środa, 27 grudnia 2017

Trzynaście do kwadratu

Cóż to jest pięćdziesiąt lat? Jest kilka zespołów starszych ode mnie, że wymieńmy choćby The Rolling Stones, do których dziś jeszcze wrócę...


Ale umówmy się, że bardziej okrągłej rocznicy raczej nie doczekam, więc swoje półwiecze musiałem uczcić jakoś specjalnie. Pomysł koncertu urodzinowego nie jest może szczególnie odkrywczy, ale kto mi zrobi lepszy prezent niż ja sam sobie? Oczywiście z ogromną pomocą wielu ludzi dobrej woli, których tu od razu wymieniam i dziękuję: moja Żona Najdroższa, Jacek Aumüller, Adam Borkułak, Bożena Kraczkowska, Mariusz Kwas, Krzysztof Przadak, Karol Sęder, Piotr Sikorski, Agnieszka Siudem-Nowicka, Michał Słupski, Krzysztof Żendarski. Dziękuję też Gościom, którzy zdecydowali się zostać widzami i słuchaczami mojego koncertu. Pojawili się znajomi z pierwszej pracy, z drugiej pracy i z obecnej pracy, znajomi z harcerstwa, koledzy ze szkoły średniej, rodzina i po prostu znajomi. Łącznie ponad 80 osób, czyli jak na pojemność Galerii Sowa w sam raz...


Odkąd bracia M. uznali, że są aktorami, w mojej głowie pojawiła się myśl, że ja mogę wystąpić na scenie. Dzisiejszy koncert to już potrójna recydywa. Rok temu zagrałem z Jackiem w Nemo, dwa miesiące później występem w Qźni żegnałem się z pracą w „Gazecie Olsztyńskiej”, a trzy miesiące temu gwiazdorzyłem na Koncercie Galowym w Perkozie. Tym razem wybór padł na Sowę, która wydała mi się odpowiednim miejscem na występ tria Jacek, Michał i ja. Na scenie w Sowie (także dawniej, gdy nazywała się OKOP) widziałem Tadeusza Nalepę (który nie bardzo miał ochotę grać…), Kasę Chorych, Raz Dwa Trzy, Zarazę, Czarnego Psa, Krzysztofa Ścierańskiego, że wymienię tylko kilku pierwszych artystów, którzy przyszli mi do głowy.


Po ustaleniu szczegółów z Krzysztofem Żendarskim, szefem Galerii Sowa, skompletowałem skład. Kompletowanie odbyło się częściowo spontanicznie, a częściowo z powołania. Z próbami wstrzymałem się do przeprowadzki na nowe śmieci. Najpierw odwiedziła mnie Bożena, potem Sikor. Żona spędzała czas w garderobie na drabinie, a my tymczasem z Sikorem aranżowaliśmy idealny dzień...


Po kilku dniach wpadła Siudemka, która wydobyła z siebie tyle decybeli, że mogłem się spodziewać najścia sąsiadów. Nie nadeszli, więc nowe mieszkanie tekst akustyczny przeszło pozytywnie...


Nie wszyscy mogli być na koncercie, więc zaznaczyli swoją życzliwość dla młodego twórcy w inny sposób… Dziękuję!


Sam też zdzierałem gardło na przemian w starym i nowym mieszkaniu.


Jacek i Michał z dalekiego Wrocławia zjawili się u nas wiele godzin przed koncertem, więc zdążyliśmy zrobić Wielką Próbę przy Okrągłym Stole.


Kolejna próba już w Sowie, sekcja rytmiczna się rozgrzewa.


Przybywają pierwsi goście.


Z góry skazana na niepowodzenie próba przywitania się z każdym…


Na ramię broń, zaczynamy!


Na początek, jak zawsze, wczuwam się w rolę męskiej szowinistycznej świni, której tożsamość seksualna została zdemolowana przez feministkę o orientacji homoseksualnej. Bohater piosenki Franka Zappy ma na imię tak samo jak ja, ale tłumaczenie „Bobby Brown (Goes Down)” nie jest utworem autobiograficznym.


„Lady in Black” Uriah Heep, czyli pomóżcie ludzie wyciągać te wysokie refreny…


Pora na pierwszego gościa na scenie.


Maryla Rodowicz na początkach swej kariery śpiewała piosenki Boba Dylana, więc któż mógł zaśpiewać „The Times They Are a-Changin'”, jego utwór z folkowych czasów, jak nie Bożena Kraczkowska, młoda olsztyńska artystka zakochana w Maryli?


I z marszu druga młoda zdolna, czyli Agnieszka Siudem-Nowicka.


Siudemka, przy udziale Bożeny, brawurowo wykonała „Hey Jude” Beatlesów.


A następnie gładko przeszła do „Heartbreak Hotel”, którym Elvis Presley rzucił na kolana Johna Lennona i resztę świata.


Chwila bez gości, czyli „Riders on the Storm” The Doors.


Ale oto goście wracają w wielki stylu. Sam Mariusz Kwas uświetnił „Hotel California” The Eagles swoją gitarową solówką.


No i pierwszy, nieostatni, raz padło ze sceny brzydkie słowo…


Dzisiejszego wieczora, motyla noga, będą tylko dwa moje utwory. Oto pierwszy z nich, „Jaka to piękna pomyłka”, inspirowana wizytą w Barcelonie. O tym mieście dziś jeszcze wspomnimy.


Bożena kupiła sobie niedawno ukulele i nie zawahała się dziś go użyć.


W efekcie w pakiecie z „Happy Birthday” dostałem „Пусть всегда будет солнце!”. Publiczność nie miała problemów z drugą piosenkę, chyba nas zamkną, zdekomunizują, wypuszczą, znów zamkną i jeszcze raz zdekomunizują...


Moment, który Sikor obiecywał od wielu miesięcy, zanim jeszcze pojawił się pomysł tego koncertu. Na scenie wspólnie z nim Adam Borkułak i Krzysztof Przadak z Kapiszonów.


A na tapecie „Death Is Not the End” Boba Dylana. I zapowiedź, że piosenka zostanie wkrótce profesjonalnie nagrana. Trzymam za słowo.


Skoro było o śmierci na serio, to może ten sam temat w zdecydowanie lżejszym ujęciu. Śmierć może nam nagwizdać, czyli Monty Python i „Always Look On The Bright Side Of Life”.


Pora na szczycieńskiego Hendriksa. Realizujący koncert Karol Sęder na chwilę wyskoczył zza konsolety, by wspomóc nas w „Hey Joe”.


Pierwszy i przedostatni raz dzisiaj gitara elektryczna na scenie!


Leonarda Cohena tłumaczyłem w rytm ukazywania się jego trzech ostatnich płyt w 2012, w 2014 i w 2016 roku. W 2018 roku nie będzie co przetłumaczyć... Z 2014 roku „Almost Like the Blues”.


„Space Oddity” Davida Bowiego, czyli wspomnienie giżyckiego kina Fala.


Jakże ja uwielbiam takie koincydencje… Dzisiaj rano pojawiła się wiadomość, że Rolling Stonesi wystąpią w przyszłym roku w Polsce! Z podwójną przyjemnością zatem „Sympathy for the Devil”, jeden z najbardziej energetycznych momentów występu.


Tę piosenkę mógł zaśpiewać tylko jeden człowiek, największy fan Duran Duran od Bugu do Władywostoku (lekko zdziwiony moją znajomością geografii). Bo wprawdzie „Perfect Day” to piosenka Lou Reeda, ale ludożerka zna ją głównie z wykonania Duranów.


A ja przy okazji załapałem się na duet wokalny z Sikorem. Fani Zarazy mi tego nie wybaczą.


Skoro moja dzisiejsza sekcja rytmiczna została wypożyczona ze Spare Bricks, to pora na set Pink Floydów. Na początek „Wish You Were Here”, w czasie którego ukąsił mnie komar.


Owacjami na stojąco uczciliśmy wczorajsze 25. urodziny Michała Słupskiego, któremu w tych okolicznościach nie pozostało nic innego, jak tylko nabić perkusyjny wstęp do złowieszczego „Time”.


Teraz jest ten moment, kiedy biorę do ręki gitarę basową…


A Jacek Aumüller bierze do ręki swego elektrycznego Fendera i po roku znów wykonujemy wspólnie „Set The Controls For The Heart Of The Sun”. I to trzeci i ostatni utwór Pink Floyd dzisiaj.


Ja zostaję przy basie, Jacek przesiada się na swoją ulubioną dwunastkę, czyli kilka jego utworów.


Najpierw „Zgasiłem słońce”, w którym wyżywam się na gitarze basowej.


W „Niebie” z basem też czuję się jak w niebie...


„Coś ważnego” zespołu Pomysły Znalezione w Trawie, w którym również grają Jacek i Michał.


Ostatni raz Jacek przy mikrofonie i utwór „Tratwa” z repertuaru Marka Dyjaka.


I zostałbym już profesjonalnym basistą, ale musiałem Jackowi oddać jego instrument... Słusznie, bo skomplikowałem trochę aranżację. „Ain't No Sunshine” Billa Withersa to jeden z dwóch momentów, dla których warto oglądać film „Notting Hill” (drugi to Spike grany przez Rhysa Ifansa).


Na wielki finał trzy razy Beatlesi. Najpierw „Norwegian Wood”.


„You've Got to Hide Your Love Away” ze specjalną dedykacją dla Agnieszki i Wojtka Deoniziaków obchodzących dziś 9. rocznicę ślubu.


Nie róbcie tego w domu, czyli „Helter Skelter” z ponurym odniesieniem do wydarzeń z nocy 8/9 sierpnia 1969 roku w Beverly Hills.


Finał finałów mógł być tylko jeden. Moje autobiograficzne „Trzynaście srebrników”.


Koniec koncertu, czyli idźcie już ludzie do domu...


Nie poszli. Stanęli najpierw do pamiątkowego zdjęcia.


A potem jeszcze długo żegnaliśmy się w podgrupach… Koncert jak koncert, ale najważniejsze prezenty :) Za każdy z nich serdecznie dziękuję! Przede wszystkim jednak wybaczcie, że nie spamiętałem, który od kogo... Wiecie, na weselu łatwiej – prawa kieszeń od rodziny pana młodego, lewa od rodziny panny młodej. A tutaj taki szalony wieczór, tylu gości, tyle emocji… Niektóre jednak udało mi się ogarnąć. Na poniższym zdjęciu z dumą prezentuję koszulkę, którą dostałem od znajomych z pracy.


Nalewka kawowa od Wróbelków (chwilę zastanawiałem się, od których...). Zacny rocznik 2016.


Szlachetne wino z dedykacją od koleżanki z GO.


Rockandrollowy trunek od Darka Floyda.


I w ogóle mnóstwo alkoholu. Jakie to szczęście, że nie wszyscy u nas w domu składali przyrzeczenie harcerskie...


Podnosząca ego fotografia od Kamili i Aśki.


Wbijająca w dumę ramka z tekstem Asi, która mogłaby startować w Wielkiej Grze z tematu „Życie i twórczość Roberta Z.”.


Kubek z napisem o treści, z którym trudno się nie zgodzić. Przepraszam, nie pamiętam darczyńcy…


I inny kubek, z markami naszego dzieciństwa, za którym kryje się Kasza, druhna niewidziana chyba od ćwierć wieku.


Oczywiście płyty. Kolędy Boba Dylana, pewnie zdążę przesłuchać jeszcze przed Trzema Królami. Może sobie wówczas cudownie przypomnę, od kogo ten upominek…


Z tą płytą było łatwo, bo w pakiecie z dedykacją na książce od Basi i Wojtka.


A książka z tytułem, pod którym mógłbym się podpisać, ale za wysokie progi...


Z tą książka nie było zupełnie problemu, bo wręczył mi ją osobiście autor. Dziękuję, Canis!


Co do tej książki mam pewne podejrzenia, ale czy słusznie łączę to z kartką od Państwa W.? Będę żył z tą niepewnością, bo przecież nie będę robił ankiety :) Aha, otworzyłem na chybił trafił na Tajlandii...


I jeszcze jedna pozycja podróżnicza nieznanego ofiarodawcy. Wprawdzie byłem już w stolicy Katalonii dwa razy, ale kto powiedział, że nie trafię tam trzeci raz, np. gdy będzie to w nowym europejskim kraju...


Dwa upominki muzyczne. Kostka, którą nigdy nie zagram...


I kaseta, której będę słuchał często… Bardzo osobisty prezent od Sikora, ostatni egzemplarz promocyjny sprzed 20 lat.


Nie mogło zabraknąć słodyczy. Kamila i Asia uraczyły mnie takim słodkim bukietem.


Nieznana ręka stoi za śliwkami w czekoladzie (no i weź tu schudnij...).


I jeszcze kilka kartek. Ta od Krysi.


Za tą kryją się Ela, Ania i Kasia.


Ta towarzyszyła upominkowi od Doroty i Krzyśka.


Jedna kartka się powtórzyła (i na weselu zdarza się dostać dwa żelazka…). Towarzyszyła nostalgicznemu kubkowi od Kaszy oraz prezentowi od przyjaciół z harcerstwa (i nie tylko), z którym pewnego dnia udam się do Empiku na grube zakupy…


I co by tu mądrego jeszcze na koniec napisać? Może po prostu DZIĘKUJĘ!

PS Mam już pomysł na kolejny koncert, ale:
* się wstydam
* nie chciałbym zostać uznany za zwolennika czegoś, czego zwolennikiem nie jestem
* nie wiem, czy publiczność jest gotowa
(niepotrzebne skreślić).