Chciałem tylko, żeby gdzieś przekroczyć granicę, wszystko jedno którą, bo ważny dla mnie był nie cel, nie kres, nie meta, ale sam niemal mistyczny i transcendentny akt przekroczenia granicy.
(Ryszard KAPUŚCIŃSKI, „Podróże z Herodotem”)
Umówmy się, że na ten koncert poszedłem, żeby w końcu, po czterdziestu latach oczekiwania na okazję, posłuchać na żywo Johna Portera. Nergal ani mnie ziębi, ani grzeje.
Zanim na scenie pojawił się zespół Me And That Man, zagrali Dance Like Dynamite (nie widziałem) oraz Mùlk (zerknąłem – ciekawe, chociaż zdaje się zespół miał jakieś poważne zmiany personalne).
No dobra, ale przyszliśmy tu jednak na Jego i Tego Faceta. Kilkanaście utworów, praktycznie wszystkie po angielsku (poza „Męstwem” z drugiej płyty). Solidne rockowe, archetypiczne granie. Nergal piekielnie rozedrgany, ale i John Porter pełen energii muzycznej i fizycznej.
Ta trasa miała się odbyć w kwietniu 2020 roku, w marcu wyszła płyta „New Man, New Songs, Same Shit, Vol. 1” (wolę pierwszą „Songs of Love and Death”). Nergal ewidentnie komuś dziękuje z góry, że doszła w końcu do skutku…
Kącik archiwalny – zespołu Porter Band zacząłem słuchać w 1980 roku, a czytałem o nim m.in. w „Na przełaj” 22 czerwca 1980 roku:
Długo mi szło przekonywanie się do Green Festivalu, ale w zasadzie już polubiłem tę mieszankę nowej muzyki i belgijskich frytek.
Olsztyn Green Festival to wielka karta dań. I wprawdzie większy wybór jest w alei food trucków niż na jednej z dwóch scen, to nie po to przecież wydajemy kupę szmalu na bilety, by potem iść na burgera z szarpaną wołowiną. A przynajmniej nie tylko po to. Chociaż da się zauważyć we wspomnianej alei osoby, które wpadły tam na long diner z pięcioma daniami, winem i zażartą dyskusją o nędzy moralnej świata tego…
Co wybrałem z tegorocznej karty? Oczywiście frytki belgijskie i do tego Muńka, Ørganka i Zalefa.
Muniek lepiej zacząć nie mógł. Już po dwóch akordach wiedziałem, że będzie to „All Along the Wachtower”. Nie skojarzyłem w czyim tłumaczeniu, na pewno nie w moim :) Chyba Filipa Łobodzińskiego.
Zespół Muniek i Przyjaciele to skład budżetowy – dwie gitary akustyczne, harmonijka i śpiew. Uwielbiam takie granie, chociaż przyznam, że pod koniec miałem już lekki przesyt zbliżonych do siebie siłą rzeczy aranżacji. Bez malkontenctwa jednak – to był świetny występ, złożony oczywiście głównie z rzeczy T.Love (który widziałem ostatnio na żywo w 1995 roku…): „IV Liceum”, „Bóg”, „I Love You”, „To wychowanie”, „Autobusy i tramwaje”, „King”, „Banalny”, „Ajrisz”, „Warszawa”, „1996”, „Nie, nie, nie”. No i coś spoza T. Love: „Pola” (Muniek), „Zabawki” (Muniek i Przyjaciele), „Kalambury” (Pustki - słowa Broniewskiego), „The Times They Are a-Changin'”, Apaszem Stasiek był” (Szwagierkolaska - słowa Grzesiuk). Dziękówa!
Pod małą scenę już nie wróciliśmy. Na dużej najpierw Ørganek (którego widziałem dwa lata temu dwukrotnie – raz przypadkiem, a raz na tym samym festiwalu).
Zagrał wszystko, czego oczekiwaliśmy (m.in. „Głupi ja”, „Mississippi w Ogniu”, „Pogo”, „Fotograf Brok”, „Niemiłość”) i powiedział wszystko, czego oczekiwaliśmy (np. o Kukizie). Świetny rockowy koncert.
Od polityki nie uciekł także Zalewski. Już na wstępie publiczność skandowała ośmiogwiazdkowe hasło roku. Sam zresztą je wypowiedział, gdy się rozgrzał zapowiadając proklimatyczne „Jaśniej”. Tak bardzo się rozpalił, że chwilę potem wszedł na rusztowanie sceny…
Nie zmniejszając napięcia wszedł następnie na scenę z tęczową flagą i poszło „Polsko”. Adekwatnie.