sobota, 5 listopada 1994

Jak dwadzieścia lat temu

Na przygotowanym przez Wojtka Froma sobotnim koncercie Edyty Bartosiewicz czuć było wyraźnie klimat lat 70-tych. Można go było odnaleźć nie tylko w muzyce wokalistki i jej stroju, ale również w samej atmosferze miejsca, gdzie odbywał się koncert. Ustawiona na estradzie kina „Kopernik” aparatura, słuchacze w wygodnych fotelach - dziś takie koncerty ogląda się właściwie tylko na kasetach wideo. A w Olsztynie taki występ odbył się w sobotę. I nie jest to wcale zarzut.
Przed Bartosiewicz miał wystąpić lokalny bard Radosław Ciecholewski. Niestety, zatrzymały go obowiązki w teatrze, co licznie zgromadzona (ponad 600 osób) publiczność przyjęła ze zrozumieniem.
Swój pierwszy olsztyński koncert Edyta zaczęła mocnym akcentem – „Get Off of My Cloud” Stonesów, jednym z dwóch obcych utworów w swym obecnym repertuarze. Zaśpiewała większość piosenek ze swej drugiej, i jak na razie ostatniej, płyty „Sen”, poza tym kilka z pierwszego albumu „Love”. I słuchając Edyty naprawdę można było uwierzyć, że to koncert sprzed 20 lat. Wokalistka poruszała się na pograniczu amerykańskiego rocka, bluesa, a nawet rhythm and bluesa i country - w sumie tradycyjnych gatunków. Paradoksalnie najbardziej współcześnie zabrzmiała na koncercie piosenka rzeczywiście stara – „Move Over” Janis Joplin. W ciężkiej, hardrockowej wersji Bartosiewicz utwór ten brzmi jakby powstał w Seattle.
Koncert w sumie udany, choć może z przetrąconą dramaturgią - po kilku przebojach trochę mniej znanych utworów, na koniec oczywiście „Sen”, potem krótki bis, w którym ponownie „Sen”...

sobota, 22 października 1994

Kanter Hut

Dwa koledzy dziennikarze sprowadzili do Olsztyna katowicki zespół Kat. Przed Katem zagrał szczycieński Hunter. Na koncert przybyło około dwustu, obowiązkowo długowłosych i ubranych na czarno, osób. Frekwencja niezbyt duża (mimo potężnej akcji plakatowej), ale należy pamiętać, że w tym czasie odbywał się w Olsztynie drugi koncert - w Regionalnym Ośrodku Kultury grały kapele punkowe.

piątek, 30 września 1994

Kultowa balanżka

Głośno, choć niezbyt tłumnie, obchodzono w piątek trzylecie Pubu From. Na swą imprezę Wojciech From zaprosił do hali „Startu” przede wszystkim Kult (co zapewniło frekwencję) oraz swych znajomych artystów (co zapewniło różne wrażenia...).
Imprezę rozpoczęło tradycyjne ostatnio na olsztyńskich koncertach... oczekiwanie na rozpoczęcie. Podobno przyczyną ponadgodzinnego opóźnienia była kradzież sprzętu. Tak przynajmniej oznajmił Konjo, który w swym tradycyjnym (nudnym już nieco) stylu zapowiedział „balanżkę”, czyli trzylecie Pubu From.
Muzyka rozpoczynającego występ Atrocious Filth jest trudna, mroczna i nieprzystępna, dobrze jednak robi percepcji tej muzyki stanie pod samą sceną, a jeszcze lepiej przy głośnikach. Piekielny grzmot wywołuje wtedy stosowne wrażenie. Nie tyle muzyczne, co czysto fizyczne...
Wylansowany przez Konja pan Witek, który wystąpił po Atrocious Filth, trąci już nieco komercją. Nie śpiewane przez niego piosenki, które z założenia są pretensjonalne, ale właśnie pan Witek. Pomysł z panem Witkiem, którego nazwałbym Nikiforem polskiej sceny muzycznej, jest dobry na jeden występ, na jedną piosenkę na koncercie, ale nie na wypełnianie cennego czasu zgromadzonej publiczności.
Kolejnym podmiotem wykonawczym był Sławek Pytliński. W kolejce po piwo można było obejrzeć filmy. Najpierw epatujące pięknem przyrody, później brutalne japońskie kreskówki. Potem jeszcze Lary z Ujadalsów usiłował rozruszać publiczność puszczaną z taśmy muzyką reggae. Widownia myślała już jednak tylko o Kulcie. Gdy więc nagle na scenie pojawił się Kazik, wszyscy stanęli na równe nogi (bo od występu pana Witka siedzieli lub leżeli).
Kult zaczął długą, wolną wersję „Celiny”. Utworów ojca Kazika (Stanisława Staszewskiego) było na piątkowym koncercie sporo: „Baranek”, „Knajpa morderców”, „Inżynierowie z Petrobudowy”, „Kurwy wędrowniczki”.
Wbrew przypuszczeniom Kult nie zaprezentował nowych piosenek, prawie w całości oparł swój występ na starych utworach. Jedynym nowszym, nieogranym jeszcze utworem były „Ręce do góry”. Większość kawałków pochodziła z ostatnich dwóch-trzech lat. Pierwszą piosenką z lat 80-tych było „Hej, czy nie wiecie", potem jeszcze „Arahja”, „Generał Ferreira”, „Krew Boga” i „Polska”.
Były też inne stare piosenki, ale obce: „Passenger" Iggy’ego Popa oraz „Dziewczyna o perłowych włosach” - superprzebój węgierskiej Omegi. Jeśli policzyć polskie piosenki, które Kult śpiewa stale, angielskiego „Passengera”, węgierską „Dziewczynę o perłowych włosach” (nawet nie będę starał się tego napisać w oryginale) i fragment w jidysz w finale koncertu, to okaże się, że Kazik jest niezłym poliglotą (a przecież zespół ma w repertuarze również piosenkę po rosyjsku).
Po „Polsce” Kult zabisował tylko jeden raz reggae’ową wersją „Piosenki młodych wioślarzy”, w którą wplótł fragment rapowego utworu z solowego repertuaru Kazika oraz wspomniany już kawałek w jidysz.

piątek, 23 września 1994

Znienacka

To było piątkowe wrześniowe popołudnie. 23 września 1994 roku pełniłem dyżur reporterski w GW. Starzy wyjadacze poszli sobie do domu, w końcu było już po godz. 15.00. Nagle (znienacka, że tak powiem) radio podaje, że w Morągu zmarł Zbigniew Nienacki. Dzwonię do Tadzia, naszego redakcyjnego guru od kultury, ale ten bagatelizuje sprawę. „E tam, nie ma o czym pisać...”. Środowisko literackie lubi pielęgnować urazy, nawet w obliczu spraw ostatecznych. Może Tadzio nie trawił Nienackiego za jego działalność w PZPR i ORMO. A może po prostu nie spodobała mu się poetyka Skiroławek...
Wspólnie z kolegą wysmażyliśmy naprędce tekścik. Ja dzwoniłem do morąskiego szpitala, kolega przygotował krótki biogram. Notka ukazała się w sobotnim wydaniu. Czułem się dziwnie, żegnając po 20 latach od pierwszego spotkania z Panem Samochodzikiem jego autora.

sobota, 20 sierpnia 1994

Schody wytrzymały

Całą dobę spędzili na ruchomych schodach IV peronu Dworca Centralnego w Warszawie harcerze z 2. Olsztyńskiej Męskiej Drużyny Harcerskiej „Szarpie”. Dzięki temu trafią do Księgi Rekordów Guinnessa.
Na pomysł bicia rekordu Guinnessa harcerze wpadli przed rokiem - oczekiwali na pociąg i umilali sobie czas jazdą na schodach. Potem jeden z nich przyniósł na zbiórkę Księgę Rekordów Guinnessa...


Po rocznej korespondencji z Biurem Guinnessa ustalono warunki próby: jeździ dziewięć osób, dwie mogą odpaść. Przysługuje pięć minut przerwy na godzinę, można je kumulować, np. po trzech godzinach - 15 minut. Liczy się łączna odległość jaką pokonają wszyscy zawodnicy.


Harcerzom udało pozyskać się sponsora - Stomil Olsztyn SA.


Do próby przystąpili w piątek. Dokładnie o godz. 11.00 rozpoczęli pierwsze okrążenie. Na starcie stanęli: Wojciech Śmieszek (drużynowy), Adam Śmieszek, Andrzej Kozłowski, Roman Rosiński, Tomasz Jarmuszewicz, Cezary Zyśk, Wojciech Dudziec, Radosław Kaługa i Michał Wawrzyniak. Przybył sam naczelnik ZHP hm. Ryszard Pacławski.


Miny harcerzy z początku raźne, dowcipkują, rozmawiają ze sobą. Po godzinie proszą o gazety, następnie żądają posiłków.


Prasy i jedzenia harcerzom nie zabrakło. Zadbały o to dziewczęta z 6. Olsztyńskiej Drużyny Harcerek „Dysk”, które pomagały druhom w próbie. A za liczenie okrążeń odpowiadał phm. Mariusz Bółkowski, założyciel drużyny.


Pierwsza przerwa po sześciu godzinach. Chłopcy nagle znikają - pobiegli do WC. Dalszą część przerwy spędzają na materacach. Harcerki masują im zastałe mięśnie. Stary rekord należący do studentów z RPA pada o 23:43. Padłby pół godziny wcześniej, ale druhowie postanowili poczekać na telewizję i zrobić wcześniej przerwę. Spóźniona ekipa „Na sportowo odlotowo” zarejestrowała rekordowe 951. okrążenie, dające 214 km. Rekord uczczono szampanem, rzecz jasna bezalkoholowym.


Kryzys przychodzi nad ranem. Niektórzy przysypiają, ale budzi ich szybko koniec schodów. Przechodzą więc niemrawo na kolejny odcinek i znów zamykają oczy.


Po porannej przerwie wraca forma. O 10:43 pada kolejna granica - 400 km! Harcerze postanawiają zakończyć próbę dokładnie o 11.00. O 10.59 rozpoczyna się ostatnie, 1797 okrążenie. Łącznie - 406,5 km. Sporządzony po zakończeniu próby protokół potwierdza dwóch mężów zaufania - naczelnik Związku Harcerstwa Polskiego i naczelnik Dworca Centralnego. Protokół trafi do Biura Rekordów Guinnessa, które na jego podstawie uzna (bądź nie) rekord.


Bicie rekordu ściągnęło na Dworzec Centralny prawie wszystkie warszawskie i ogólnopolskie media. Przez całą dobę harcerzy „jeżdżących swoje” odwiedziło ponad 20 ekip telewizyjnych, radiowych i dziennikarzy prasowych. Dłuższą relację z bicia rekordu będzie można zobaczyć w piątek o 8:40 w programie „Na sportowo odlotowo” (TVP 1).


Będąc rzecznikiem prasowym miałem zatem pełne ręce roboty, ale jak widać nie o godzinie 20:37…


Byli też inni obserwatorzy. Pod koniec próby na IV peronie pojawił się olsztyński poseł Marcin Święcicki. O próbie dowiedział się z prasy, a że właśnie przebywał w Warszawie, postanowił odwiedzić olsztyńskich harcerzy. Wśród harcerzy pojawił się też (już zupełnie przypadkowo) pan Witek z gdańskiego programu „Lala Mi Do”, który jechał na koncert na Torwarze. Umilił kilka minut zawodnikom jedną ze swych piosenek. I w ogóle nie brakowało obserwatorów krótko-, średnio- i długoterminowych.

niedziela, 24 lipca 1994

Blues ci wszystko wybaczy

Nocnym jam session zakończyły się w niedzielę III. Olsztyńskie Noce Bluesowe. Najbardziej wytrwali i odporni na organizacyjne nieporozumienia mogli wysłuchać kilkunastu wykonawców, którzy w różnych konfiguracjach zagrali łącznie ok. 25 godzin bluesowej muzyki.


Na koncerty sprowadzono prawie całą czołówkę polskiego bluesa, wystąpili: Gang Olsena, Hot Water, Nocna Zmiana Bluesa, Zdrowa Woda, Easy Rider, Kasa Chorych.


Gwiazdami Nocy byli Tadeusz Nalepa i Michał Urbaniak oraz Stanisław Sojka. Do pełni szczęścia zabrakło chyba tylko Martyny Jakubowicz, Dżemu (który ma ostatnio kłopoty personalne), Ireneusza Dudka i Jana Skrzeka.


Największa, choć nie tak znów wielka, frekwencja była na piątkowym koncercie.


Magnesem był oczywiście Nalepa - widzów, równych wiekiem ojcowi polskiego bluesa, jak i młodszych, przybyło do „Uranii” kilkuset. Wydarzeniem imprezy miał być pierwszy oficjalny wspólny występ Tadeusza Nalepy i Michała Urbaniaka. Miał być, ale nie był. Urbaniak większość występu zajmował się naprawą swej przystawki do skrzypiec, właściwie nie pograł. Jedyne dłuższe solo zagrał w „Gdybym był wichrem”. Nalepa sprawiał wrażenie zmęczonego i niechętnego całemu temu zamieszaniu. Dał szybki bis i... pojechał spać do hotelu. Nie pojawił się w ogóle na jam session.


Artystycznie III. Olsztyńskie Noce Bluesowe należy uznać za udane. Kilkudziesięciu muzyków przez łącznie ok. 25 godzin zagrało tyle radosnego bluesa, że najwięksi nawet jego fani powinni czuć się usatysfakcjonowani.


Ilość przeszła również w jakość. W „Uranii” zespoły dały z siebie wszystko, jak na prawdziwych artystów przystało niezważając na słabą frekwencję. Przedstawmy tylko fragment długiej listy zagranych standardów: „Sweet Home Chicago”, „Hey Joe”, „Purple Haze”, „Gloria”, „Hear My Train A-Comin'”, „Roadhouse Blues”, „Maggie M'Gill”, „Little Wing”, „I'm A Man”, „Who Do You Love?”, „Red House”, „Bad Love”, „Blue Suede Shoes”, „What a Wonderful World”, „On the Road Again”, „What'd I Say”, „Cocaine”, „Knockin' on Heaven's Door” i przedwojenny szlagier „Na pierwszy znak”.


Szczególnie ciekawe chwile czekały na słuchaczy w galerii OKOP, gdzie odbywały się nocne, kończące się o 4-5 rano improwizowane spotkania muzyków występujących wcześniej w „Uranii”.


Łączone składy, zmiany instrumentów, granie standardów mogło się podobać. Gwiazdą jam session był poznański zespół Hot Water. Nie oszczędzał się w OKOP-ie również Krzysztof Ścierański, który wpadał co wieczór do Olsztyna znad jeziora, gdzie wypoczywa.


No i Tom Shaka, amerykański Europejczyk, który zakończył w niedzielę część oficjalną III. ONB.

wtorek, 19 lipca 1994

Przybyłem, przepłaciłem, zobaczyłem

Z pewnym niepokojem jechałem do stolicy na koncert Boba Dylana. Krakowska impreza okazała się częściowo niewypałem (Dylan przerwał swój występ), jakie niespodzianki czekają na mnie w Warszawie?
Mieszkanie poza Warszawą ma kilka plusów i wśród innych ten minus, że trudno się dostać na najważniejsze koncerty. W Polsce ciągle nie można kupić czy zamówić biletów telefonicznie, organizatorzy koncertów nie mają zorganizowanej sieci sprzedaży. Co pozostaje mieszkańcowi np. Olsztyna? Albo dwukrotna podróż (raz po bilet, raz na koncert), albo szukanie znajomych w stolicy, albo jechanie w ciemno. Wybrałem z konieczności tę trzecią możliwość.
Niespodzianek nie było. Zgodnie z przewidywaniami na kilka godzin przed koncertem pod Salą Kongresową stał tłumek osób oczekujący na bilety oraz równie licznie zgromadzone „koniki", które na początek rzucały od niechcenia „milion" za bilety kosztujące 300-600 tys. zł. Na to byłem przygotowany - każdy konik podaje taką samą maksymalną cenę. Zresztą – „to jedna firma”, jak mówili o sobie. Konie bluffują na potęgę - dwojgu Anglików usiłowali sprzedać bilety po 100 marek czyli 1,4 mln zł.
- Nie mam tyle - mówię jak najbardziej obojętnie proponującemu mi bilet. Kupowanie biletu u konika to wojna nerwów. Najbardziej odpornym nerwowo czasami udaje się kupić bilet nawet poniżej ceny nominalnej. Na kilka godzin przed koncertem, gdy pani siedząca w kasie powtarza tylko „Nie ma, nie ma”, koniki podbijają maksymalnie cenę i głównie wówczas zarabiają. Zdesperowany fan Dylana (jak na przykład ja) jest w panice zdolny zapłacić każdą cenę. Jechałem z mocnym postanowieniem, że przeczekam. Nie wytrzymałem jednak - zaproponowany za milion bilet kupuję za 700 tys. zł, nie do końca przekonany, że robię dobry interes, gdyż w kasie kosztowałby mnie tylko 300 tys.
Na godzinę przed koncertem widzę, że jednak przepłaciłem - ceny biletów spadają. Kwadrans przed 19.00 można już dostać bilet po cenie nominalnej. Cóż, przegrałem wojnę nerwów. Z dwojga złego lepiej jednak przepłacić, niż pojechać do Warszawy i nie zobaczyć artysty, który gdyby przestał śpiewać nawet przed moimi urodzinami, to i tak przeszedłby do historii nie tylko muzyki rockowej, ale i całej kultury XX wieku.
Evergreen bez kompleksów
Bez kompleksów zaśpiewała Katarzyna Kowalska z zespołem Evergreen, która pięcioma piosenkami rozpoczynała zarówno krakowski, jak i warszawski koncert Boba Dylana. Bo i o żadnych kompleksach nie może być mowy - Kowalska śpiewa lepiej od Dylana. Nie za śpiew jednak cenimy Dylana.
Gdy kilka minut po 20.00 artysta wszedł na scenę - Kongresowa zagrzmiała gromkimi brawami. Dylan nagrał już w swej ponadtrzydziestoletniej karierze prawie 40 płyt, więc miał w czym wybierać przygotowując repertuar na koncert w Polsce. Po zaprezentowanych piosenkach widać, że to twórca ciągle aktywny, nie odcinający jedynie kuponów od sławy zdobytej przed laty. Większość piosenek na wtorkowym koncercie pochodziła z ostatnich płyt Dylana, choć można sądzić, że większość publiczności przyszła wysłuchać „Blowin' In The Wind”, „The Times They're A-Changin'” czy też „Like A Rolling Stone". Nie wszystkie z tych piosenek Dylan w Warszawie zaśpiewał, ale części z nich publiczność się doczekała.
Pierwszym utworem, który publiczność rozpoznała było „Just Like A Woman", w całkiem innej, niż przed laty, aranżacji - w zespole akompaniującym Dylanowi brak było klawiszy. Zaraz potem „All Along The Watchtower", znów w całkiem innej niż na płycie „John Wesley Harding" aranżacji – przejętej od Jimiego Hendriksa.
W kolejnym utworze Dylan sięgnął w końcu po harmonijkę. Wprawdzie pokazał, że nie umie na niej grać, ale publiczności to nie przeszkadzało, nawet nagrodziła solo brawami.
Po kolejnych dwóch piosenkach nastąpiła część akustyczna koncertu - dwie gitary akustyczne, banjo, kontrabas, harmonijka Dylana (tym razem zabrzmiała bardziej przekonywująco). W tej części zabrzmiał wczesny protest song „Masters Of War" z drugiej płyty „The Freewheelin' Bob Dylan", utwór już 31-letni.
Po 80 minutach Dylan zakończył swój występ, ale był oczywiście bis, w którym artysta zaśpiewał m.in. „Blowin' In The Wind". Na nic dały się kolejne brawa - Dylan już nie wyszedł.
Kilku utworów zabrakło - z pewnością "The Times They're A-Changin'" i “Like A Rolling Stone", może również “Ballad Of Hollis Brown", “Highway 61 Revisited". Cóż, nie można mieć wszystkiego naraz. Po przerwanym krakowskim koncercie Bob Dylan obiecał, że jeszcze wróci do Polski. Może wówczas łatwiej będzie można kupić bilet, ja nie przepłacę ponaddwukrotnie, a Dylan zaśpiewa wszystkie wymarzone przeze mnie utwory...


Refleksja po latach:
Tyle zmian... Rzecz dzieje się w epoce przed denominacją (bilety po 300 tys. zł), internetu właściwie nikt nie znał (a już tylko fantaści mogli sądzić, że przez komputer będzie można kupić bilet). Dziś bilety kosztowały tylko 260 zł, czyli po staremu 2,6 mln zł. Jakby nie patrzeć - 9 razy drożej niż 14 lat temu. Więc może jednak wtedy nie przepłaciłem? :)


Utwory, jakie dane mi było usłyszeć na żywo 19 lipca 1994 roku:

1. Jokerman
2. Just Like a Woman
4. You're a Big Girl Now
5. Tangled Up in Blue
6. Under the Red Sky
7. Mama, You Been on My Mind
8. Masters of War
9. Love Minus Zero/No Limit
10. God Knows
11. In the Garden
12. Maggie's Farm
14. It Ain't Me, Babe
15. Blowin' in the Wind

sobota, 16 lipca 1994

Mistrz z cudzym wiosłem

Na zamkowym międzymurzu odbyła się dziś przygrywka III. Olsztyńskich Nocy Bluesowych. Wznowiona po dziesięciu latach impreza zapowiada się interesująco pod względem artystycznym. Oby również organizacyjnym...
Bilety na przygrywkę kosztowały 100 tys. zł, większość osób przyszła z pewnością zwabiona nazwiskiem Tadeusza Nalepy. Poznańska grupa Hot Water miała, w mniemaniu sporej części publiczności, przygrywać mistrzowi.
Hot Water zaczął spokojnie, momentami w stylu J.J. Cale'a. - To jazz? - zapytała cicho jedna z mniej zorientowanych słuchaczek sobotniego koncertu. - Blues to jedna z form jazzowych - wyjaśnił z miną znawcy jej towarzysz.
Blues to przede wszystkim standardy. Tych na przygrywce do nocy bluesowych nie zabrakło. Było „All Along the Watchtower” Boba Dylana, „Who Do You Love?” Bo Diddleya, „Gloria” Vana Morrisona, „I'm Going Home” Ten Years After i wiele innych.
Hot Water pokazał się z jak najlepszej strony, długim kilkugodzinnym koncertem dał przedsmak tego, co czeka nas podczas Nocy Bluesowych, a zwłaszcza podczas nocnych jamów.
W czasie jednej z przerw odbyła się konferencja prasowa z Tadeuszem Nalepą. Kontrowersję wzbudziła kwestia występu Nalepy na przygrywce. Mistrz nie wiedział, że ma zagrać tego wieczora. Co więcej - stanowczo odmawiał wzięcia gitary do ręki. Ostatecznie z Hot Water zagrał i Tadeusz Nalepa (choć z wyraźną niechęcią i na nie swoim „wiośle”), i przybyły trochę później Krzysztof Ścierański. Nalepa wykonał trzy utwory, wśród nich najgoręcej oczekiwane przez publiczność „Kiedy byłem małym chłopcem” („Tadziu, a-moll” - ktoś życzliwie podpowiadał) i o wiele lepiej dziś brzmiące „Oni zaraz przyjdą tu”.
Po ostatecznym zejściu ze sceny Nalepy pojawił się Krzysztof Ścierański, który pierwszy utwór zagrał na gitarze... solowej, choć wiadomo, że jest mistrzem basu. Po kilkunastu minutach Ścierański powrócił do Hot Water już ze swym podstawowym instrumentem. Około północy muzycy zeszli ze sceny, a organizatorzy zakończyli przygrywkę. Okazało się jednak, że Ścierańskiemu to za mało. Już na zupełnym luzie muzycy pojamowali jeszcze przez godzinę.

piątek, 24 czerwca 1994

Basista nie spadł ze sceny

Najgłośniejszą (dosłownie!) imprezą Dni Olsztyna był koncert nad Łyną zorganizowany przez Wojtka Froma. Zagrała rockowa czołówka Olsztyna. Przeważała muzyka industrialna, choć były też akcenty lżejsze.
Nad Łyną za akademikiem WSP zgromadziło się w piątkowy wieczór kilka tysięcy nie tylko młodych ludzi. Mimo że koncert rozpoczął się z ponaddwugodzinnym opóźnieniem, ludziom to chyba nie przeszkadzało. Całą ich uwagę pochłonęło piwo, ognisko, kiełbaski. Piwo nie wpłynęło na szczęście negatywnie na zachowanie widzów - było spokojnie. Agresywna muzyka też raczej łagodziła, niż brutalizowała obyczaje. Imprezę zaczęła (dwukrotnie z powodu awarii zasilania) Zaraza. Występ dobry, choć nie udało się zespołowi osiągnąć swojego brzmienia. Screen zagrał lepiej (wyraźniej!) niż na „Stage of Power”, w końcu można było usłyszeć wiolonczelę, a basista nie spadł ze sceny.
Prawie świtało, gdy zagrał Vader. Gwiazdy powinny występować na takich koncertach jednak wcześniej. Przerzedzona mocno publiczność nie przystoi grupie międzynarodowej sławy.

poniedziałek, 2 maja 1994

Makaron pełnomuzyczny

Mimo swych oczywistych niedociągnięć organizacyjnych „Makaron '94” był przede wszystkim wspaniałą ucztą muzyczną. Wszystkie trzy gwiazdy, Illusion, Lech Janerka i Golden Life, nie zawiodły, dały koncerty na wysokim poziomie. Szkoda tylko, że prawdopodobnie na kolejny koncert rockowy w auli WSP przyjdzie jeszcze długo poczekać. Najważniejsze jednak, że muzyka się obroniła. Na przyszłość organizatorzy takich imprez powinni zastanowić się lepiej nad swoimi (i publiczności) możliwościami.

Muszelki
Piątkową gwiazdą, jak się okazało zasłużenie, był zespół Illusion. Na pierwszy ogień poszły jednak dwie olsztyńskie grupy - Prelegant i Katharsis. Obydwie kapele grały już ze sobą razem jako zespoły rozgrzewające publiczność podczas lutowego koncertu Big Daya w „Akancie”. Prelegant zabrzmiał dużo lepiej niż przed trzema miesiącami. Zaczęli od energicznego bluesa, co pozwalało żywić nadzieję, że zespół osiągnął w końcu wyraziste, własne brzmienie. Niestety, dalsza część występu Prelegenta pokazała, że chłopcy ciągle jeszcze szukają własnych dźwięków, a obecnym ich stylem jest... brak stylu. W sumie jednak - postęp. I jeszcze taka uwaga - jeden z wokalistów śpiewa źle, drugi lepiej (choć też nie doskonale), więc może ten gorszy zająłby się po prostu tylko gitarą?
Katharsis został przyjęty przez publiczność bardzo chłodno, pod sceną bardzo się przerzedziło. Nic dziwnego, grupa z obecnym repertuarem mogła by być gwiazdą na początku lat osiemdziesiątych. Dość nieudolne granie w stylu TSA (zwłaszcza maniera wokalisty) połączone z tekstami rodem z Pikniku Country, zupełnie nie ruszyło publiczności. [sorry, chłopaki – przypisek 2020]
Gdy jednak Katharsis zakończyło swój występ, a na estradę weszli muzycy Illusion, pod sceną zrobił się niezły tłok. Publiczność wyraźnie czekała na tę chwilę. Rozpoczęło się nieustanne skakanie ze sceny, w końcu utworzyła się kilkunastoosobowa kolejka, w której trzeba było cierpliwie odczekać, żeby straceńczo rzucić się w falujący tłum.
Tomek Lipnicki, gitarzysta i wokalista, jak i cały zespół, pokazali, że potrafią bawić się i żartować na scenie. Tomek na samym początku zapowiedział, że zaczną od utworu... na bis. W czasie wieczoru usłyszeliśmy kilka przebojów zespołu, wspólnie zaśpiewanych z publicznością (m.in. „Cierń” oraz „Na luzie”).
Były też dwa, a właściwie trzy, obce utwory. W połowie występu Illusion zagrał hendriksowskie „Purple Haze”. Wersja bardzo gęsta, niezbyt odległa od oryginału (ale też nie naśladowcza). Polskie zespoły grają coraz więcej utworów Hendriksa, można by pomyśleć o polskim „A Tribute to Jimi Hendrix” - IRA („Hey Joe”), Houk („I Don’t Live Today”)...
Dwa kolejne obce utwory były na bis. Najpierw sam Tomek zaśpiewał „ludowy” przebój „O, jak bardzo cię kocham", potem cały zespół zagrał „Love Me Do” Beatlesów, piosenkę z 1962 r., dwa razy zatem starszą od słuchaczy piątkowego koncertu. Wersja tradycyjna i nowoczesna zarazem, w dużo lepszym stylu niż kiczowate naśladownictwo Żuków [tylko których? – przypisek 2020].

Świderki
Drugi dzień koncertu przyniósł także spóźnienie, tym razem ponad półgodzinne. Wśród publiczności krążyły mrożące krew w żyłach opowieści o tym, że Lech Janerka... nie wystąpi.
Koncert rozpoczęła grupa Misera Puella. Oj, rzeczywiście bardzo nieszczęśliwa jest to dziewczynka. Członkowie zespołu chcą grać muzykę ambitną, na pewno inną, niż ta, która króluje na naszych rockowych estradach. Pierwsze dźwięki przywiodły na myśl dokonania trzeciego składu King Crimson. Potem okazało się, że to był zły trop - Misera Puella gra muzykę eklektyczną, bardziej już momentami przypominającą wczesne Pink Floyd. Szkoda jednak chłopców, którzy nie mieli szans na powodzenie wśród publiczności nastawionej raczej na czad. Dwa instrumenty klawiszowe i klarnet w składzie to za mało, żeby być oryginalnym zespołem. Potrzebny jest jeszcze czytelny pomysł na to.
Drugi zespół sobotniego wieczora, Seven Colours, zagrał o niebo lepiej, co można było usłyszeć już po pierwszych taktach muzyki. Sztandarowy utwór grupy, „Seven Colours”, przywodzi na myśl nagrania Fleetwood Mac z lat osiemdziesiątych, zwłaszcza w linii wokalnej. Nie jest to jednak chyba zespół na takie duże sale. Tydzień wcześniej widziałem „sevensów” w klubie „Sąsiedzi”, gdzie brzmieli znacznie lepiej.
Zgrzytem stylistycznym tego wieczora był występ zespołu Harlem, kapeli młodej, ale z muzykami o sporym stażu (m.in. w grupie Babsztyl). Harlem gra muzykę amerykańskiego Południa, dobrą może do słuchania w samochodzie, ale chyba nie dla olsztyńskiej młodzieży, która przez cały czas (już od występu grupy Misera Puella) siedziała sobie na podłodze i nie reagowała zbyt żywo. Harlem nie poruszył jej nawet takimi przebojami, jak „Honky Tonk Women” Rolling Stonesów (panowie, tak to się gra punk rocka, a nie klasykę rock and rolla) oraz „Knockin’ on Heaven's Door". W sumie - zespół zna swoje rzemiosło, ale lepiej by się sprawdził na (znowu) Pikniku Country niż na koncercie dla młodzieży. [aż dziw, że mnie nie naprali wtedy po mordzie – przypisek 2020]
Pogłoski o nieobecności Lecha Janerki okazały się nieprawdziwe. Wszedł na scenę, poprzestawiał trochę sprzęt, dostroił swój ośmiostrunowy bas i dał najlepszy koncert ze wszystkich, jakie odbyły się podczas „Makaronu”. Zaczął od utworu, który wykonywał przed dziesięciu laty w Olsztynie, jeszcze z zespołem Klaus Mittwoch – „Śmielej”. Potem zabrzmiały inne utwory, wszystkie przeboje z czasów Klausa oraz te stworzone już przez Janerkę samodzielnie. Ci, którzy sądzili, że Janerka gra spokojną muzykę, byli z pewnością zaskoczeni jego sobotnim koncertem w Olsztynie. Janerka z zespołem (gitara, perkusja i elektryczna wiolonczela, na której grała jego żona Bożena) zagrali momentami bardzo drapieżnie, wręcz punkowo. Koncert na bardzo wysokim poziomie.

Kolanka
W niedzielę na „Makaronie” mieli wystąpić z półtoragodzinnym programem prawdziwi Indianie. Show skończyło się po kilkunastu minutach, a i tak Indianie pokazali się olsztyńskiej publiczności tylko dlatego, żeby jej nie zawieść. Znowu nie dopisała organizacja - zabrakło tego, czy tamtego... Podobno Indianie nie mogli rozstawić swych wigwamów, zainstalować bębnów.

Nitki
W poniedziałek było jeszcze gorzej. Golden Life nie mógł wejść na salę WSP... Przez kilkadziesiąt minut fani Golden Life czekali na rozwój wypadków. Na szczęście na miejscu znaleźli się członkowie olsztyńskiego zespołu Big Day. Marcin Ciurapiński postanowił ratować honor naszego miasta i w ciągu godziny zorganizował nową salę na koncert. Przerzedzona nieco publiczność oraz muzycy przenieśli się do „Akantu”, rodzimego klubu Big Day.


Tam Golden Life dał niezły, pełen energii koncert. Muzycy chcieli z pewnością odwdzięczyć się oczekującej ponad dwie godziny na koncert publiczności. Publiczność była z pewnością zadowolona, bo w małej sali „Akantu” udało się zespołowi wytworzyć sympatyczną atmosferę beztroskiej zabawy, zaś między zespołem a widownią nie było właściwie żadnych barier.

Kamyk na szaniec

W poniedziałek 2 maja 1994 roku w sali Ośrodka Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie odbył się wernisaż wystawy „Kamyk na szaniec”.


We wspaniale przygotowanym przez Barbarę Wachowicz i olsztyńskich harcerzy kominku wzięli udział członkowie Szarych Szeregów, organizatorzy harcerstwa na Warmii i Mazurach przed wojną, żołnierze AK.


Poniedziałkowe spotkanie młodszego i starszego pokolenia harcerzy trudno nazwać po prostu wernisażem. Dla młodych harcerzy z hufca ZHP „Rodło” i z ZHR była to wspaniała okazja do prawdziwej lekcji patriotyzmu. Weterani ruchu harcerskiego ze wzruszeniem wspominali swoje przeżycia z lat wojennych, nie wstydząc się łez. Na zdjęciu pierwszy z lewej druh Czesław Truszkowski.


Spotkanie przybrało formę inscenizacji, w której harcerze z dwóch działających na terenie Olsztyna organizacji śpiewali razem piosenki, występowali w rolach bohaterów z książki „Kamienie na szaniec”.


Andrzej Kozłowski z 2 Olsztyńskiej Męskiej Drużyny Harcerskiej „Szarpie” wcielił się w postać druha Andrzeja Wajcowicza „Bacy”, harcerza batalionu „Zośka”, kompanii „Rudy”, plutonu „Alek”. „Baca” był obecny na kominku i ze wzruszeniem wsłuchiwał się w swoje własne słowa wypowiadane ustami młodego harcerza. Symboliczne zdjęcie – druh Andrzej z druhem Andrzejem. „Baca” zmarł w Olsztynie 14 marca 1996 roku.


Druhna Renata z ZHR zagrała postać Anny Wajcowicz, ps. „Hanka Kołczanka”, siostry „Bacy”, która zginęła pierwszego dnia Powstania Warszawskiego. Była łączniczką w tym samym plutonie, co brat. Przed powstaniem, w konspiracji, uczestniczyła m.in. w akcji sabotażowej „Tłuszcz-Urle”.


Piękny kominek sprawił, że obecnym udzielił się podniosły nastrój. Do śpiewania harcerskich piosenek włączali się wszyscy. Nawet Józef Grzegorczyk, prezydent Olsztyna, z uśmiechem śpiewał „Gdzie strumyk płynie z wolna” i inne stare harcerskie przeboje.


Gościem harcerzy był również poseł Marcin Święcicki.


Wystawa opowiada o Aleksandrze Kamińskim i bohaterach jego najsłynniejszej książki „Kamienie na szaniec”. Jest też część poświęcona historii i współczesności harcerstwa na Warmii i Mazurach oraz przebiegowi akcji „Burza” na Wileńszczyźnie.


Pamiątkowe zdjęcie harcerzy z hufca „Rodło”.

sobota, 26 marca 1994

Rockowe igraszki z czasem

Ponad dwa tysiące osób uczestniczyło w największym, a z pewnością najdłuższym, rockowym koncercie w historii Olsztyna. Dla wielu osób „Stage of Power” zaczęło się grubo przed godz. 17.00, a zakończyło przed 4.00 rano następnego dnia. Czas był chyba zresztą największym bohaterem tego koncertu. Mimo swych oczywistych niedociągnięć „Stage of Power” zasługuje na pamięć o nim, choćby dlatego, że był ważnym doświadczeniem zarówno dla organizatorów, jak i dla widzów.
Do sali jednostki wojskowej przy ul. Warszawskiej organizatorzy zaczęli wpuszczać widzów kilka minut po piętnastej. Ludzie przychodzili jednak jeszcze długo po godz. 17.00. Sporo osób chciało sobie zapewne darować występy pierwszych zespołów, aby zachować siły na prawdziwe gwiazdy sobotnio-niedzielnego koncertu. Czekało ich jednak rozczarowanie. Zamiast koncertu o godz. 17.00 zaczęła się... próba. Publiczność była chyba dość wyrozumiała, skoro dopiero po godzinie zaczęła skandować ZA-CZY-NA-MY!, ZA-CZY-NA-MY! W końcu kwadrans po osiemnastej wybiegł na scenę Szalony Konjo, prezenter „Stage of Power”. Koncert się zaczął, ale zabrakło z pewnością wyjaśnień lub choćby tylko przeprosin.
W chwili rozpoczęcia występu przez grupę Saron, niezapowiadaną wcześniej na plakatach, opóźnienie wynosiło ok. 75 minut. Potem zaczęło rosnąć, by podczas występu Christ Agony osiągnąć ponad dwie godziny.
Po Saronie, którego występ brzmiałby zupełnie dobrze, ale bez wokalisty, Konjo zapowiedział pana Witka, człowieka już niemłodego, który z akompaniamentem mocno sfatygowanej gitary śpiewał „Speedy Gonzalesa” i inne stare przeboje. Publiczności początkowo podobał się ten żart, w następnych jednak wejściach pan Witek nie mógł już liczyć na łaskawe przyjęcie i został wygwizdany.
Grające po Saronie zespoły Screen i Atrocious Filth niczym się specjalnie nie wyróżniły poza tym, że w pierwszym z nich grała zupełnie niesłyszalna wiolonczelistka (czy prześliczna trudno było ocenić z kilkudziesięciu metrów). Obydwa zespoły grały muzykę industrialną, co sprowadzało się do tego, że publiczność się nudziła, bo nie mogła tańczyć przy łamanym rytmie. Chwilami można było odnieść wrażenie, że nawet najbardziej metalowa publiczność miała dosyć tej huty i gdyby pojawił się nagle na scenie jakiś grający tradycyjnie rockandrollowy band, to zostałby gwiazdą wieczoru. Sytuacji nie poprawiło nawet to, że basista Screen w muzycznym transie dramatycznie spadł ze sceny.
Pierwszym bisującym zespołem było Prophecy, zespół wprawdzie deathmetalowy, ale grający dość równo i rytmicznie, co pozwoliło publiczności poszaleć. Bisowała także grupa Christ Agony, grająca black metal. Trzyosobowy skład daje zespołowi czytelne brzmienie, co spodobało się z pewnością widzom.
Nasza międzynarodowej sławy grupa Vader doczekała się w końcu dużego koncertu w Olsztynie. Oczekiwanego sukcesu jednak nie było. Publiczność albo była zmęczona trwającym już ponad pięć godzin koncertem, albo ostatecznie pokazała, że woli punk rocka. - Ja nie jestem w Olsztynie - powiedział z żalem w głosie Peter, lider Vadera, komentując słabą reakcję publiczności na występ. Vader skrócił swój koncert z planowanych 50 do 20 minut. Kolejne zespoły też grały coraz krócej, bo publiczność była coraz bardziej zmęczona i mniej skłonna do zabawy.
Nieoczekiwaną gwiazdą wieczoru został punkowy zespół The Bill. Publiczność wykrzesała podczas jego występu jeszcze tyle siły, żeby wspólnie śpiewać razem z zespołem, tańczyć radosne pogo i domagać się bisów (były dwa). Grający po The Billu także punkowy Sedes nie miał już tak ciepłego przyjęcia i gdyby Konjo nie wymusił bisu, publiczność rozstałaby się z zespołem bez żalu.
Przewidywane kłopoty zespołu Closterkeller nie nastąpiły. Zmiana stylu granej muzyki (grupa Anji Orthodox gra mroczną muzykę określaną mianem rocka gotyckiego) nie spowodowała protestów publiczności, która świetnie się bawiła i także wywołała kapelę na bis.
Gwiazdą gwiazd „Stage of Power” miał być Proletaryat. Był nią, choć nie do końca. Zmęczona publiczność nie miała już po godzinie drugiej w nocy takiej ochoty do zabawy, gdy Proletaryat wszedł na scenę. Dużo większym sukcesem byłby z pewnością występ jakieś cztery godziny wcześniej. Niemniej było wspólne śpiewanie piosenek, taniec i dwa bisy. Na drugi bis wyszedł z Proletaryatem także Peter z Vadera. Wspólnie wykonali „No Woman, No Cry” Boba Marleya.

niedziela, 13 lutego 1994

Psychodeliczny Akant

Na niedzielnym koncercie rodzimego zespołu Big Day stawiło się dużo mniej osób [niż na sobotnim koncercie Dezertera w ROK-u, czyli wcześniejszym WDK-u, a obecnym CEiIK-u – przyp. 2017]. Inna publiczność, inne papierosy. Przed występem można było obejrzeć teledyski zespołu, kupić znaczki, chłonąć powstającą powoli w powietrzu atmosferę psychodelii...


Na początku zagrał bluesrockowy, jak go zapowiedział Marcin Ciurapiński z Big Daya, zespół Katharsis. Wokalista koniecznie chciał śpiewać jak Marek Piekarczyk z TSA, zaś teksty chwaliły radość życia (seks, wódka). Nazwa zespołu wydaje się więc mocno nieadekwatna. Publiczności spodobało się to jednak i kapela potrafiła wciągnąć ją do zabawy.
Najlepiej bawiący się pod sceną chłopak okazał się za chwilę... gitarzystą następnej występującej grupy – Prelegant (a nie Prelegent, jak zapowiedziano na plakatach). Ostre granie kapeli mogło się podobać. Wprawdzie jeden z dwóch wokalistów śpiewał gorzej, ale drugi za to lepiej. Gitarzysta dał niezły show, z demonstracją tappingu włącznie. W sumie występ na przeciętnym olsztyńskim poziomie.
Krótka przerwa zburzyła na dłuższy czas atmosferę zabawy, dlatego Big Day dopiero po kilku piosenkach rozruszał publiczność. Zespół zaprezentował większość piosenek ze swej kasety „W świetle i we mgle”, dwa utwory spoza debiutanckiego materiału oraz „Rain”, piosenkę Beatlesów.
Gdy Big Day zagrał właśnie „Rain”, utwór z 1966 r., początku brytyjskiej psychodelii, uwierzyłem w podróże w czasie. Szkoda tylko, że publiczność nie pamięta, że w tamtych czasach się nie pogowało...
Po reakcji publiczności widać było, że największym przebojem Big Day w Olsztynie jest piosenka „Mam ich wszystkich”, utwór, jak zapowiedział Marcin, z 1854 (?) r. „Violet Train” zakończył niedzielny koncert w Akancie, zaś na bis zespół powtórzył „Ma ich wszystkich”. Na koniec Marcin zaprosił wszystkich na poniedziałek do sklepu „Compact-Ron”.
Fani nie zawiedli i sporo osób odwiedziło zespół, który w sklepie podpisywał swe plakaty, rozmawiał z sympatykami i zbierał symboliczne co łaska na budowę pawilonu rehabilitacyjnego przy Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym.
Pod koniec poniedziałkowego „dyżuru” odwiedziłem muzyków Big Day. Sprawiają wrażenie osób poważnie traktujących swoją nową profesję. Cieszą się z każdego faktu potwierdzającego odniesiony sukces, ale uważają, że na niego zasłużyli. Gdy rozmawiałem z innymi olsztyńskimi zespołami, to sukces Big Day tłumaczono promocją. Natomiast muzycy Big Day twierdzą, że liczy się tylko uparte dążenie do celu.
Po Vaderze jest to w tej chwili drugi olsztyński zespół, o którym głośno w Polsce. Vader gra jednak dla węższej grupy odbiorców i, jeśli Big Day nadal będzie w tym tempie zdobywał krajowy rynek, to niedługo stanie się wizytówką olsztyńskiego rock and rolla. A może już nią ją jest...?

sobota, 12 lutego 1994

Punk ROK

Regionalny Ośrodek Kultury zamienił się w twierdzę warowną. Wszyscy chcieli zobaczyć na żywo legendę polskiego punk rocka, zespół Dezerter. Zostawione na zapas bilety rozeszły się błyskawicznie. Przez prawie cały koncert bramkarze patrzyli na błagalnie złożone za szybą ręce fanów Dezertera.
Na początku zagrał Zdalnie Sterowany Makaron, o którego występie nic mądrego nie wymyślę, bo spóźniłem się na koncert. Po Makaronie wyszła na scenę lidzbarska grupa Otoczenie. Z trzech grających na rozgrzewkę zespołów ten chyba zabrzmiał najbardziej przekonywająco. Skład tylko trzyosobowy, ale umiejętnie zastosowana kamera pogłosowa ciekawie wspomagała muzyków. Grupa miała chyba też najciekawszego tego wieczora perkusistę. Zespół zaprezentował zróżnicowaną muzykę, czasem brzmiącą jak thrash, a czasem jak ...Nirvana. Teksty typowe dla młodych gniewnych zespołów: ekologia, polityka.
Debiutujący na scenie Flash Back ma jeszcze długą drogę przed sobą. Na scenie stało pięciu muzyków, ale nic z tego nie wynikało. Zresztą, o ile mnie wzrok nie mylił, w składzie były dwa (!) basy. Wokalista rozkręcał się powoli, pod koniec występu właściwie zaczął nawet śpiewać, ale teksty pozostały jego słodką tajemnicą.
Po kilku minutach zainstalował się na scenie Dezerter i, przywitany średnią owacją, rozpoczął utworem „Zmiany”. - W naszym zespole jest gitara, bas i perkusja. Czy to słychać? - zapytał zaniepokojony brzmieniem Robert Matera, gitarzysta. Rzeczywiście, sala ROK-u ma w opinii częstych bywalców odbywających się tam koncertów nienajlepszą akustykę.
Dezerter przez kilkanaście lat działalności zmienił istotnie swe brzmienie, czemu trudno się dziwić. Nie można przecież całe życie grać na „tekturowej” perkusji i fałszować cienkie solówki gitarowe. Chłopcy przez kilkanaście lat na scenie nauczyli się po prostu grać i dorobili się lepszego sprzętu.
A słowa, które były przez lata najmocniejszą stroną Dezertera? Te stare pozostaną chyba na zawsze aktualne, nowe trafnie oceniają stan „poczerwcowy”. W latach osiemdziesiątych chyba każdy publicysta, który pisał o młodzieży, brał na warsztat teksty piosenek Dezertera, pisane przez Krzyśka Grabowskiego.
„Żadnej satysfakcji, za dużo frustracji/Oto obraz mojej generacji/Żadnego celu, żadnej przyszłości/Żadnej nadziei, żadnej wolności” - śpiewał (i śpiewa) Dezerter w utworze „Poroniona generacja”. „Nie jestem przeciwko tradycji, to tradycja jest przeciwko mnie, nie jestem przeciw społeczeństwu, to społeczeństwo jest przeciwko mnie (...) Nie jestem przeciwko armiom, to armie są przeciwko mnie, nie jestem przeciwko polityce, to polityka jest przeciwko mnie”. Ten prosty tekst zaśpiewany w sobotę wspólnie z publicznością wyraża chyba najlepiej stosunek zespołu do naszej (nie tylko polskiej) rzeczywistości.
Protest przeciwko totalitaryzmowi wyrażał też zespół w inny sposób. Na koncertach Dezertera dochodziło często do bijatyk prowokowanych przez milicję, bramkarzy, skinów. Muzycy zachęcali swych fanów do postawy pacyfistycznej, a zwłaszcza przestrzegali młodzież przychodzącą na koncerty przed skłóceniem wewnętrznym. Także w sobotę Robal zwrócił uwagę jednemu z ochroniarzy, który zrzucał ze sceny i kopał rozentuzjazmowanych fanów.
Jeden z utworów Robal zadedykował „pani sprzedającej parówki”. „Rzeźnia” to przejmująca deklaracja niezgody muzyków na zabijanie zwierząt. Głęboko wierzę, że gitara Robala nie wisiała na skórzanym pasku...

niedziela, 23 stycznia 1994

Darowali mu życie

Zgromadzeni licznie fani grupy IRA niecierpliwie oczekiwali na pojawienie się członków zespołu, który miał przybyć w samo południe do hali „Startu” na konferencję prasową. W tym czasie organizatorzy chcieli najpierw posadzić IRĘ na podwyższeniu, następnie przestawili krzesła na środek sali, ostatecznie zaś uznali, że najlepiej będzie pod ścianą.
Już kilkanaście minut po godz. 12.00 pojawiło się w „Starcie” dwóch członków zespołu. Przeprosili za spóźnienie, tłumacząc się tym, że przyjechali do Olsztyna o 2.00 w nocy. - Reszta zespołu ma kłopoty ze wstaniem, ale zaraz będzie - obiecał Kuba Płucisz.
Nieśmiali początkowo fani ruszyli ochoczo po autografy, które muzycy składali im na koszulkach i plakatach. Wielu miłośników zespołu przyniosło do podpisania kasety i płyty kompaktowe. W ruch poszły aparaty fotograficzne. Podniecone wielbicielki Kuby korzystały z niepowtarzalnej okazji przytulenia się do swego idola, który zdawał się być tym całym zamieszaniem bardzo onieśmielony.
Pojawienie się po kilkunastu minutach reszty członków IRY spowodowało jeszcze większy entuzjazm. Największym powodzeniem cieszył się Artur Gadowski, wokalista zespołu.
Kiedy już muzycy IRY zapisali swymi autografami wszystko, co się do tego nadawało, zarządzono konferencję prasową. Kilkudziesięciu fanów usiadło grzecznie wokół stolika, przy którym cała piątka oczekiwała na pytania. - Tylko nie pytajcie nas jak powstała nazwa IRA - poprosił jeden z członków zespołu.
- Czy to wasz ostatni koncert? - zapytał jeden z fanów. - Nie kończymy grać, rozrzedzamy tylko działalność koncertową, żeby móc spokojnie nagrać płytę - odpowiedział Kuba Płucisz.
Fani pytali również o wspólną płytę IRY i Proletaryatu („Będzie” - potwierdzili muzycy), o koncert dla Patrycji („Tego nie trzeba wyjaśniać” - odpowiedział Kuba).
Na spotkaniu z zespołem sporo było osób spoza Olsztyna, które przyjechały dużo wcześniej, żeby nie tylko zobaczyć koncert, ale i porozmawiać z muzykami. Jedna z dziewczyn powiedziała, że Kuba jest przystojniejszy w rzeczywistości niż na zdjęciach. - Podobny do Lennona - stwierdziła. Drugiej fance Artur, wokalista, wydał się grubszy, niż w telewizji.
Amerykańskie granie w hali „Startu” trwało prawie trzy godziny. Udany koncert trzech (zamiast zapowiadanych dwóch) zespołów obejrzał około tysiąc widzów. Fani rocka wynieśli z koncertu niezapomniane wrażenia, zaś konto „Liver” wzbogaciło się o kolejne cenne złotówki mające uratować życie chorej Patrycji Piekarskiej z Korsz.
Takich tłumów nie widziano na koncercie rockowym w Olsztynie dawno. Kilkuset miłośników IRY czekało cierpliwie już na ponad godzinę przed koncertem, mimo siąpiącego deszczu, na otwarcie hali „Startu”, żeby zająć dogodne pozycje przed sceną. Ścisk i tłok niemożliwy do opisania, ale chyba się opłaciło. Atmosferę oczekiwania podgrzewały dodatkowo dobiegające z sali dźwięki próby. O 16.30 otworzono drzwi, bramkarze w ciągu kilkunastu minut sprawdzili, wpuścili i obdarowali chorągiewkami jednego ze sponsorów cały kilkusetosobowy tłum.
Gdzie jest Medium?
Pierwszy rzut oka na scenę mógł zaniepokoić fanów Medium. Zamiast olsztyńskiej grupy przygotowywał się do występu jakiś nieznany zupełnie zespół. Czyżby nieoczekiwana zmiana?
Wszystko wyjaśnia się już po kilkunastu minutach, gdy na estradzie pojawia się Konjo, znany prezenter gdańskiego programu telewizyjnego „Lalamido czyli porykiwania szarpidrutów”. W krótkich i zabawnych słowach przedstawia ideę koncertu oraz mające zagrać zespoły: - Magic Horse z Poznania!, - Uu! - odpowiada radośnie tłum, - Medium z Olsztyna! - Uuuu! - entuzjazm widzów wzrasta, - IRA!!!, - Uuuuuu!!! - owacja sięga zenitu.
Na początek gra więc poznańska grupa Magic Horse. Zespół zaprezentował muzykę zbliżoną stylistycznie do dokonań Medium i IRY, choć może nie jest jeszcze tak sprawny warsztatowo. Nie przeszkadzało to jednak publiczności, która doskonale bawiła się przy trzech pierwszych czadowych kawałkach. Dwa kolejne, i ostatnie, utwory były pierwszą tego wieczora okazją do przytulania się, spokojnego falowania i unoszenia w górę płonących zapalniczek.
Rap o dziesięciu bałwankach
Ultraszalona zapowiedź Konja przywiodła na scenę kolejny zespół, olsztyńskie Medium. Zaczęli niezłą, oryginalnie opracowaną wersją starego przeboju The Kinks „You Realy Got Me”. Medium cieszy się już w Olsztynie zasłużoną sławą. Fani dopisali i zjawili się w „Starcie” ze stosownym transparentem: „Medium - król rocka”. No, królami to może oni jeszcze nie są, ale koncert mógł się podobać. W jego repertuarze znalazło się kilka zarówno ostrych, jak i spokojnych kawałków. Wśród nich chyba już przeboje (?) Medium: „Don’t Stop Desire” oraz „Mamo, czy będziesz mnie kochać?”. Uwagę zwrócił też rapowy utwór o dziesięciu... bałwankach. Na bis chłopcy z Medium zagrali swój największy przebój „Playboy”.
„Wiara”, „Nadzieja” i IRA
Konjo dosłownie oszalał w trakcie zapowiadania występu głównej atrakcji wieczoru - radomskiego zespołu IRA. Podobnie oszalał rozgrzany do czerwoności przez dwa poprzednie zespoły tłum. Las rąk w górze i radosne pogo witały wchodzących na scenę kolejnych muzyków IRY. Zaczęli od instrumentalnego „1993” z swej ostatniej studyjnej płyty, aby szybko przejść do przeboju, który przyniósł im tak ogromną popularność, czyli „Mój dom”. Ten, jak i wszystkie właściwie utwory, publiczność śpiewała razem z Arturem Gadowskim, który mógł pozwolić sobie na częste odwracanie mikrofonu w stronę widowni.
Drugim coverem dzisiejszego wieczoru był „Oni zaraz przyjdą tu”, utwór z wczesnego repertuaru Tadeusza Nalepy. Gra to też ostatnio gdańska grupa IMTM, ale IRA robi to chyba z większym wdziękiem.
Kolejne utwory to już same hity: „Zew krwi”, „Ja płonę”, „Deszcz”. W czasie kawałka „Sex” zaczyna fruwać w powietrzu garderoba, zaś roznamiętniona młodzież skanduje: „Seks jest tym, co ja chciałbym ci maleńka dać, seks to zmysłów czar w rytmie naszych ciał!”. Muzycy nie mogą wyjść z podziwu, gdy wszyscy zgodnie intonują pierwsze słowa „Nadziei”. „Come Together”, beatlesowski przebój ze wspaniałej płyty „Abbey Road” Artur „Gadzia” dedukuje obecnemu na sali Peterowi, wokaliście olsztyńskiego Vadera, oraz jego córce. Potem jeszcze „Bierz mnie” oraz dedykowana najważniejszej osobie niedzielnego koncertu, Patrycji, „Wiara” i... koniec występu IRY.
Konjo nie daje jednak za wygraną i wraz z nim tysięczny tłum skanduje „IRA, IRA!”, co przynosi oczywiście oczekiwany skutek w postaci bisu. Wracamy zatem do początku koncertu utworem „Mój dom”, zaś na koniec „Hey Joe”, pierwszy przebój Jimiego Hendriksa. W czasie „Hey Joe” „Gadzia” rzuca się ze sceny w falujący tłum, po którym płynie beztrosko przez kilkadziesiąt sekund. Po powrocie na scenę ściąga i rzuca publiczności swoją czerwono-czarną koszulkę, pewnie z wdzięczności, że fani darowali mu życie.