sobota, 3 maja 2014

Wrocław dnia czwartego

Siedzę w tym Wrocławiu już czwarty dzień i nadal nie potrafię sobie tego miasta w głowie poukładać. Żadne tam „zrozumieć” czy „poznać”. Po prostu nie mam go na swojej wewnętrznej mapie mentalnej. Zero emocji. Ale robię co mogę. Będę już choćby pamiętał, że pojednanie polsko-niemieckie zaczęło się we Wrocławiu.



Gdzie zacznie się pojednanie polsko-rosyjskie? Na pewno nie w Panoramie Racławickiej, skądinąd fascynującej.


Z Hindusami jednać się nie musimy. Nie było okazji zrobić sobie krzywdy. Tzn. jakiś Sikh ukradł nam kamerę w Delhi, ale przebaczam i nie proszę o przebaczenie. Proszę co najwyżej o więcej restauracji hinduskich w Polsce. Jak na przykład „Silk” przy ul. Rzeźniczej. Na pierwszym planie jagnięcina, na drugim dal z soczewicy. Jagnięcina wielokroć bardziej miękka niż baranina, którą w równie czerwonym sosie dostałem w Agrze. Dal o niebo mniej pikantny niż w dowolnej jadłodajni w Indiach, w której próbowałem się z nim mierzyć.


Kto pogodzi Polaków i Rosjan, nie pytam nawet retorycznie. No, nie wiem, krasnoludki może...


Od krasnoludków krok do psychodelii. Od psychodelii krok do Syda Barretta. W pubie Guinnessa (znów ten Guinness...) przy placu Solnym zająłem się tłumaczeniem jednej z jego piosenek.


Słowa do „Golden Hair” nie Barrett jednak napisał, ale James Joyce. Barrett lekko zmodyfikował wiersz słynnego pisarza, dopisał obsesyjnie prostą melodię i mamy oto piosenkę z płyty „The Madcap Laughs” z 1970 roku.


Moje tłumaczenie, jak zawsze swobodne i jak zawsze do zaśpiewania:

Pokaż przez okno
Włosów len
Słyszę w powietrzu
Twój północny śpiew

Książka zamknięta,
Czytania dość
Patrzę jak tańczy
Płomień wciąż

Zostawiam książkę i
Pokój już
By śpiew twój móc słyszeć
Przez mrok znów

Słyszeć w powietrzu
Wesoły śpiew
Pokaż przez okno
Włosów len
Wrocław, 3.05.2014



I zdążyłem jeszcze dziś w polowych warunkach zarejestrować na mocno sfatygowanej, m.in. czwartkowym biciem w deszczu, enerdowskiej gitarze:


Skoro padło już nazwisko Joyce, to obok jest Słomczyński. Maciej Słomczyński. Oto jego tłumaczenie „Golden Hair”:

Złotowłosa, wyjrzyj
Z okienka
Słyszę, jak brzmi twoja
Piosenka

Książki mej już czytać
Nie mogę
Pada ognia blask na
Podłogę

Więc zamykam książkę
I pokój
Wyjdę, by cię szukać
Wśród mroku

Śpiewaj, niech rozbrzmiewa
Piosenka
Złotowłosa, wyjrzyj
Z okienka

***
Wersja domowa z 9.05.2014:


Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

piątek, 2 maja 2014

Wrocław dnia trzeciego

Już myślałem, że nic mnie nie zaskoczy we Wrocławiu po spotkaniu z kelnerem, który niczym kot Schrödingera był jednocześnie filosemitą i antysemitą oraz po rozmowie z taksówkarzem z muzyki znającym głównie Arkę Noego. Żeby się nie narazić na spotkanie z jeszcze gorszymi przypadkami, wsiedliśmy do tramwaju. A tam? Wyrośnięta nastolatka zwierza się koleżance, że pierwszy raz jedzie tramwajem... Może to jakaś metafora była?

Metaforą nie była kolejka do Panoramy Racławickiej. Dwadzieścia lat temu wszedłem, kupiłem bilet, zobaczyłem i wyszedłem. Dziś liczba miłośników polskiego zwycięstwa nad wojskami rosyjskimi jest dużo większa. Tak duża, że bilety kupiliśmy na jutro.
Nie tylko z powodu padającego deszczu wstąpiliśmy do pobliskiego Muzeum Narodowego. A tam kwintesencja tego, co stało się ze sztuką przez kilkaset lat. Kiedyś sztuka umiejętności:


Dziś sztuczka koncepcji:


Z muzyką przez ostatnie kilkadziesiąt lat stało się chyba coś dokładnie odwrotnego. Warsztat i technika zastąpiły koncepcję. Artystów, których zobaczyłem dziś wieczorem na Wyspie Słodowej rzecz oczywiście nie dotyczy. Ani Dawida Podsiadło:


Utwór "4:30" idealnie zabrzmiał mi w uszach pomiędzy "Kamieniami na szaniec" zobaczonymi kilkanaście dni wcześniej i "Powstaniem Warszawskim", które zobaczę za kilka dni:


Ani rodziny Waglewskich:


Tu się zgina "Dziób pingwina":


Ani Comy:


Nawet jeśli Piotr Rogucki, a może właśnie dlatego, sypnął się w "Spadam":


Kącik księgowego:

czwartek, 1 maja 2014

Wrocław dnia drugiego

Wczoraj kablowałem na kelnera, dziś zaskoczył nas taksówkarz. Facet około 35-letni. Nic mu nie powiedziały nazwy Uriah Heep, Eric Burdon, The Animals. Ani Luxtoperda. Ożywił się dopiero przy Arce Noego. – Bo ja słucham dużo radia – tłumaczył się. Świetna reklama dla naszych stacji radiowych, nie ma co...

Zanim jednak przeegzaminowaliśmy wrocławskiego szofera, odwiedziliśmy Ogród Botaniczny.


Byłem tam ponad 20 lat temu i największe wrażenie zrobiły na mnie żywe banany. Teraz musiałem zadowolić się sukulentami.


Po południu diametralna zmiana nastroju. Z botaniki na rock and rolla. Trzeci mój rekord Guinnessa. W Warszawie chodziło o schody (ruchome), w Olsztynie o pląsy (harcerskie), a dziś we Wrocławiu o gitary (liczne). Słusznie postąpiłem wybierając ze swej skromnej trzygitarowej kolekcji mocno przechodzony egzemplarz enerdowski. Nie żal było wystawiać go na deszcz.


Zanim zostałem jednym z 7344 rekordzistów, mogłem zagrać „House of the Rising Sun” wraz z Erikiem Burdonem. Pomyślałby kto 30 lat temu takie cuda...


Po tej grze wstępnej pora na rekordowe „Hey Joe”:


Śpiewali Leszek Cichoński, Wojciech Korda i Chris Jagger, na gitarach m.in. Steve Vai i Leszek Cichoński, na basie Mieczysław Jurecki.

Leszek Cichoński ogłasza, że mamy rekord:


A ja mam certyfikat:

Po rekordzie pora na zasłużoną rozrywkę. Na Wyspie Słodowej oglądamy Luxtorpedę (taksówkarz nie słyszał):


"Wilki dwa" to tytuł, wobec którego nie mogę przejść obojętnie:


Chrisa Jaggera (uroda po bracie) i Leszka Cichońskiego (taksówkarza nie pytaliśmy, ale na pewno nie słyszał):


Uriah Heep (taksówkarz nie słyszał):


Zagrali wszystko, co trzeba, może oprócz "Easy Livin'":


Animalsów z Erikiem Burdonem lub, jak kto woli, Erika Burdona z Animalsami (taksówkarz nie słyszał):


Lista utworów nie różniła się prawie od tej sprzed 16 lat, gdy pierwszy raz widziałem Burdona w Sali Kongresowej:


Kącik księgowego:

I to mógłby być koniec tego dnia, ale nie... Na finał jam session w Starym Klasztorze. Zupełnie niejamowo zaczął Chris Jagger. Brat swego brata sam (prawie) się podłączył:


A następnie sam (prawie) zagrał:


Udało mi się nawet rozpoznać coś Hanka Williamsa i Boba Dylana:


Potem zjawił się Wojtek Pilichowski i wspólnie z Leszkiem Cichońskim upiekli ciasto z jamem:


Wyraźny dowód na to, że byliśmy na tym jam session, które skończyło się grubo po północy, widać na zdjęciu zamieszczonym przez Wojtka Pilichowskiego. Jak widać, Wojtek miał nas pod ręką: