niedziela, 27 października 2024

Syzyfowe prace

Dużo przestrzeni, średnio eksponatów, mało kontrowersji. Nie na to liczyłem wchodząc do Narodowego Muzeum Sztuki Współczesnej w Atenach.


Oczywiście jestem takim samym znawcą, jak komentatorzy właśnie otwartego Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Sztuka współczesna to nie fiu-bździu, tu nie odpoczniesz, tu się nie zachwycisz „Boże, jak pięknie!”. W EMST mało co było piękne w ludowym tego słowa znaczeniu, ale jakoś nic mnie nie oburzyło, nic nie zniesmaczyło, nic nie wytrąciło z równowagi. Na czymś jednak mózg musiał popracować… A propos - Eva Stefani, „Świetlna jaskinia”, 2024.

Tala Madani, „Gówniane disco”, 2024 (w sensie, że straszny kał tu grają?). Artystka z LA, ale pochodzenia irańskiego. Jak to jest nie być częścią zniewolonego świata i narzekać na świat wolny?

Penny Siopis pochodzi z RPA i w latach 80. XX wieku stworzyła cykl „Historia malarstwa”. Tutaj „Melancholia” z 1986 r.

„Beztroskie życie” z 1998-1999, czyli późniejszy okres twórczości Penny Siopis. Rozbuchaną konsumpcję gdzie pani oglądała?


„Atlas”, czyli seria 220 obrazków malowanych przez Siopis w latach 2020-2023, taka reakcja na izolację covidową.

Siopis najwyraźniej lubuje się w seriach, bo z lat 2002-2005 pochodzi seria „Wstyd”. 182 obrazy powstałe m.in. w reakcji na działania Komisji Prawdy i Pojednania, mającej rozliczyć okres apartheidu (co oczywiście nigdy i nigdzie nie idzie tak, jak się wszystkim wydaje, że powinno).

Jeden ze 182…

Klasyka sztuki współczesnej, czyli ready-made. Penny Siopis wystawiła szereg przedmiotów ze swojego kręgu kulturowego. Zawieszam oko na karcie wyborczej z pierwszych wolnych wyborów w RPA, które odbyły się w 1994 roku. Zwracają uwagę:
- SOCCER, czyli sportowcy (futboliści?) na rzecz równości (de facto chodziło im o marihuanę),
- KISS, z adekwatnym logo, czyli The Keep it Straight and Simple Party, liberałowie środkowej drogi i nieskomplikowanego państwa? (po polsku też byłoby nieźle, np. Polska Partia Prosto i Prosto, czyli PPPiP),
- WRPP, czyli Partia Pokoju Praw Kobiet z lamparcim logo (zdaje się, że współzałożona przez artystkę).
A wygrał Afrykański Kongres Narodowy pod wodzą Nelsona Mandeli (ponad 60 proc. głosów).

Wracajmy z południa Afryki na południe Europy. W ciemnej i pustej salce trafiliśmy na film „The Rape of Europa”, autorstwa Mary Reid Kelley i Patricka Kelley. W nawiązaniu do greckiego mitu o porwaniu Europy (chodzi oczywiście o królewnę Europę porwaną z Tyru na Kretę przez Zeusa pod postacią byka) i do obrazu Tycjana „Porwanie Europy” (a może do dzieła Rembrandta o tym samym tytule?), autorzy snują tragikomiczne rozważania o różnych problemach społecznych. Dają głos Europie, czyli wychodzi z męskiego cienia, by stać się podmiotem, a nie przedmiotem. Pani w kadrze to właśnie Mary: „W zasadzie pochodzę z Turcji – powiedziała poważnie Europa.”

W innej sali film „Dwie minuty do północy” z 2021 r., za którym stoi Yael Bartana.

To jest filmowa wersja jej happeningu z 2017 r. „Co by było, gdyby kobiety rządziły światem?”. Od razu wyjaśnijmy, że zdaniem izraelskiej artystki (mieszkającej w Berlinie i w Amsterdamie) nie byłoby wojen. Finał filmu, a w nim piosenka „We’ll Meet Again” Very Lynn, która zainspirowała jeden z utworów na „The Wall”:


Może w końcu coś greckiego? Dimitris Alithinos, „Happening” z 1973 r., czyli z przedostatniego roku rządów junty czarnych pułkowników.

„RIG: bez tytułu, bloki” z 2011 r., autorstwa zmarłej w zeszłym roku Phyllidy Barlow. Interpretujta, jak chceta.


Ukryta Polihymnia

Nie nasłuchałem się tym razem ulicznej muzyki w Atenach. Pochowali się z zimna czy co?


Pierwszy ranek, śniadanie w restauracji Folk przy ul. Vissis. Parę metrów obok, to już jest ulica Nikiou, zasiadło Ostatnie Takie Trio (że sobie tak pozwolę ich nazwać).


A brzmiało to trio tak:


Chwilę potem na pl. Kapnikareas tuż przed kościołem Panagia Kapnikarea dwóch chłopaków, którzy dopiero zaczynają swoją karierę muzyczną. Chyba występują tam stale, bo widziałem ich w tym miejscu w odstępstwie dziesięciu dni.

Dzień później żonę, wyczuloną na dźwięki gitary klasycznej, zachwycił długowłosy gitarzysta pod Łukiem Hadriana. Brzmiało to tak z widokiem na rzeczony artefakt starożytności:


Po powrocie do Aten z wyspy Naksos, wpadliśmy przy ul. Mitropoleos, gdzie był nasz drugi ateński nocleg, na saksofonistę. „Imagine” bez słów? Co na to Pan Przemysław Babiarz?


sobota, 26 października 2024

Z ziemi francuskiej do Grecji

Pamiętacie taki film „Gadjo Dilo” z końca lat 90-tych? Ja też nie. Nie pomoże nazwa rumuńska („Străinul nebun”) ani nawet angielska („The Crazy Stranger”).


Tytułowy szalony nieznajomy to Francuz, który na rumuńskiej prowincji staje oko w oko (i ucho w ucho, bo muzyka jest ważna) z kulturą romską. Zakładam, że tytuł tego filmu dał kilkanaście lat później nazwę greckiemu zespołowi Gadjo Dilo, na którego koncercie dzisiaj byłem.


Jeśli chodzi o muzykę, jaka oczarowała nas dzisiejszego wieczora, to jej historia w skrócie wygląda tak:
- w wyniku muzułmańskiej inwazji na Półwysep Indyjski grupa mieszkańców terenu dzisiejszego stanu Radżastan rusza pod koniec I tysiąclecia naszej ery na zachód, zatrzymując się przez pokolenia w krajach Środkowego Wschodu (np. Persja), Cesarstwie Bizantyjskim, docierając w późnym średniowieczu do Europy,
- w kolejnych stuleciach Cyganie pojawiają się w poszczególnych krajach Europy, kultywując zarazem swoje tradycje, jak i tworząc unikalne kultury lokalne,
- jedną z takich podgrup romskich są Manusze, czyli Cyganie żyjący we Francji od XVIII wieku,
- najbardziej znanym Manuszem jest Django Reinhardt, uprawiający swój oryginalny jazz w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku.
I w ten sposób jesteśmy w domu. To znaczy w Grecji, gdzie od kilkunastu lat działa zespół Gadjo Dilo. Czyli mamy tu muzyczną mieszankę cygańsko-francusko-grecką. Smacznie!

Z rozpoznawaniem utworów, podobnie jak dwa tygodnie wcześniej na innym ateńskim koncercie, było ciężko. Ale „Nah Neh Nah” Vaya Con Dios, jako prowadzący potańcówki w latach 90-tych, znać musiałem. Wokalnego i tanecznego wsparcia udziela obsługujący nas kelner (Gadjo Dilo są stałymi bywalcami klubu Gazarte, gdzie rzecz się dzieje).


Jest i inny, profesjonalny, gość. Do mieszanki romsko-francusko-greckiej dołączył w kilku utworach Roman Gomez, czyli Argentyńczyk na bandoneonie (nie mylmy z akordeonem).


Skład zespołu, od lewej:
- Sergios Chrysovitsanos – skrzypce,
- Kostas Mitropoulos – gitara,
- Giorgos Roulos – kontrabas,
- Iliana Chapatsari – wokal,
- Roman Gomez – bandoneon (gość z Argentyny),
- Sotiris Pomonis – gitara.

Czyż Kostas Mitropoulos nie rozpoczyna jak akustyczny Hendrix?


Klub Gazarte to przyjemne miejsce muzyczne z kilkoma salami. Ciekawe, czy jego nazwa ma jakiś związek z instalacjami gazowymi, jakie rzuciły mi się w oczy w pobliżu?