Chciałem tylko, żeby gdzieś przekroczyć granicę, wszystko jedno którą, bo ważny dla mnie był nie cel, nie kres, nie meta, ale sam niemal mistyczny i transcendentny akt przekroczenia granicy.
(Ryszard KAPUŚCIŃSKI, „Podróże z Herodotem”)
Gdy polityk zamierza podwyższyć podatki, to najpierw przez pół roku zapewnia, że tego nie zrobi. Gdy zespół Stare Drobne Małże chce pokazać oblicze zbuntowanego nastolatka, to ogłasza koncert pod hasłem „Jesteśmy już dorośli” :) W osiemnaste urodziny zespołu powątpiewało zresztą kilkoro zaproszonych gości, bo niektórzy gratulowali jubileuszu 20-lecia.
Zaczęli od repertuaru, który usprawiedliwia ich nazwę, czyli Stachura w wersji Myszkowskiego („Pieśń na wyjście”, „Jak”, „Z nim będziesz szczęśliwsza”) i Ziemianin („Czemu nagle smutniejesz”). Dołożyli do tego Lubomskiego („Spacerologia”) i Sikorowskiego („Bardzo smutna piosenka w stylu retro”).
Ten ostatni utwór bardzo a propos, bo rozpadało się już na samym początku koncertu. Kiedy to ja ostatnio zmokłem na koncercie? Chyba na Doorsach w Dolinie Charlotty cztery lata temu. Zeszłorocznego moczenia przed występem Roberta Planta nie liczę, bo gdy Pan z Orgazmem w Głosie wyszedł na scenę wszystko już było suche, oprócz oczu fanek oczywiście. Hej, oczu, mówię!
Przestało padać w okolicy „Come Together” wiadomego zespołu w fajnym wykonaniu Sary Szymczak, chociaż mogłoby właściwie jeszcze lać podczas smutnej jak noc listopadowa „Modlitwy” Dżemu, którą zaśpiewał Tomasz Opęchowski.
Nie jest może specjalnie optymistyczna pieśń „Kiedy byłem małym chłopcem”, ale gdy śpiewa ją raczej niemały Włodek Kuper, robi się jakoś lżej na duszy.
Gdzieś w tym momencie zrobiło się amoroso, bo na scenie pojawił się Bartek Czarnecki z „She's Like the Wind” i z duchowym wsparciem Patricka Swayzego uwiódł damskie serca. Jakakolwiek rejestracja przeminęła mi z wiatrem...
Potem przez chwilę było beztrosko, gdy Alicja Golubiewska zabrała nas w krainę dzieciństwa z „Meluzyną”.
Mniej beztrosko jest w piosence „Powrót” (ale czy pesymistycznie, bo przecież Jacek Kaczmarski dawał w tym utworze wyjście z sytuacji...), którą wykonała Marta Andrzejczyk. Na pewno śpiewała kiedyś tę piosenkę w harcerstwie. Kto nie śpiewał...
Co dalej? Dalej dwa kłiny w interpretacji Czarka Biedulskiego. Najpierw „I Want to Break Free”.
Z Londynu przenosimy się do Olsztyna (choć pół Olsztyna przecież w Londynie). „Zdradę” zespołu Niskopędzi przypomniał Jarosław Typa.
Benefisy Starych Drobnych Małży bez występu Sikora byłyby jak Pat bez Pataszona.
Piotr Sikorski dobrał sobie wyśmienity chór...
...zapytał dawnego kolegę z Zarazy czy z nim zatańczy...
...i brawurowo wykonał „Let’s Dance” Davida Bowiego! Nie chcę powiedzieć, że to najlepszy moment wieczoru, bo inni Sikorowi też spod ogona nie wypadli, ale pozwolę sobie na mały coming out – tak, kocham Sikora od 1993 roku, gdy pierwszy raz dopadła mnie Zaraza...
Były dwa kłiny, były i dwa polisy. Rafał Gajewski w niczym nie ustępuje Stingowi, a pod pewnymi względami nawet go przewyższa.
No i na finał pieśń nostalgiczna „Ale to już było” Andrzeja Sikorowskiego. Wykonanie en masse...
Najbardziej optymistyczna wiadomość z koncertu – do gitarowej formy po kilkunastomiesięcznej przerwie wrócił Mariusz Kwas.
A całość poprowadził, jak zawsze, George Clooney. Nawet podobny :)
I żeby nikogo nie pominąć, wszyscy uczestnicy koncertu w kolejności alfabetycznej: Marta Andrzejczyk, Piotr Bardoński, Czarek Biedulski, Bartek Czarnecki, Rafał Gajewski, Alicja Golubiewska, Jarek Kordaczuk, Piotr Kulawczuk, Włodek Kuper, Mariusz Kwas, Marek Matyjewicz, Tomasz Opęchowski, Paweł Pająk, Basia Raduszkiewicz, Kamil Runiewicz, Piotr Sikorski, Adam Stelmach, Piotr Szymański, Sara Szymczak, Waldemar Ślefarski, Jarosław Typa, Jarosław Zdankiewicz.
Zapowiedź wrocławskiego koncertu Davida Gilmoura pojawiła się mniej więcej rok temu. To i dobrze, i źle. Dobrze, bo planowanie to podstawa. Źle, bo kto wytrzyma tyle czekania... Choćby pół roku na sprzedaż biletów.
W końcu w styczniu dość szczęśliwie udało się te bilety kupić, 15 minut po rozpoczęciu ich sprzedaży. Po kolejnych 15 minutach już ich w zasadzie nie było. Pochwalę sam siebie i przypomnę, że gdyby nie moje przytomne SMS-y do naszej floydowskiej kompanii, to połowa z nas albo oglądałaby koncert z ostatniego sektora, albo wyprzedawałaby rodowe srebra, bo ceny wejściówek na rynku wtórnym poszybowały wyżej niż albatros nad głową... A na rynku pierwotnym były zaskakująco tanie, ale to z pewnością skutek tego, że to była impreza publiczna, na którą złożyło się wiele instytucji.
Wrocław nie Warszawa, nie dojedziesz z Olsztyna w jeden dzień i nie wrócisz, jak było z koncertem McCartneya. Przybyliśmy więc do grodu Warcisława już w piątek, najpierw załatwiając rodzinne porachunki (czyli spożywając kolację z bratanicą i jej facetem), a potem robiąc wizję lokalną w klubie Liverpool, gdzie następnego dnia miało się odbyć pokoncertowe afterparty. W klubie było ciemno i ledwo rozpoznałem uwijającego się przy swojej perkusji Michała.
Różne opinie o klubie słyszałem, ale mnie spodobał się od razu. Jak się nie mógł spodobać lokal, na ścianie którego zobaczyłem grafiki autorstwa Aleksandra Mrożka, legendy polskiego rocka – wymieńmy przede wszystkim awangardowy zespół Nurt oraz Porter Band, z którym nagrał „Helicopters” i „Mobilization” (co za przypadek, że właśnie tę ostatnią płytę wrzuciłem sobie w odtwarzacz w drodze do Wrocławia). Czyż ten pan na obrazku to nie Jarosław Szlagowski?
W czasie, gdy Michał montował swój zestaw perkusyjny, za pobliskim płotem David Gilmour ćwiczył już przed sobotnim koncertem, o czym grzecznie informowała taka oto wywieszka.
Podsłuchiwanie próby to jeden z celów wizyty na moście Sądowym (nic ta googlowska nazwa wrocławianom chyba nie mówi – jak się okazało, taksówkarze znają raczej kładkę Sądową). Drugim powodem wizyty pod zamkniętą bramką była wizja lokalna, chcieliśmy obejrzeć miejsce jutrzejszego wdzierania się na koncert (bramka dla posiadaczy biletów Golden Circle Early Entrance, czyli najlepszych).
Obejrzeliśmy i poszliśmy spać, bo trzeba było oszczędzać siły przed wielogodzinnym koncertem (o afterparty nie wspominając). Rano śniadanie w Mleczarni przy ul. Włodkowica (miejsce godne polecenia).
I kolejna wizyta w Liverpoolu, tym razem na porannej próbie Spare Bricks.
Po drodze rzut okiem na kładkę Sądową, gdzie już od godziny 10.00 zaczęli się gromadzić najzagorzalsi fani (a może najbardziej odporni na upał, bo tego dnia we Wrocławiu było 35 stopni w cieniu).
Po całym dniu szukania chłodu i cienia, stawiliśmy się pod bramką, rzuty karne w meczu Polska-Szwajcaria przeżywając już w taksówce. Wszyscy członkowie naszej około dziesięcioosobowej ekipy odgrażali się, że czatować będą pod bramką od południa, ale to ja z żoną zjawiłem się pierwszy i przytulaliśmy do kolejki spóźnionych przybyszów – najpierw bas, potem klawisze, potem gitara, na końcu wokal. Perkusista, jak zawsze, wchodzi ostatni... I tylko Darka zabrakło do kompletu.
Nie wiem, czy na wrocławskim koncercie Gilmoura wśród innych licznych nacji zjawili się jacyś Szwajcarzy, ale jeśli byli, nie mieli z pewnością tak radosnych min jak my! Oczywiście w pierwszej kolejności cieszymy się z powodu koncertu, awans do ćwierćfinału mistrzostw Europy to zaledwie słodki dodatek do możliwości posłuchania na żywo gitarzysty Pink Flodydów.
Wejście odbyło się w miarę sprawnie. Już po kilkudziesięciu minutach byliśmy w środku i zajęliśmy miejsca pod barierkami, ale tymi końcowymi w naszym ekskluzywnym sektorze na jakieś 2 tysiące osób. Zapewniliśmy sobie nie tylko dobry widok, ale i dobry dźwięk.
Ochrona nie stanęła na wysokości zadania, nikt nie sprawdził zawartości naszych toreb... Ja wiem, co wniosłem w torbie (dozwolony regulaminem amatorski aparat), ale co mogli wnieść inni? Tych paranoicznych refleksji już nie miałem, gdy zobaczyłem kultowy okrągły ekran.
Gdy ja gapiłem się na ekran, żona zajęła się swoją ulubioną czynnością koncertową, czyli fotografowaniem koszulek.
Zresztą nie tylko koszulek...
Szwajcarów zapewne na koncercie nie było, ale przybyszów ze wschodu sporo. Jeden z nich (nie ten) wpadł potem na afterparty, ale nie uprzedzajmy wypadków.
Jacek wypatrzył na dachu pobliskiego hotelu Monopol bohatera dzisiejszego wieczoru. Od lewej Zbigniew Preisner, Rafał Dutkiewicz i David Gilmour. Siedzi Polly Samson, żona Davida.
Przytargany na koncert przedpotopowy aparat Sony DSC-H9 z piętnastokrotnym optycznym zoomem do czegoś się przydał:
Najwyższa pora, żeby zaczął się koncert. To nie Madonna, nie będzie trzygodzinnego spóźnienia. Zanim na scenie punktualnie (transmisja!) o godz. 21.45 pojawił się Gilmour, kilkadziesiąt minut wcześniej usłyszeliśmy Leszka Możdżera, który zagrał m.in. swój utwór „Polska” oraz „Etiudę nr 2” Witolda Lutosławskiego. Proszę, dziękuję, przepraszam.
A koncert? Dwie ponadgodzinne części plus kwadrans przerwy plus dwa utwory na bis równa się trzy godziny obcowania z Muzyką przez największe z możliwych M.
Koncert skończył się przed godziną pierwszą. Po kilkudziesięciu minutach byliśmy w klubie Liverpool, gdzie Spare Bricks zorganizował dogrywkę dla nienasyconych floydowskich dźwięków.
To chyba ja pierwszy wpadłem na ten oczywisty pomysł, żeby po koncercie Gilmoura zorganizować floydowskie jam session. W lepszym miejscu przecież zagrać nie mógł. Właśnie z Dolnego Śląska pochodzi najciekawszy polski zespół grający utwory Pink Floyd. Spare Bricks mogli się poczuć jak gospodarze. Davida wprawdzie nie puściła na tę imprezę żona (późno już było), ale jakoś sobie poradzili bez niego. Wsparcie otrzymali całkiem przyzwoite i to międzynarodowe. Na rozgrzewkę zagrali jednak sami „Dogs”.
Pierwszym odważnym był Piotrek z Częstochowy, który rzucił na kolana publiczność solówką w „Comfortably Numb” (do tego utworu zgłaszali się zresztą chyba wszyscy gitarzyści).
Potem było „Hey You” po polsku z moim autorskim ukłonem, potem Marysia z Częstochowy i Michał z Łodzi dołączyli do Spare Bricks przy „Money”.
Częstochowa i Łódź nie są za granicą, więc pora na wspomniane akcenty międzynarodowe. Najpierw przywitany ciepłymi brawami Jarosław z Ukrainy, który z bardzo dobrym słowiańskim akcentem wykonał „High Hopes”.
W czasie, gdy kolejny gość zespołu, a był nim Szymon, zaczynał około 3.15 „Another Brick in the Wall part II”, ja już byłem w drodze do hotelu, mając przed sobą perspektywę siedmiogodzinnego prowadzenia samochodu. Z kronikarskiego obowiązku dodam jeszcze, że zespół wykonał na koniec „Echoes” oraz „Shine On You Crazy Diamond Parts I-V” i o godzinie czwartej zaczął pakować graty, co zajęło im czas do szóstej rano. Ciężkie jest życie rockandrollowca, jeśli się nie jest Gilmourem.
Po konsultacji z zespołem zamieszczam taki oto sympatyczny skrót filmowy z afterparty:
A przezorne wczesne opuszczenie imprezy okazało się bardzo przydatne, gdy w drodze powrotnej 150 kilometrów przed domem dopadła nas największa od czasów Noego ulewa na półkuli północnej. Było tak mokro, że aż włączała się lampka kontrolna akumulatora a facet na stacji benzynowej wylewał wodę ze środka samochodu. Czuć w tym było WATERsa...
Poplątana historia z tym „What Shall We Do Now”. Utwór był przygotowywany na „The Wall” (pod innym zresztą tytułem), ale nie wszedł ostatecznie na płytę, bo nie mieścił się. W tym miejscu znalazło się dużo krótsze „Empty Spaces”. Ale na pierwszym wydaniu albumu był umieszczony tytuł pierwotnego utworu, a nawet jego tekst.
Zatem dwa tłumaczenia w ramach przygotowań do Floydowskiej Strony Ostródy.
„Empty Spaces”
Więc czy i co by dać w te puste miejsca,
Gdzie fal czuć głodny ryk?
Czy mamy brnąć przez twarzy tych ocean
By szukać braw, wciąż braw i wciąż?
„What Shall We Do Now”
Czy gitarę nową brać?
Czy na lepszy samochód nas stać?
Czy do rana pracować mam?
Czy na walkę już czas?
Świecić światła?
Bomby słać?
Na Wschód jechać by?
Złapać jakiś syf?
Schować kość?
Rzucić dom?
Słać kwiaty do żon?
Napić się?
Zbadać łeb?
Rzucić schab?
Rzadko spać?
Mieć ludzi za nic?
Jak psy?
Szczury gnać?
Forsę pchać aż po dach?
Skarby schować?
Leniuchować?
Lecz relaksu nie zaznasz już
Gdy za plecami mur Olsztyn, 18.05, 19.06.2016