby pół roku na sprzedaż biletów. W końcu w styczniu dość szczęśliwie udało się te bilety kupić, 15 minut po rozpoczęciu ich sprzedaży. Po kolejnych 15 minutach już ich w zasadzie nie było. Pochwalę sam siebie i przypomnę, że gdyby nie moje przytomne SMS-y do naszej floydowskiej kompanii, to połowa z nas albo oglądałaby koncert z ostatniego sektora, albo wyprzedawałaby rodowe srebra, bo ceny wejściówek na rynku wtórnym poszybowały wyżej niż albatros nad głową... A na rynku pierwotnym były zaskakująco tanie, ale to z pewnością skutek tego, że to była impreza publiczna, na którą złożyło się wiele instytucji.


Wrocław nie Warszawa, nie dojedziesz z Olsztyna w jeden dzień i nie wrócisz, jak było z koncertem McCartneya. Przybyliśmy więc do grodu Warcisława już w piątek, najpierw załatwiając rodzinne porachunki (czyli spożywając kolację z bratanicą i jej facetem), a potem robiąc wizję lokalną w klubie Liverpool, gdzie następnego dnia miało się odbyć pokoncertowe afterparty. W klubie było ciemno i ledwo rozpoznałem uwijającego się przy swojej perkusji Michała.


Różne opinie o klubie słyszałem, ale mnie spodobał się od razu. Jak się nie mógł spodobać lokal, na ścianie którego zobaczyłem grafiki autorstwa Aleksandra Mrożka, legendy polskiego rocka – wymieńmy przede wszystkim awangardowy zespół Nurt oraz Porter Band, z którym nagrał „Helicopters” i „Mobilization” (co za przypadek, że właśnie tę ostatnią płytę wrzuciłem sobie w odtwarzacz w drodze do Wrocławia). Czyż ten pan na obrazku to nie Jarosław Szlagowski?


W czasie, gdy Michał montował swój zestaw perkusyjny, za pobliskim płotem David Gilmour ćwiczył już przed sobotnim koncertem, o czym grzecznie informowała taka oto wywieszka.


Podsłuchiwanie próby to jeden z celów wizyty na moście Sądowym (nic ta googlowska nazwa wrocławianom chyba nie mówi – jak się okazało, taksówkarze znają raczej kładkę Sądową). Drugim powodem wizyty pod zamkniętą bramką była wizja lokalna, chcieliśmy obejrzeć miejsce jutrzejszego wdzierania się na koncert (bramka dla posiadaczy biletów Golden Circle Early Entrance, czyli najlepszych).


Obejrzeliśmy i poszliśmy spać, bo trzeba było oszczędzać siły przed wielogodzinnym koncertem (o afterparty nie wspominając). Rano śniadanie w Mleczarni przy ul. Włodkowica (miejsce godne polecenia).


I kolejna wizyta w Liverpoolu, tym razem na porannej próbie Spare Bricks.


Po drodze rzut okiem na kładkę Sądową, gdzie już od godziny 10.00 zaczęli się gromadzić najzagorzalsi fani (a może najbardziej odporni na upał, bo tego dnia we Wrocławiu było 35 stopni w cieniu).


Po całym dniu szukania chłodu i cienia, stawiliśmy się pod bramką, rzuty karne w meczu Polska-Szwajcaria przeżywając już w taksówce. Wszyscy członkowie naszej około dziesięcioosobowej ekipy odgrażali się, że czatować będą pod bramką od południa, ale to ja z żoną zjawiłem się pierwszy i przytulaliśmy do kolejki spóźnionych przybyszów – najpierw bas, potem klawisze, potem gitara, na końcu wokal. Perkusista, jak zawsze, wchodzi ostatni... I tylko Darka zabrakło do kompletu.
Nie wiem, czy na wrocławskim koncercie Gilmoura wśród innych licznych nacji zjawili się jacyś Szwajcarzy, ale jeśli byli, nie mieli z pewnością tak radosnych min jak my! Oczywiście w pierwszej kolejności cieszymy się z powodu koncertu, awans do ćwierćfinału mistrzostw Europy to zaledwie słodki dodatek do możliwości posłuchania na żywo gitarzysty Pink Flodydów.


Wejście odbyło się w miarę sprawnie. Już po kilkudziesięciu minutach byliśmy w środku i zajęliśmy miejsca pod barierkami, ale tymi końcowymi w naszym ekskluzywnym sektorze na jakieś 2 tysiące osób. Zapewniliśmy sobie nie tylko dobry widok, ale i dobry dźwięk.


Ochrona nie stanęła na wysokości zadania, nikt nie sprawdził zawartości naszych toreb... Ja wiem, co wniosłem w torbie (dozwolony regulaminem amatorski aparat), ale co mogli wnieść inni? Tych paranoicznych refleksji już nie miałem, gdy zobaczyłem kultowy okrągły ekran.


Gdy ja gapiłem się na ekran, żona zajęła się swoją ulubioną czynnością koncertową, czyli fotografowaniem koszulek.


Zresztą nie tylko koszulek...


Szwajcarów zapewne na koncercie nie było, ale przybyszów ze wschodu sporo. Jeden z nich (nie ten) wpadł potem na afterparty, ale nie uprzedzajmy wypadków.


Jacek wypatrzył na dachu pobliskiego hotelu Monopol bohatera dzisiejszego wieczoru. Od lewej Zbigniew Preisner, Rafał Dutkiewicz i David Gilmour. Siedzi Polly Samson, żona Davida.


Przytargany na koncert przedpotopowy aparat Sony DSC-H9 z piętnastokrotnym optycznym zoomem do czegoś się przydał:


Najwyższa pora, żeby zaczął się koncert. To nie Madonna, nie będzie trzygodzinnego spóźnienia. Zanim na scenie punktualnie (transmisja!) o godz. 21.45 pojawił się Gilmour, kilkadziesiąt minut wcześniej usłyszeliśmy Leszka Możdżera, który zagrał m.in. swój utwór „Polska” oraz „Etiudę nr 2” Witolda Lutosławskiego. Proszę, dziękuję, przepraszam.


A koncert? Dwie ponadgodzinne części plus kwadrans przerwy plus dwa utwory na bis równa się trzy godziny obcowania z Muzyką przez największe z możliwych M.

„5 A.M.” (dreszcz pierwszy, bo początek)


„Rattle That Lock”


„Faces of Stone”


„Wish You Were Here” (dreszcz drugi w czasie wspólnego śpiewania)


„What Do You Want From Me”


„A Boat Lies Waiting”


„The Blue”


„Money”


„Us and Them” (dreszcz trzeci, bo to piękna i mądra piosenka)


„In Any Tongue”


„High Hopes”


I tak skończyła się część pierwsza, piętnaście minut na wygięcie pleców w drugą stronę.

„One of These Days” (dreszcz czwarty, bo zaskoczenie – w tym miejscu miało być „Astronomy Dominé”)


„Shine On You Crazy Diamond Parts I-V” (dreszcz piąty z definicji)


„Dancing Right in Front of Me”


„Coming Back to Life”


„On an Island”


„The Girl in the Yellow Dress” (dreszcz szósty, bo Leszek Możdżer)


„Today”


„Sorrow” (dreszcz siódmy z powodu gitary)


„Run Like Hell” (dreszcz ósmy, bo piosenka staje się na naszych oczach przerażająco aktualna)


Na spodziewany bis dwa i pół utworu.

„Time” i „Breathe” (Reprise) (dreszcz dziewiąty, bo czas zapieprza)


„Comfortably Numb” (dreszczowiec przy finałowym solo).


Końcowy ukłon. Tylko Leszek się gdzieś zagubił...


Koncert skończył się przed godziną pierwszą. Po kilkudziesięciu minutach byliśmy w klubie Liverpool, gdzie Spare Bricks zorganizował dogrywkę dla nienasyconych floydowskich dźwięków.


To chyba ja pierwszy wpadłem na ten oczywisty pomysł, żeby po koncercie Gilmoura zorganizować floydowskie jam session. W lepszym miejscu przecież zagrać nie mógł. Właśnie z Dolnego Śląska pochodzi najciekawszy polski zespół grający utwory Pink Floyd. Spare Bricks mogli się poczuć jak gospodarze. Davida wprawdzie nie puściła na tę imprezę żona (późno już było), ale jakoś sobie poradzili bez niego. Wsparcie otrzymali całkiem przyzwoite i to międzynarodowe. Na rozgrzewkę zagrali jednak sami „Dogs”.


Pierwszym odważnym był Piotrek z Częstochowy, który rzucił na kolana publiczność solówką w „Comfortably Numb” (do tego utworu zgłaszali się zresztą chyba wszyscy gitarzyści).


Potem było „Hey You” po polsku z moim autorskim ukłonem, potem Marysia z Częstochowy i Michał z Łodzi dołączyli do Spare Bricks przy „Money”.


Częstochowa i Łódź nie są za granicą, więc pora na wspomniane akcenty międzynarodowe. Najpierw przywitany ciepłymi brawami Jarosław z Ukrainy, który z bardzo dobrym słowiańskim akcentem wykonał „High Hopes”.


Pora na akcent nordycki. W „Wish You Were Here” do Jarosława dołączył Norweg.


W czasie, gdy kolejny gość zespołu, a był nim Szymon, zaczynał około 3.15 „Another Brick in the Wall part II”, ja już byłem w drodze do hotelu, mając przed sobą perspektywę siedmiogodzinnego prowadzenia samochodu. Z kronikarskiego obowiązku dodam jeszcze, że zespół wykonał na koniec „Echoes” oraz „Shine On You Crazy Diamond Parts I-V” i o godzinie czwartej zaczął pakować graty, co zajęło im czas do szóstej rano. Ciężkie jest życie rockandrollowca, jeśli się nie jest Gilmourem.


Po konsultacji z zespołem zamieszczam taki oto sympatyczny skrót filmowy z afterparty:


A przezorne wczesne opuszczenie imprezy okazało się bardzo przydatne, gdy w drodze powrotnej 150 kilometrów przed domem dopadła nas największa od czasów Noego ulewa na półkuli północnej. Było tak mokro, że aż włączała się lampka kontrolna akumulatora a facet na stacji benzynowej wylewał wodę ze środka samochodu. Czuć w tym było WATERsa...