czwartek, 13 września 2012

Kolacja na trawie

Nasi przodkowie, jak wiadomo, na mchu jadali. Kiedyś w ogóle było lepiej. Wystarczyło namalować gołą babę na trawie, żeby mieć upragniony skandal, czyli sukces. Dziś facet musi emablować na golasa samego Pana Boga, by zwrócić na siebie uwagę. Goła baba na trawie z kompanami ma się po 150 latach dobrze. W Muzeum Orsay widziałem tłumy przed „Śniadaniem na trawie” Édouarda Maneta.


Posiłki na trawie czy na betonie to w Paryżu chleb powszedni. Przepraszam, bagietka powszednia. Połowa tych ludzi siedzących nad Sekwaną pomiędzy Pont Neuf i Pont Saint Michel regularnie je kolację.


Ta para, też nad Sekwaną, zajęta jest nie tylko sobą, ale również truskawkami i szampanem. Pan nawet się szarpnął na kwiaty (bo chyba sprawy nie zaszły jeszcze tak daleko, by to pani przyszła na randkę z różami).


Nad Sekwaną piknikuje się nieźle, ale największa impreza jest na Polach Marsowych.


Co wieczór na Champs de Mars gromadzi się tłum mówiący we wszystkich językach świata.


Paryski zestaw obowiązkowy (wiadomo, biją się o Złotą Patelnię), czyli wino i wieża Eiffla.


Nasz paryski zestaw obowiązkowy:
- croissanty (miejscowe),
- ser (nie sprawdziłem z jakiego regionu, co za faux pas),
- bagietka (z piekarni na naszej ulicy),
- winogrona (francuscy rolnicy nie pozwoliliby na import),
- kabanosy (Polak za granicą bez polskich kabanosów nie jest Polakiem),
- i jeszcze kocyk zapobiegliwie przywleczony z Polski.