piątek, 30 kwietnia 2010

Naleśnik niech mnie oczekuje

Bieszczadzki dzień trzeci. Każdy region ma swoją kuchnię. Albo przynajmniej udaje, że ją ma. Niczego Bieszczadom tu nie zarzucam. Wręcz przeciwnie. Unikalność kuchni wyraża się również w niejednoznaczności. Coś, co zawsze znałem jako naleśnik (ewentualnie w obcych krajach jako „pancake”), tu okazuje się czymś, co ja i żona zgodnie określiliśmy racuchem.


Jak zwał, tak zwał. W Wetlinie smakuje wszystko, nawet jeśli nie było się na Połoninie Wetlińskiej. Tzn. było się 22 lata temu. Czyli umówmy się tak – w 1988 roku wszedłem na Połoninę, zmęczyłem się, a dopiero dziś zjadłem zasłużony wówczas solidny obiad (wtedy musiały wystarczyć nam herbatniki z kisielem).