niedziela, 29 lipca 2018

Dziewczyna imieniem Jet

Patrząc na to, co Paul McCartney gra na rozgrzewkowo-sentymentalnych kameralnych występach (np. Cavern Club w miniony czwartek), można się spodziewać, że w Krakowie 3 grudnia usłyszymy „Jet”. Chciałbym. Mam spory sentyment do tego nagrania. Nie wiem skąd, nie wiem za ile, ale tego singla miał w 1981 roku Mariusz. W 1981 roku, siedem lat po jego ukazaniu się. Ważne, że w ogóle. Zasłuchiwaliśmy się nim przez kilkanaście miesięcy i wpatrywaliśmy w litery J, e oraz t układające się w napis stylizowany na nazwę linii lotniczych. Totalnie nie wiedząc o czym jest ta piosenka, zakładaliśmy, że jest o lataniu. W końcu zespół Paula nazywał się Wings.
Nic z tych rzeczy. Jet to imię psa McCartneyów. Nadal to niczego nie wyjaśnia, bo piosenka nie jest o labradorze, lecz po prostu o miłości do dziewczyny o imieniu Jet. Pochodzi z najlepszej, nie bójmy się tego powiedzieć, solowej płyty Paula McCartneya, czyli oczywiście „Band on the Run”. „Jet” to już czwarta piosenka z tego albumu, którą przetłumaczyłem. Mam ochotę na wszystkie pozostałe.

Jet Jet Jet
Jeszcze prawie pamiętam ich miny śmieszne
W ten dzień, gdy rzekłaś im, że wkrótce czeka cię ślub
I Jet
Myślałem, żeby na księżycu ukryć się już
Jet, uuuuuuuu, Jet, uuuuuuuu

Jet! Wszak twój ojciec był w wojsku dowódcą kiedyś
Czemu więc rzekł ci, że ty na to mało masz lat?
I Jet
Myślałem, że jak wyzwolona pani on jest
Jet, uuuuuuuu, Jet, uuuuuuuu

Chcesz, mamo, niech Jet mnie kocha ciągle
Chcesz, mamo, niech Jet mnie kocha ciągle
Wciąż, mamo, tak samo

I Jet
Myślałem, że jak wyzwolona pani on jest
Jet, uuuuuuuu, Jet, uuuuuuuu

Chcesz, mamo, niech Jet mnie kocha ciągle
Chcesz, mamo, niech Jet mnie kocha ciągle
Wciąż, mamo, tak samo

Jet! Z wiatrem we włosach, co niosą tysiąc wstążek
Wskakuj na grzbiet i zabiorę cię na gwiezdny rajd
I Jet
Myślałem, że jak mała wyzwolona pani on jest
Jet, uuuuuuuu, Jet, uuuuuuuu

I Jet
Ty wiesz, myślałem, że wyzwolona jesteś ty też
Jet, uuuuuuuu
Mała pani
Ma mała pani, tak!
Olsztyn, 28-29.07.2018



Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

sobota, 28 lipca 2018

Maanam być dobrze!

Nie lubiłem w zasadzie polskich zespołów z początku lat 80. i trwam w tym stanie po dziś. Coś tam jednak pieściło moje ucho. Na pewno Perfect, na pewno TSA i na pewno Maanam. Należę do tych szczęśliwców, którzy pamiętają, jak pod koniec czerwca 1980 roku siedzieli przed telewizorem z rozdziawioną gębą. To był ten moment (aczkolwiek Maanam zauważyłem już kilka miesięcy wcześniej, wraz z pojawieniem się utworów „Oprócz” i „Hamlet”, a ten duński książę jeszcze do mnie wrócił, zapewne również za tą inspiracją):


Potem był film „Wielka majówka”, który oglądałem późną jesienią 1981 roku w objazdowym kinie w Zakładowym Domu Kultury w Gorzycach pod Sandomierzem. Oczywiście z Mariuszem. Wyobrażaliśmy sobie, że to był film o nas, że spierdzielamy z tej szarej prowincji. A gdy na lekcji biologii była kartkówka dotycząca budowy mózgu, jako podpowiedź, której nauczycielka nie potrafiła wyłapać, funkcjonowało magiczne słowo „maanam”.

Po kilku kolejnych miesiącach świat był jeszcze inny. Wiosną 1982 roku „Solidarność” była tzw. „Solidarnością” (zupełnie jak dziś w mediach obecnego reżimu funkcjonuje tzw. totalna opozycja, propagandowy język władzy jak widać jest uniwersalny), a młodzieży, by się nie buntowała, wznowiono szybko emisję Programu Trzeciego Polskiego Radia, którego redakcja wykorzystała swoją szansę i uruchomiła Listę Przebojów. 15 maja na tej liście zadebiutowała „Paranoja jest goła”, która w notowaniu nr 9 z 19 czerwca 1982 roku wylądowała na pierwszym miejscu. Kolega Kisiel z podstawówki, którą właśnie szczęśliwie zakończyliśmy, siedział w oknie, słuchał radia i darł się na całą mordę:
Jestem taka, jestem taka zmęczona
Bolą mnie ręce, boli mnie cała głowa
Tyle dzisiaj, tyle się dzisiaj stało
Boli mnie serce, boli mnie całe ciało

Darł się tak głośno i tak przekonująco, że sąsiadka chciała dzwonić po pogotowie. I może by to zrobiła, ale nie miała oczywiście telefonu… Faktycznie, paranoja.

W latach 80. rozwijałem swe zainteresowanie angielskim i amerykańskim rockiem, więc polską scenę traktowałem per noga. Ostatnią pozycją w dyskografii Maanamu, którą przyjąłem do swego uniwersum muzycznego, był „Nocny patrol”.
Nie przeszkodziło mi to po kilkunastu latach trafić na dwa koncerty Maanamu. Pierwszy zrobił na mnie szczególne wrażenie. Było to 4 lipca 1999 roku. Na finał XXVI. Ogólnopolskich Spotkań Zamkowych „Śpiewajmy Poezję” na dziedzińcu olsztyńskiego zamku, jeszcze pod lipą, wystąpił Maanam. Bardzo kameralny koncert, świetnie nagłośniony. Siedziałem w drugim czy trzecim rzędzie i byłem pod wrażeniem profesjonalizmu Kory. Chociaż jednocześnie miałem niechęć do tej części repertuaru, która odchodziła od postpunkowego grania z dwóch pierwszych płyt. Rok czy dwa lata później wpadłem jeszcze na koncert Maanamu do klubu Come In. Z tego koncertu pamiętam chyba długą kolejkę chętnych. I to był chyba czas, gdy basista Maanamu mieszkał (albo pomieszkiwał) w kamienicy na tym samym podwórku, przy którym stał budynek z naszym świeżo kupionym od koleżanki mieszkaniem. Tylko nie wiem czy chodzi o byłego czy ówczesnego basistę, bo na oczy go nie widziałem na tym podwórku…

I na koniec tych wspomnień dwa wykonania piosenek Maanamu zarejestrowane przeze mnie na olsztyńskich scenach. 17 sierpnia 2011 roku Enej zagrał przed Goranem Bregoviciem. M.in. „Cykady na Cykladach”:


A 17 sierpnia zeszłego roku Anja Orthodox i Ania Zalewska podczas obchodów 25-lecia Big Daya zaśpiewały wspólnie „Krakowski spleen”:


I na koniec przypomnijmy sobie postulat z lat 80. - Maanam być dobrze!

piątek, 27 lipca 2018

A planety szaleją...

Kto w młodości nie chciał być kosmonautą? Na przykład ja nie chciałem. Ja chciałem być astronomem. Nawet 40 lat temu zapisałem się do Polskiego Towarzystwa Miłośników Astronomii. Potem zainteresowałem się kosmologią, kosmogonią, a następnie fizyką kwantową. A na końcu historią i naukami społecznymi, więc ze wszystkich zaćmień najbardziej interesuje mnie to w „Faraonie” Bolesława Prusa (czy jak kto woli - Jerzego Kawalerowicza).


Dzisiejsze zaćmienia mają już znaczenie tylko towarzysko-medialne. Posiedzieliśmy w towarzystwie obcych ludzi nad jeziorem, zrobiliśmy parę zdjęć i wróciliśmy do domu. Księżyc każdy rozpozna, a to poniżej po prawej to Mars.

wtorek, 24 lipca 2018

Nikt nie będzie widział nas

Niby taka prosta, krótka i nic nieznacząca piosenka, a ile się za nią kryje… Na przykład dramat rozpadającego się zespołu. „Why Don't We Do It in the Road?” to dziełko w zasadzie Paula McCartneya, który utwór stworzył sam (co się w twórczości Beatlesów przecież zdarzało już wcześniej, mimo formalnie istniejącej spółki Lennon-McCartney) i nagrał z niewielkim udziałem Ringo Starra. Pozostali dwaj Beatlesi nie byli mu do niczego potrzebni, chociaż znajdowali się w pobliżu. John Lennon wyznał po latach, że go zabolało, gdy kolega radził sobie sam… Chociaż przecież kilka miesięcy wcześniej rejestrował „Revolution 9” również samodzielnie (no prawie samodzielnie, bo i z Georgem Harrisonem, i z Yoko Ono chociażby, ale jednak bez reszty zespołu).
A co się kryje za dwuzdaniowym tekstem? Zdziwienie McCartneya, że międzyludzkie, nomen omen, stosunki są tak skomplikowane… Wszystko za sprawą dwóch małp, które uprawiały na drodze prokreację, co Paul zauważył w czasie słynnego pobytu Beatlesów w Indiach w 1968 roku. Ja 29 lat później też widziałem w Indiach małpy na drodze, ale jeszcze nie napisałem o tym piosenki…


Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Nikt nie będzie widział nas
Może na drodze róbmy to?

Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Nikt nie będzie widział nas
Może na drodze róbmy to?

Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Może na drodze róbmy to?
Nikt nie będzie widział nas
Może na drodze róbmy to?
Olsztyn, 24.07.2018



Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

niedziela, 22 lipca 2018

Fronczewskiego chcą ze mnie zrobić

Dawno nie wymądrzałem się przez radio. Poprzednio chyba 15 lat temu w radiu WAMA, gdy zachwalałem 48-stronicowy dodatek „Olsztynianie 2003” zawierający 7072 podpisane zdjęcia 7072 mieszkańców Olsztyna z okazji 650-lecia miasta (byłem szybszy od Marka Zuckerberga o jakieś trzy miesiące).

A ostatnio chcą ze mnie zrobić Fronczewskiego... Piotr Szauer z UWM FM przesłuchał mnie w Gietrzwałdzie na okoliczność Rolling Stonesów:


Natomiast dziś Gosia Sadowska zaprosiła do Radia Olsztyn na rozmowę o tłumaczeniach i o projekcie The Wall po polsku:

czwartek, 12 lipca 2018

Lao Chce zmieniać świat

To był pracowity tydzień… PIĄTEK. Śpiewam Stonesów w Gietrzwałdzie. SOBOTA. Organizuję imprezę, która nie dochodzi do skutku. NIEDZIELA. Wieczorem oglądam Stonesów na Narodowym. PONIEDZIAŁEK. Ruszam rano do Mrągowa poprzeszkadzać w przygotowaniach premiery „The Wall” po polsku z moim tłumaczeniem. WTOREK. W samo południe trzymam mur na łące, a wieczorem oglądam premierę „The Wall”. ŚRODA. Nic się nie dzieje, czyli trzeba popracować. CZWARTEK. Po siedmiu latach wracam do rozważań z cyklu „Czego chce Lao Che?”


Na koncercie był cały Olsztyn. Wiem, bo siedziałem w przejściu i odebrałem całą paradę tych, którzy przełazili mi przed oczami w drodze po piwo, w poszukiwaniu lepszego miejsca lub po prostu tylko po to, by nie siedzieć w miejscu, co, jak wiadomo, na koncercie rockowym nie uchodzi.


Czego zatem chce Lao Che? Jeśli klasycznie „uczyć bawiąc”, to się udało, bo na dzisiejszej lekcji „Wiedzy o społeczeństwie” dobrze się pobawiliśmy i może nawet czegoś się nauczyliśmy…

wtorek, 10 lipca 2018

Mur a sprawa polska

Szczerze mówiąc, nie wiem od czego zacząć. Może od roku 1980, gdy wspólnie z Mariuszem, nieżyjącym już kolegą z podstawówki, pochylaliśmy się nad wyciętym z jakiejś kolorowej gazety małym zdjęciem zespołu Pink Floyd. Tamtego zdjęcia już nie mam, ale mam młodsze o jakieś 2-3 lata, które właśnie wygrzebałem z poprzeprawdzkowego pawlacza.


Zdjęcie to była podstawa, muzyki znać nie musieliśmy. Do tego stopnia byliśmy ignorantami, że daliśmy sobie przez krótką chwilę wmówić, że „Pretty Little Angel Eyes” to skoczne nagranie Pink Floydów. Na szczęście w wieku 12-13 lat dojrzewa się szybko i w miesiąc zrozumieliśmy, że naszą muzyczną edukację musimy rozpocząć od nowa. Pomógł Program III Polskiego Radia z niezawodnym Piotrem Kaczkowskim. Pomogli starsi koledzy, jak zawsze chętni, gdy trzeba uświadomić młodego człowieka w tej czy innej sferze. Pomógł tygodnik „Razem”, zamieszczający nie tylko plakaty, ale i fachowe teksty (bronią się nawet po prawie 40 latach, przed chwilą sprawdzałem). Pomógł miesięcznik „Non Stop”, jedno z dwóch (!) istniejących wówczas pism poświęconych muzyce rozrywkowej. To wtedy zacząłem wstawać o szóstej rano, by biec do kiosku i ustawiać się pierwszy w kolejce po świeżo przywiezione w zawsze zbyt małej liczbie czasopisma. O, do tego kiosku, który został uwieczniony na filmie z 1978 roku:


Pomogła Telewizja Polska prezentująca zapowiadany przez Wojciecha Manna serial dokumentalny poświęcony historii muzyki rozrywkowej pod wszystko mówiącym tytułem „All You Need Is Love” (mniejsza o to, że dokument był lekko nieświeży, bo na przełomie 1980 i 1981 roku oglądaliśmy końcowy odcinek przewidujący, że przyszłością rocka jest twórczość Mike’a Oldfielda, czyli coś, co wydarzyło się 7-8 lat wcześniej i okazało się nieprawdą, bo za chwilę cały ten symfoniczny rock został zakwestionowany przez punk).


No i pomógł fakt, że Roger Waters wydał właśnie (uwaga, ironia) swoją płytę „The Wall”, którą nagrał z towarzyszeniem dwóch pozostałych członków zespołu Pink Floyd oraz jednego członka wyrzuconego. Z tej płyty poznałem wówczas oczywiście „Another Brick In The Wall (part II)” (tańczyło się nawet na dyskotekach), a chwilę później „Hey You”. Z „Another Brick In The Wall (part II)” mam surrealistyczne wspomnienie, w którym maszeruję dziarsko do szkoły, mijam Wytwórnię Sprzętu Komunikacyjnego Polskie Zakłady Lotnicze Gorzyce pod Sandomierzem (obecnie Federal-Mogul) i słyszę z zakładowych głośników witających poranną zmianę floydowski hymn zbuntowanej młodzieży.


Czy David Gilmour wie, że jego solówkę słychać było od Łęgu po Trześniówkę?


Rok później przeprowadziliśmy się z Podkarpacia na Warmię. W Reszlu, wyposażony w małe pierdzące radyjko, zapoznawałem się z tym wszystkim, co muzyka rockowa miała najlepsze. Na Liście Przebojów Programu Trzeciego było jednocześnie sporo dobrej muzyki, jednocześnie sporo kału i jednocześnie trochę nie wiadomo czego. W tej mieszance pojawił się Pink Floyd z „When the Tigers Broke Free” (6 tygodni na liście od 18.09.1982), ale „The Final Cut” mnie nie pociągało. Jakże mogło pociągać, skoro dopiero przyswajałem „The Wall”. Tak dalece przyswajałem, że około 1983 roku napisałem kilkustronicowy poemat inspirowany tym albumem. A konkretnie tytułami utworów z niego, bo treść pozostawała dla mnie zagadką.
Do tajemnicy treści udało mi się przybliżyć w drugiej połowie lat 80. XX wieku. Po pierwsze obejrzałem w końcu film „The Wall” (to było w Szkole Harcerstwa Starszego „Perkoz”, awangardowej chociażby z powodu posiadania magnetowidu). Po drugie ktoś mi to w końcu przystępnie wytłumaczył.
Potem był rok 1990. Lipiec. Konkretnie druga połowa lipca. Dokładnie 21 lipca 1990 roku. Chodząc nocą po Olsztynie (wracając ze wspólnego oglądania i rejestrowania na hufcowym magnetowidzie transmitowanego na żywo przez polską telewizję koncertu Rogera Watersa, który wystawiał na placu Poczdamskim w Berlinie widowisko „The Wall”) natknąłem się na zdezorientowanych skautów z RFN, którzy przyjechali właśnie pociągiem, nie mieli złotówek, a ich zachodnich marek nie chciał nikt przyjąć w hotelu (do dziś zachodzę w głowę, czy ja dobrze zrozumiałem, co do mnie mówili z tymi markami…).


Ulitowałem się nad Pfadfinder und Pfadfinderinnen i dałem polowy nocleg w naszym hoteliku pod namiotami, a następnego dnia niemieccy skauci nocowali już za darmo w naszej harcówce. Kolejnego dnia przyjaźń polsko-niemiecka kwitła w najlepsze, zaprosiłem skautów do domu na polskie śniadanie i z dumą prezentowałem im nagranie sprzed dwóch dni. Fritz, ich szef, jakoś nie podzielał mojego entuzjazmu, że Roger Waters dał w Berlinie koncert „The Wall” z okazji zburzenia kilka miesięcy wcześniej Muru Berlińskiego… Może mu się to zjednoczenie Niemiec nie podobało? Może się czegoś bał? Chętnie bym z nim o tym dziś porozmawiał, ale nie udało się utrzymać kontaktu przez te prawie 30 lat. Koncert (porywający, choć z żenującymi fragmentami zarówno pod względem wpadek inscenizacyjnych, jak i wykonawczych) widziałem tylko w telewizji, ale na ten plac trafiłem 10 lat później.


Minęły 22 lata od koncertu i od spotkań ze skautami z RFN. W 2012 roku przetłumaczyłem pierwszą piosenkę z „The Wall”. Było to oczywiście (?) „Another Brick In The Wall (part II)”. W następnym roku zmierzyłem się z „Mother”, a w kolejnym z „Hey You”. Z tym że „Hey You” powstawało już w zupełnie innych okolicznościach. Było to kilka dni po pierwszym kontakcie z zespołem Spare Bricks, który na koncercie w Mrągowie urzekł mnie swoimi wersjami klasycznych Floydowskich utworów. Kilka dni potem poznałem się z ich menedżerem, a kilka tygodni później rozmawiałem we Wrocławiu z Jackiem, basistą zespołu, próbując go przekonać do śpiewania moich polskich wersji dzieł Floydów. Jacek był dość sceptyczny, ale nie poddałem się i zespół zdecydował się na wykonywanie po polsku „Hey You”. Najpierw jednak musiałem odbyć długą i miłą rozmowę z Agnieszką, wokalistką zespołu, z którą poszliśmy w paru miejscach na kompromis. W efekcie 8 listopada 2014 roku miałem przyjemność zapowiedzieć pierwsze polskie wykonanie „Hey You”, co miało miejsce w Kętrzynie, 300 metrów od miejsca, w którym prof. Zenobia Grochowska wyjaśniała mi na lekcjach języka polskiego „co poeta chciał powiedzieć”.


„Hey You” zespół gra od tej pory na wszystkich koncertach. Dwa lata później zrobiliśmy wspólnie poważny krok w kierunku ściany. Na festiwalu Floydowska Strona Ostródy w 2016 roku wykonywaliśmy po polsku wspólnie z publicznością „Another Brick In The Wall (part II)”, a wieczorem oglądaliśmy film „The Wall” z moim tłumaczeniem przybliżającym się coraz bardziej do wersji śpiewanej.


Aż przyszedł grudzień 2017 roku i zadzwonił Paweł, gitarzysta zespołu, że robimy całe „The Wall” po polsku. No to robiliśmy! Robiliśmy, czyli pisaliśmy dziesiątki maili, ja dopieszczałem kolejne utwory, w końcu w marcu spotkaliśmy się we Wrocławiu, gdzie ustaliliśmy końcowe wersje tekstów.


Ustalaliśmy m.in. „Mother”. W drodze powrotnej dopadła mnie rzeczywistość…


Wrocławskie spotkanie dało nam prawie końcowe wersje. Bo jednak wątpliwości, zwłaszcza w kontekście wykonawczym, zostały. Ostatnie wyjaśnialiśmy sobie jeszcze przed dzisiejszym premierowym koncertem.


Tłumaczenia są moje i podpisuję się pod nimi obiema rękami, ale nie mogę nie wspomnieć, że niektóre wersy powstały w głowie Pawła, Jacka, Agnieszki, Adama. Pawła w znacznej mierze jest na przykład „The Trial”, który przygotował ten utwór na bazie mojego wstępnego tłumaczenia do filmu, po czym znów skierował w moje ręce.


Nie będę się rozwodził nad warsztatem tłumacza piosenek, bo po pierwsze to nudne szczegóły techniczno-muzyczno-lingwistyczne, a po drugie nie jestem pewien czy mam prawo nazywać się tłumaczem… Może raczej dostarczycielem polskich tekstów obcojęzycznych piosenek?


Zespół Spare Bricks od niedzieli siedział na zgrupowaniu kondycyjnym w Mrągowie i okolicach (ja niedzielę spędzałem z nieco inną grupą). Wczoraj odbyła się próba, po której mieliśmy liczne uwagi, a najwięcej oczywiście Darek. Tak dużo, że aż usiadł.


Dziś premiera. Ale zanim premiera – obowiązki promocyjne. Trochę zdjęć Leszka w sali mrągowskiego Centrum Kultury i Turystyki.


Przy okazji też sobie strzeliłem to i owo swoim siedem razy tańszym Canonem:


Trochę zdjęć na łące u Darka.


Z minimalistyczną scenografią i choreografią pod czujnym i fachowym okiem Leszka.


Łąka zniosła wszystko z godnością.


Zwłaszcza że, pamiętajmy, dobry menedżer ma zawsze pod ręką taczkę i nie zawaha się jej użyć.


Koncert… Jak się czułem? Jak na porodówce. Oczywiście „The Wall po polsku” ma wielu ojców, ale jako autor tłumaczenia czułem się szczególnie gotowy do przyjęcia tego dziecka. W końcu przecież:
Mama kocha dziecko
I tatuś kocha też



Czymże byłaby muzyka Pink Floyd bez słów? Dołożyliśmy ich trochę do wizualizacji.


Koncerty Spare Bricks, podobnie jak występy Pink Floyd, to solidna oprawa sceniczna. Tym razem wrocławska grupa postawiła na minimalizm, by uwypuklić przekaz słowny (czuję się wbity w dumę, że moje tłumaczenia nabierają przez to aż takiego znaczenia).


Część animacji wyszła spod ręki Jacka.


No dobra, ale po co się tu w zasadzie zebraliśmy? By zburzyć mur!


Kto stoi za tym efektem specjalnym w postaci rozwalenia misternie ustawionej ściany? A kogo nie ma na scenie?


Całego koncertu Wam nie pokażemy, zapraszamy na oficjalną premierę 2 listopada do Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku. „Hey You” po polsku już znacie, „Another Brick In The Wall (part II)” też już można było usłyszeć po polsku, więc może dla zachęty fragment otwierający dzisiejszy koncert:


Dziś w zespole zadebiutowało udanie dwóch nowych członów. Nowym klawiszowcem jest Arkadiusz Spanier.


Zespół zyskał też drugiego gitarzystę i trzeciego wokalistę w jednej osobie, czyli Adama Jęczmyka.


Reszta ekipy bez zmian, czyli Agnieszka na wokalu. Tym razem bez saksofonu, ale za to z megafonem użytym w odpowiednim momencie…


Paweł Wrocławski na gitarach.


Jacek Aumüller na gitarze basowej i dwunastostrunowej oraz na wokalu. Na trąbce póki co nieoficjalnie, już po koncercie…


Michał Słupski na perkusji.


Nie zapominamy o Darku Naworskim, menedżerze, który już szykuje swego następcę:


Oraz chłopakach panujących nad dźwiękiem i światłami, jak zawsze pozostających w cieniu.


Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

niedziela, 8 lipca 2018

Przez polską ziemię przetoczyły się Kamienie

Był 27 grudnia 2017 roku. Dzień po świętach. Wziąłem urlop, bo szykowałem się do swojego wieczornego koncertu, który zarządziłem z okazji 50. urodzin. Niestety, też swoich. Poranna wiadomość w internecie – na czerwiec planowany jest koncert Rolling Stonesów w Polsce! Nie omieszkałem podzielić się tą wiadomością z widownią, tuż przed wykonaniem „Sympathy for the Devil”.


Grudniowa wiadomość w ciągu kilku dni obrosła w szczegóły. Już było wiadomo, że jednak nie czerwiec, a lipiec. Konkretnie siódmego lipca. Potem się okazało, że jednak nie sobota, a niedziela. Dlaczego? Bo z kalendarza Mundialu wynikało, że reprezentacja Anglii może grać ćwierćfinał właśnie 7 lipca. A Mick, jak prawdziwy Anglik, nie może przegapić meczu. No i faktycznie, Anglia zagrała wczoraj ze Szwecją zwycięski ćwierćfinał, więc Stonesi byli dziś w dobrych humorach. Bo chyba nie dlatego, że dziś w końcu ostatni koncert trasy.


Skoro już było wiadomo, że 8 lipca, to teraz drugie pytanie – gdzie? Gdy okazało się, że na Stadionie Narodowym, nastąpił narodowy płacz. Oczywiście z powodu tragicznej akustyki tego obiektu. Cóż, nie ma cudów, na takim obiekcie nie osiągnie się klarownego dźwięku jak na koncercie King Crimson w Domu Pieśni i Tańca w Zabrzu.


Trzecia kwestia – bilety… Wiadomo było, że tanie nie będą. I nie były.


Prawdę mówiąc, miałem ochotę na te dwa razy droższe (w kwestii trzy razy droższych usłyszałem od Żony no pasarán), ale nie miałem szczęścia w tym chaosie sprzedażowym...


No i drugie, obok akustyki, narodowe narzekanie - na ceny biletów. Ceny transakcyjne na prawdziwie wolnym rynku zawsze są takie, jak być powinny. Ktoś chciał sprzedać, ktoś chciał kupić. Zasada ta dotyczy nawet dóbr unikalnych, wyjątkowych i jedynych w swoim rodzaju. Można windować cenę, ale zawsze jakaś granica jest (w końcu nawet da Vinci osiąga konkretne i skończone ceny, chociaż podaż jest skrajnie niska). W tym przypadku nie sądzę, by granica została osiągnięta. Myślę, że bilety spokojnie poszłyby dwa razy drożej. Byłoby tylko więcej marudzenia i może nawet niesmaku. The Rolling Stones to nie są dobra substytutywne, niczym ich nie zastąpisz (i od razu dodam - nie dlatego, że są jacyś szczególnie boscy, bo są dziesiątki starych zespołów komponujących oraz grających równie wybitnie i ciągle dostępnych na rynku koncertowym, lecz dlatego, że są popkulturowym wehikułem czasu, przenoszącym nas NAPRAWDĘ do lat 60-tych). Więc nawet jeśli miałem już wcześniej nabyte bilety na koncert, jaki da w Krakowie miesiąc później Roger Waters, to nie znaczy, że potrzebę pójścia na koncert Stonesów miałem zaspokojoną... Nawet jeśli już na nich byłem 20 lat temu. Da się to podsumować stwierdzeniem o ekonomii, jako nauce o tym, że ludzie ustawiają się w srogiej kolejce po produkty, których wyprodukowanie kosztuje 7 zł i płacą za nie po 150 zł.


Zanim dojdziemy do sztuki, jeszcze kilka słów o didaskaliach. Dla przyjeżdżających prowincjuszy, jak na przykład my, przydałyby się jakieś znaki informacyjne na dojazdowych ulicach o tym, gdzie znajduje się parking. Ja wiem, że każdy wie, ale ja nie wiem, nie pamiętam, nie znam się. W interesie służb miejskich jest chyba, bym nie jeździł kilkakrotnie wokół stadionu. Po drugie, gdy już wlazłem na teren tego gigantycznego obiektu, chciałbym zobaczyć równie gigantyczne i niepozostawiające cienia wątpliwości strzałki, tablice, informatory kierujące do sektorów. No tak, ale to tylko w moim interesie jest chyba, bym nie łaził wokół stadionu i jeszcze góra dół zaliczał kolejne schody.


To wszystko nie zmienia faktu, że z powodu wypadku na siódemce, który przyblokował ją na jakieś 20 kilometrów, przybyliśmy na koncert w sam raz, a nie nie wiadomo po co trzy godziny przed rozpoczęciem. Przedłużającą się podróż umilał nam swych towarzystwem Adam z zespołu Kapiszony, z którym pół roku temu połączył nas Bob Dylan w moim tłumaczeniu na wspomnianym już na początku moim koncercie urodzinowym.


Potem jeszcze łyk coli w lokalnej cenie (wolny rynek został za bramką nr 11) i jesteśmy na płycie dokładnie 10 minut przed koncertem!


No to ruszamy od „Street Fighting Man”. Kiedyś to przetłumaczę. Akustyka robi wrażenie. Niestety, negatywne.


„It's Only Rock 'n' Roll (But I Like It)”. My też lubimy rock ' n' rolla.


„Tumbling Dice”. Mick zrzuca kurtkę…


„Just Your Fool”. Powoli zaczynamy przyzwyczajać się do akustyki. Harmonijka brzmi jak trzeba. Przynajmniej tak się wydaje. W akustyce, podobnie jak w ekonomii, psychologia jest najważniejsza.


„Bitch”. Sekcja dęta czujna.


„Like a Rolling Stone”. Po cichu liczyłem na ten utwór i gdy usłyszałem z ust Micka słowo „cover”, wiedziałem, że się doczekałem.


„You Can't Always Get What You Want”. Nie zawsze można mieć to, co się chce, ale można na przykład mieć okazję do zrobienia zdjęć każdemu Stonesowi. Mickowi, który zdążył już rozpiąć koszulę…


Charliemu, który nie zwalnia, ale też i nie przyspiesza…


Keithowi, który zawsze rymował mi się z „riff”…


Ronniemu, który był, jest i pozostanie nowy w zespole…


„Paint It Black”. Pomalujmy te drzwi na czarno!


„Honky Tonk Women”. Czyli more cowbell!


A potem nastąpił ten słynny moment, gdy Mick powiedział to, co powiedział o byciu sędzią i o śpiewaniu. Pola do interpretacji nie ma tu żadnego. Wiadomo, czemu to powiedział…
Ale szybko zmienił temat. Prezentacja wszystkich muzyków to bezpieczniejsza kwestia:
* wokal wspierający – Bernard Fowler (był 20 lat temu w Chorzowie)
* wokal wspierający – Sasha Allen (a ja ciągle mam przed oczami Lisę Fischer sprzed 20 lat)
* saksofon – Tim Ries
* saksofon tenorowy – Karl Denson
* keyboard – Matt Clifford
* bas – Darryl Jones (z zespołem, ale nie w zespole, od ćwierć wieku)
* keyboard – Chuck Leavell (był 20 lat temu)
* na gitarze król pierogów – Ronnie Wood (też bym coś zjadł)
* perkusja – Charlie Watts
* śpiew i gitarra – Keith Richards.


Skoro już wywołany został Richards, to niech pośpiewa. „You Got the Silver” i równie znane szerokiej publiczności znoszącej masowo na płytę piwo za piwem „Before They Make Me Run”.


Mick w tym czasie na zapleczu podpisał kolejny aneks do cyrografu i wrócił z „Sympathy for the Devil”.


Pora na dyskotekę. „Miss You” rozkręci każdą imprezę, z Portorykankami czy bez…


Mick na tę okoliczność bierze Fendera, ale tylko na chwilę, bo przecież musi pobiegać…


Długi „Midnight Rambler”. Koszula nałożona w przerwie znów zdjęta…


„Start Me Up”. Jaki „start”, zaraz będą kończyć…


„Jumpin’ Jack Flash”. Ktoś tu się nie wyskakał…


„Brown Sugar”. Tym utworem kończyli 20 lat temu w Chorzowie. Tym razem kończą część podstawową, ale wiemy, że wrócą…


No i wrócili na „Gimme Shelter”...


I oczywiście na niekończące się „(I Can't Get No) Satisfaction”. Zupełnie, jakby nie chcieli zejść ze sceny… I ja wiem, że na innych koncertach też grali taką długą wersję, ale skoro warszawski koncert kończy trasę i na kilka tygodni? miesięcy? lat? na zawsze? będzie ostatnim koncertem Stonesów, to robi to dodatkowe wrażenie…


Podobnie jak ten napis, który został po zejściu zespołu…


I pojawienie się ekipy technicznej…


Czy jeszcze zobaczę na żywo Stonesów? 20 lat temu byłem przekonany, że już nie...