sobota, 14 października 2023

Metrem na Marsalisa

Jak trafić do Carnegie Hall? Branford Marsalis musiał ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Nam wystarczyło wsiąść w linię E metra.


Ze słynnych sal koncertowych Nowego Jorku celowałem w Madison Square Garden, ale nie udało mi się kupić biletu na koncert Billy’ego Joela. Z Carnegie Hall poszło mi dużo łatwiej. Tak łatwo, że kupiłem bilet w pierwszym rzędzie na koncert symfoniczny, w którym wziął udział Branford Marsalis. Marcin Kydryński byłby ze mnie dumny!

Pierwszy rząd, ale z lekko upośledzoną widocznością, więc bilety (jak na NYC) tanie – po jakieś 39 USD. I nie trzeba było nic zamawiać do konsumpcji, jak wczoraj w Cafa Wha?

Carnegie Hall to brzmi dumnie i elegancko, ale jakoś nikt nie popędził nas do szatni. Cała widownia z kurtkami, parasolkami, jak w kinie. A nawet z plecakami (na miejsce obok nas wpadł z bagażem spóźniony Japończyk, niczym prosto z samolotu).

Pomijając Japończyka i nas, większość widowni chyba lokalna. W związku z tym, że siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, przedefilowała przed nami cała nowojorska śmietanka intelektualna, ale taka raczej na emeryturze.

W Carnegie Hall jest kilka mniejszych i większych sal, ten koncert odbył się w Audytorium Isaaka Sterna. Ten słynny amerykański skrzypek żydowskiego pochodzenia, urodzony w Krzemieńcu dokładnie w czasie przesilenia w wojnie polsko-bolszewickiej 1920, przyczynił się w latach 50. do ocalenia Carnegie Hall, gdy pojawiły się zakusy na wybudowanie w tym miejscu kolejnego drapacza chmur. Ale najważniejszy jest oczywiście Andrew Carnegie, fundator całego budynku w 1890 roku. W drugiej połowie XIX wieku, gdy Ameryka rozwijała się w ogromnym tempie, a nie obowiązywały jeszcze przepisy antymonopolowe, przedsiębiorczy ludzie dorabiali się bajecznych fortun - Carnegie na stali, Rockeffeler na ropie. Dzisiejsi Musk, Bezos, Buffett czy Gates to przy nich ubodzy krewni. Pomniejsi miliarderzy też mają swoje ambicje, więc scena w Isaac Stern Auditorium nosi imię Ronalda Perelmana.

Dobra, przyszliśmy tu przecież dla muzyki. To był trzeci, finałowy koncert krótkiego Jesiennego Tour, w jaki ruszyła Orpheus Chamber Orchestra z gościnnym udziałem Branforda Marsalisa.

Program:

1. Maurice Ravel – kwartet smyczkowy F-dur
- część II: Assez vif – très rythmé 

2. Jacques Ibert – Concertino da Camera na saksofon altowy (i tutaj wkracza do akcji po raz pierwszy Branford Marsalis):
- Allegro con moto
- Larghetto - Animato molto

3. Ernesto Lecuona – suita Andalucía:
- Córdoba
- Andalucía
- Alhambra
- Gitanerías
- Guadalquivir
- Malagueña



Po przerwie:

4. Antonio García – Homecoming: A New Orleans Journey:
- Road Home
- The Reckoning
- The Latin Quarter
- Guardians

Owszem, Marsalis pochodzi z Nowego Orleanu, ale w tym utworze nie gra.

5. Claude Debussy – Rapsodia na orkiestrę i saksofon
No, skoro na saksofon, to pojawia się w składzie Marsalis. Z tym że „pojawia się” jest mocno na wyrost, bo skrył się w tylnych rzędach, nie wychodząc przed orkiestrę ani wizualnie, ani muzycznie.

6. George Gershwin – Amerykanin w Paryżu
Kwintesencja amerykańskiej muzyki pierwszych dekad XX wieku. Gershwin, Marsalis, Nowy Jork, Carnegie Hall… Czego trzeba więcej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz