piątek, 23 września 1994

Znienacka

To było piątkowe wrześniowe popołudnie. 23 września 1994 roku pełniłem dyżur reporterski w GW. Starzy wyjadacze poszli sobie do domu, w końcu było już po godz. 15.00. Nagle (znienacka, że tak powiem) radio podaje, że w Morągu zmarł Zbigniew Nienacki. Dzwonię do Tadzia, naszego redakcyjnego guru od kultury, ale ten bagatelizuje sprawę. „E tam, nie ma o czym pisać...”. Środowisko literackie lubi pielęgnować urazy, nawet w obliczu spraw ostatecznych. Może Tadzio nie trawił Nienackiego za jego działalność w PZPR i ORMO. A może po prostu nie spodobała mu się poetyka Skiroławek...
Wspólnie z kolegą wysmażyliśmy naprędce tekścik. Ja dzwoniłem do morąskiego szpitala, kolega przygotował krótki biogram. Notka ukazała się w sobotnim wydaniu. Czułem się dziwnie, żegnając po 20 latach od pierwszego spotkania z Panem Samochodzikiem jego autora.

wtorek, 19 lipca 1994

Przybyłem, przepłaciłem, zobaczyłem

Z pewnym niepokojem jechałem do stolicy na koncert Boba Dylana. Krakowska impreza okazała się częściowo niewypałem (Dylan przerwał swój występ), jakie niespodzianki czekają na mnie w Warszawie?
Mieszkanie poza Warszawą ma kilka plusów i wśród innych ten minus, że trudno się dostać na najważniejsze koncerty. W Polsce ciągle nie można kupić czy zamówić biletów telefonicznie, organizatorzy koncertów nie mają zorganizowanej sieci sprzedaży. Co pozostaje mieszkańcowi np. Olsztyna? Albo dwukrotna podróż (raz po bilet, raz na koncert), albo szukanie znajomych w stolicy, albo jechanie w ciemno. Wybrałem z konieczności tę trzecią możliwość.
Niespodzianek nie było. Zgodnie z przewidywaniami na kilka godzin przed koncertem pod Salą Kongresową stał tłumek osób oczekujący na bilety oraz równie licznie zgromadzone „koniki", które na początek rzucały od niechcenia „milion" za bilety kosztujące 300-600 tys. zł. Na to byłem przygotowany - każdy konik podaje taką samą maksymalną cenę. Zresztą – „to jedna firma”, jak mówili o sobie. Konie bluffują na potęgę - dwojgu Anglików usiłowali sprzedać bilety po 100 marek czyli 1,4 mln zł.
- Nie mam tyle - mówię jak najbardziej obojętnie proponującemu mi bilet. Kupowanie biletu u konika to wojna nerwów. Najbardziej odpornym nerwowo czasami udaje się kupić bilet nawet poniżej ceny nominalnej. Na kilka godzin przed koncertem, gdy pani siedząca w kasie powtarza tylko „Nie ma, nie ma”, koniki podbijają maksymalnie cenę i głównie wówczas zarabiają. Zdesperowany fan Dylana (jak na przykład ja) jest w panice zdolny zapłacić każdą cenę. Jechałem z mocnym postanowieniem, że przeczekam. Nie wytrzymałem jednak - zaproponowany za milion bilet kupuję za 700 tys. zł, nie do końca przekonany, że robię dobry interes, gdyż w kasie kosztowałby mnie tylko 300 tys.
Na godzinę przed koncertem widzę, że jednak przepłaciłem - ceny biletów spadają. Kwadrans przed 19.00 można już dostać bilet po cenie nominalnej. Cóż, przegrałem wojnę nerwów. Z dwojga złego lepiej jednak przepłacić, niż pojechać do Warszawy i nie zobaczyć artysty, który gdyby przestał śpiewać nawet przed moimi urodzinami, to i tak przeszedłby do historii nie tylko muzyki rockowej, ale i całej kultury XX wieku.
Evergreen bez kompleksów
Bez kompleksów zaśpiewała Katarzyna Kowalska z zespołem Evergreen, która pięcioma piosenkami rozpoczynała zarówno krakowski, jak i warszawski koncert Boba Dylana. Bo i o żadnych kompleksach nie może być mowy - Kowalska śpiewa lepiej od Dylana. Nie za śpiew jednak cenimy Dylana.
Gdy kilka minut po 20.00 artysta wszedł na scenę - Kongresowa zagrzmiała gromkimi brawami. Dylan nagrał już w swej ponadtrzydziestoletniej karierze prawie 40 płyt, więc miał w czym wybierać przygotowując repertuar na koncert w Polsce. Po zaprezentowanych piosenkach widać, że to twórca ciągle aktywny, nie odcinający jedynie kuponów od sławy zdobytej przed laty. Większość piosenek na wtorkowym koncercie pochodziła z ostatnich płyt Dylana, choć można sądzić, że większość publiczności przyszła wysłuchać „Blowin' In The Wind”, „The Times They're A-Changin'” czy też „Like A Rolling Stone". Nie wszystkie z tych piosenek Dylan w Warszawie zaśpiewał, ale części z nich publiczność się doczekała.
Pierwszym utworem, który publiczność rozpoznała było „Just Like A Woman", w całkiem innej, niż przed laty, aranżacji - w zespole akompaniującym Dylanowi brak było klawiszy. Zaraz potem „All Along The Watchtower", znów w całkiem innej niż na płycie „John Wesley Harding" aranżacji – przejętej od Jimiego Hendriksa.
W kolejnym utworze Dylan sięgnął w końcu po harmonijkę. Wprawdzie pokazał, że nie umie na niej grać, ale publiczności to nie przeszkadzało, nawet nagrodziła solo brawami.
Po kolejnych dwóch piosenkach nastąpiła część akustyczna koncertu - dwie gitary akustyczne, banjo, kontrabas, harmonijka Dylana (tym razem zabrzmiała bardziej przekonywująco). W tej części zabrzmiał wczesny protest song „Masters Of War" z drugiej płyty „The Freewheelin' Bob Dylan", utwór już 31-letni.
Po 80 minutach Dylan zakończył swój występ, ale był oczywiście bis, w którym artysta zaśpiewał m.in. „Blowin' In The Wind". Na nic dały się kolejne brawa - Dylan już nie wyszedł.
Kilku utworów zabrakło - z pewnością "The Times They're A-Changin'" i “Like A Rolling Stone", może również “Ballad Of Hollis Brown", “Highway 61 Revisited". Cóż, nie można mieć wszystkiego naraz. Po przerwanym krakowskim koncercie Bob Dylan obiecał, że jeszcze wróci do Polski. Może wówczas łatwiej będzie można kupić bilet, ja nie przepłacę ponaddwukrotnie, a Dylan zaśpiewa wszystkie wymarzone przeze mnie utwory...


Refleksja po 14 latach:
14 lat a tyle zmian... Rzecz dzieje się w epoce przed denominacją (bilety po 300 tys. zł), internetu właściwie nikt nie znał (a już tylko fantaści mogli sądzić, że przez komputer będzie można kupić bilet). Dziś bilety kosztowały tylko 260 zł, czyli po staremu 2,6 mln zł. Jakby nie patrzeć - 9 razy drożej niż 14 lat temu. Więc może jednak wtedy nie przepłaciłem? :)


Utwory, jakie dane mi było usłyszeć na żywo 19 lipca 1994 roku:

1. Jokerman
2. Just Like a Woman
4. You're a Big Girl Now
5. Tangled Up in Blue
6. Under the Red Sky
7. Mama, You Been on My Mind
8. Masters of War
9. Love Minus Zero/No Limit
10. God Knows
11. In the Garden
12. Maggie's Farm
14. It Ain't Me, Babe
15. Blowin' in the Wind

poniedziałek, 2 maja 1994

Kamyk na szaniec

W poniedziałek 2 maja 1994 roku w sali Ośrodka Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie odbył się wernisaż wystawy „Kamyk na szaniec”.


We wspaniale przygotowanym przez Barbarę Wachowicz i olsztyńskich harcerzy kominku wzięli udział członkowie Szarych Szeregów, organizatorzy harcerstwa na Warmii i Mazurach przed wojną, żołnierze AK.


Poniedziałkowe spotkanie młodszego i starszego pokolenia harcerzy trudno nazwać po prostu wernisażem. Dla młodych harcerzy z hufca ZHP „Rodło” i z ZHR była to wspaniała okazja do prawdziwej lekcji patriotyzmu. Weterani ruchu harcerskiego ze wzruszeniem wspominali swoje przeżycia z lat wojennych, nie wstydząc się łez. Na zdjęciu pierwszy z lewej druh Czesław Truszkowski.


Spotkanie przybrało formę inscenizacji, w której harcerze z dwóch działających na terenie Olsztyna organizacji śpiewali razem piosenki, występowali w rolach bohaterów z książki „Kamienie na szaniec”.


Andrzej Kozłowski z 2 Olsztyńskiej Męskiej Drużyny Harcerskiej „Szarpie” wcielił się w postać druha Andrzeja Wajcowicza „Bacy”, harcerza batalionu „Zośka”, kompanii „Rudy”, plutonu „Alek”. „Baca” był obecny na kominku i ze wzruszeniem wsłuchiwał się w swoje własne słowa wypowiadane ustami młodego harcerza. Symboliczne zdjęcie – druh Andrzej z druhem Andrzejem. „Baca” zmarł w Olsztynie 14 marca 1996 roku.


Druhna Renata z ZHR zagrała postać Anny Wajcowicz, ps. „Hanka Kołczanka”, siostry „Bacy”, która zginęła pierwszego dnia Powstania Warszawskiego. Była łączniczką w tym samym plutonie, co brat. Przed powstaniem, w konspiracji, uczestniczyła m.in. w akcji sabotażowej „Tłuszcz-Urle”.


Piękny kominek sprawił, że obecnym udzielił się podniosły nastrój. Do śpiewania harcerskich piosenek włączali się wszyscy. Nawet Józef Grzegorczyk, prezydent Olsztyna, z uśmiechem śpiewał „Gdzie strumyk płynie z wolna” i inne stare harcerskie przeboje.


Gościem harcerzy był również poseł Marcin Święcicki.


Wystawa opowiada o Aleksandrze Kamińskim i bohaterach jego najsłynniejszej książki „Kamienie na szaniec”. Jest też część poświęcona historii i współczesności harcerstwa na Warmii i Mazurach oraz przebiegowi akcji „Burza” na Wileńszczyźnie.


Pamiątkowe zdjęcie harcerzy z hufca „Rodło”.

niedziela, 13 lutego 1994

Psychodeliczny Akant

Na niedzielnym koncercie rodzimego zespołu Big Day stawiło się dużo mniej osób [niż na sobotnim koncercie Dezertera w ROK-u, czyli wcześniejszym WDK-u, a obecnym CEiIK-u – przyp. 2017]. Inna publiczność, inne papierosy. Przed występem można było obejrzeć teledyski zespołu, kupić znaczki, chłonąć powstającą powoli w powietrzu atmosferę psychodelii...


Na początku zagrał bluesrockowy, jak go zapowiedział Marcin Ciurapiński z Big Daya, zespół Katharsis. Wokalista koniecznie chciał śpiewać jak Marek Piekarczyk z TSA, zaś teksty chwaliły radość życia (seks, wódka). Nazwa zespołu wydaje się więc mocno nieadekwatna. Publiczności spodobało się to jednak i kapela potrafiła wciągnąć ją do zabawy.
Najlepiej bawiący się pod sceną chłopak okazał się za chwilę... gitarzystą następnej występującej grupy – Prelegant (a nie Prelegent, jak zapowiedziano na plakatach). Ostre granie kapeli mogło się podobać. Wprawdzie jeden z dwóch wokalistów śpiewał gorzej, ale drugi za to lepiej. Gitarzysta dał niezły show, z demonstracją tappingu włącznie. W sumie występ na przeciętnym olsztyńskim poziomie.
Krótka przerwa zburzyła na dłuższy czas atmosferę zabawy, dlatego Big Day dopiero po kilku piosenkach rozruszał publiczność. Zespół zaprezentował większość piosenek ze swej kasety „W świetle i we mgle”, dwa utwory spoza debiutanckiego materiału oraz „Rain”, piosenkę Beatlesów.
Gdy Big Day zagrał właśnie „Rain”, utwór z 1966 r., początku brytyjskiej psychodelii, uwierzyłem w podróże w czasie. Szkoda tylko, że publiczność nie pamięta, że w tamtych czasach się nie pogowało...
Po reakcji publiczności widać było, że największym przebojem Big Day w Olsztynie jest piosenka „Mam ich wszystkich”, utwór, jak zapowiedział Marcin, z 1854 (?) r. „Violet Train” zakończył niedzielny koncert w Akancie, zaś na bis zespół powtórzył „Ma ich wszystkich”. Na koniec Marcin zaprosił wszystkich na poniedziałek do sklepu „Compact-Ron”.
Fani nie zawiedli i sporo osób odwiedziło zespół, który w sklepie podpisywał swe plakaty, rozmawiał z sympatykami i zbierał symboliczne co łaska na budowę pawilonu rehabilitacyjnego przy Wojewódzkim Szpitalu Dziecięcym.
Pod koniec poniedziałkowego „dyżuru” odwiedziłem muzyków Big Day. Sprawiają wrażenie osób poważnie traktujących swoją nową profesję. Cieszą się z każdego faktu potwierdzającego odniesiony sukces, ale uważają, że na niego zasłużyli. Gdy rozmawiałem z innymi olsztyńskimi zespołami, to sukces Big Day tłumaczono promocją. Natomiast muzycy Big Day twierdzą, że liczy się tylko uparte dążenie do celu.
Po Vaderze jest to w tej chwili drugi olsztyński zespół, o którym głośno w Polsce. Vader gra jednak dla węższej grupy odbiorców i, jeśli Big Day nadal będzie w tym tempie zdobywał krajowy rynek, to niedługo stanie się wizytówką olsztyńskiego rock and rolla. A może już nią ją jest...?