poniedziałek, 13 października 1997

Wyprawa do Indii i Nepalu - zapiski z podróży

Moje tworzone na gorąco zapiski z wyprawy do Indii i Nepalu [komentarze późniejsze na czerwono].
Czas: od 6 września do 13 października 1997 roku.
Kurs dolara w 1997 roku: 34 rupie indyjskie lub 55 rupii nepalskich.
Uczestnicy: Beata („Beta”), Ewa, Jarek („Ryba”), Krysia („Mała Mi”), Robert („Robas”) i Wojtek („Śmiechu”).


6 września 1997 roku, sobota
Poprzedniego dnia wiadomość o śmierci Matki Teresy w Kalkucie [samolot, którym lecieliśmy z Bukaresztu do Delhi, ruszył potem dalej do Kalkuty, a na pokładzie zostało wiele sióstr zakonnych]. W dniu wylotu rano pogrzeb księżnej Diany. Zadziwiające koincydencje. Wrócimy?
Podróż do Warszawy trochę długa, bo w dwa samochody. Fiat ma problemy z chłodzeniem. Zajeżdżamy do Łomianek na pizzę. Robi się nerwowa atmosfera, bo jest późno.
W Warszawie straszliwa ulewa. Na Okęciu czeka Poziomka. Żegnają nas w sumie trzy osoby (nie licząc mamy i brata Małej Mi).
Odprawa – trochę kolejek, ale bez problemów. Mam tylko problem z saszetką, którą przytroczyłem przez szlufki. Trochę się miotam.
Samolot startuje zaskakująco szybko [to mój pierwszy lot]. Jesteśmy w górze. Wewnętrznie trochę panikuję, ale na zewnątrz – spokój i kamienna twarz. Źle działa ciśnienie. Szumi w uszach. Siedzę z Betą obok młodej Rumunki. Trochę z nią gadam. Jest wegetarianką, więc dostaje inne sałatki. Ale szokuje nas wkładając do kawy całą margarynę [bo przecież nie masło].
Widoki słabe, bo zasłania skrzydło i w ogóle mało widać. Chmury, chmury, chmury. Kilka razy błysnęła jakaś rzeka, pola.
Lądujemy dość prędko i niespodziewanie. Lotnisko w Bukareszcie to taki trochę lepszy dworzec. Bardzo nudno, same duty free shopy z alkoholem, papierosami i elektroniką [jeszcze się zdziwię w przyszłości, jak nudne potrafią być wszystkie lotniska]. Na szczęście czekamy tylko dwie godziny.


Wreszcie jest odlot do Delhi [lecieliśmy rumuńskimi liniami Tarom]. Czujemy się już egzotycznie, bo na około sami Hindusi. Jest też jakaś wycieczka z Polski i nawet grupa z Olsztyna (pani z Mody-Optyk, która sprzedawała mi okulary przeciwsłoneczne na podróż do... Indii). W airbusie spędzimy sześć godzin. Będzie ciężko.
I jest ciężko. Na kolację dają risotto po indyjsku – już przedsmak curry, tego, co pewnie wkrótce nam obrzydnie. Na szczęście jest muzyczka – kilka kanałów. Swoje słuchawki połamałem po dwóch godzinach, więc sięgam po Bety.

7 września 1997 roku, niedziela
Trochę zamieszania przy lądowaniu – deklaracje celne są trudne do wypełnienia. Beta moją psuje, ale staram się nie denerwować.
Przechodzimy gładko przez kontrolę, o dziwo – są bagaże, wychodzimy z lotniska. Koniec luksusu. Po cudach klimatyzacji – prawdziwy tropik boli, ale nadrabiamy miną. Zmieniamy w kantorze po 10 dolarów i wychodzimy przed dworzec.


Nagonka średnia. Puszczamy mimo uszu ofertę przewiezienia nas do hotelu Namaskar za 400 rupii i idziemy do czegoś, co wygląda na przedsiębiorstwo taksówkowe (Pre Paid Taxi). Targujemy (?) 175 rupii za wszystkich i wsiadamy do pojazdu przypominającego warszawę [ewidentnie ambassador] – ja i Śmiechu z przodu, reszta z tyłu. Bagaże w bagażniku, jeden na dachu.
Pierwsze wrażenia – wszystko jest tu zniszczone, stare, wykrzywione, brudne i zużyte (ale działa). Pytanie brzmi – kiedy to było nowe?
Tłok na ulicach spory, ale chyba mniejszy dzięki niedzieli rano (czy to ma znaczenie?). Jedziemy ponad 30 minut. Nagle z jakichś szerokich alei wjeżdżamy w dziką uliczkę, pełną odoru i brudu. Ludzie patrzą na nas coraz ciekawiej, jeden nawet usiłuje nam coś sprzedać, mimo że jedziemy dość szybko, a on siedzi na ziemi [potem zrozumiem, że to taki odruch, zresztą we wszystkich krajach, w których ludzie żyją z turystów]. Kierowca mówi, że to tu. Chcemy mu dać 10 rupii napiwku, ale odmawia, domaga się 30 rupii. Dostaje.
Przechodzimy przez odór moczu (jeszcze podlejsza ulica) i na tym tle oaza – hotel Namaskar. W Polsce handlarze ze wschodu by się w takim nie zatrzymali, ale nam musi wystarczyć. 500 rupii za dobę za pokój czteroosobowy. Są cztery łóżka zestawione po dwa, więc będziemy spać po trzy osoby. Pokój ma dwa wiatraki u sufitu i jeden ogromny wentylator w ścianie, jest więc spory wiatr.


Kąpiemy się szybko [prysznic jest w tym samym pomieszczeniu, co kibel w stylu narciarskim] i idziemy „na miasto”. Szok! Dziki tłum i ruch, co chwila ktoś nas do czegoś namawia, zachęca, sprzedaje. Stajemy zdezorientowani. Na chodnikach łachmaniarze, żebracy, jacyś rzemieślnicy.


Udaje się nam znaleźć restaurację Panihar. Wygląda znośnie. Mamy kłopoty z zamówieniem. Ale większość bierze „chicken”, bo chociaż wiadomo, o co chodzi. Czekamy okropnie długo.
To wszystko jest straszliwie pikantne – curry, pieprz [a może jednak papryka?]. Dużo pijemy. Jest też jakiś chłodnik na jogurcie – z obawą łykam kilka łyżek. Żyjemy. 503 rupie za pięć porcji (Ewa nie je). Po ponad godzinie wychodzimy. Przechadzka po mieście. Dochodzimy do Connaught Place, ale zamknięte wszystkie lepsze sklepy. Bazary – otwarte cały czas.
Wracamy na naszą rynsztokową ulicę, w barze pepsi – osiem butelek po 12 rupii = 95 rupii (!).
W hotelu po kolejnej kąpieli [kiedyś nam przejdzie ta przesadna higiena] – śpimy. Jest 16.00. Ciekawe, kiedy zajdzie słońce? Robię pierwszą przepierkę.
Śpimy ok. dwie godziny. Wstajemy, jedziemy dwoma rikszami motorowymi (2 x 40 rupii) do Red Fort. Jest już ciemno, ale ruch nadal duży. Ruch nie wiadomo dokąd i po co. Zajeżdżamy przed Red Fort. Naprzeciwko coś, co wydaje się nam wesołym miasteczkiem [podróżnicy, nie ma co]. Najpierw do Red Fort – o 20.30 godzinne widowisko światło i dźwięk (6 x 20 rupii). Opowieść o historii Indii ostatnich 350 lat. Obłażą nas jakieś mrówki.
Wesołe miasteczko okazuje się świątynią dżinińską. Orgia świateł. Trzeba wejść na boso, ja nie zauważam nakazu, zostaję zrugany. Buty wkładamy do plecaków, spędzamy tam kilka minut. To tzw. Jain Birds Hospital [Shri Digambar Jain Lal Mandir].


Z powrotem łapiemy rikszę sześcioosobową (50 rupii). Wracamy. Jest 23.00, a ruch na ulicy nadal ogromny. Na skrzyżowaniu zaczepiają nas żebracy. Na skwerach śpią już ludzie. W drodze kupujemy chleb (coś w rodzaju naszego pieczywa tostowego, z tym, że słodki) i wodę [obowiązkowo z napisem „free bacteria”, co szybko tłumaczymy jako „niech żyje wolna bakteria”]. Jest północ. Szykujemy plany na jutro, kładziemy się spać.


8 września 1997 roku, poniedziałek
Wstajemy ok. 9.00. Po kąpielach idziemy na śniadanie do restauracji (nie za duże słowo?) Diamond na Main Bazaar, tuż obok naszej uliczki. Kilka stolików, jakaś para zblazowanych Anglików (ona je porridge z zsiadłym mlekiem!). Zamawiam frytki i smażone jajka. Smak ohydny, jakiś śmietanowo-maślany. Tłuste.


Potem jedziemy rikszami do India Gate. Tam pierwszy kontakt z zaklinaczem węży. Udaje się nie zapłacić, choć krzyczy „This is my bussines!”.


Po India Gate jedziemy za dnia do Red Fort. Idziemy do czegoś, co miało być muzeum archeologicznym, a okazało się jakąś wystawą ku czci bojowników o niepodległość.
Zaczyna padać. Brniemy w błocie. Zwiedzamy Red Fort. Siadamy pod jednym z pałaców fortu. Deszcz pada, Hindusi się nam przyglądają. Jesteśmy dla nich większą atrakcją niż wszystkie zabytki Delhi.


Znów riksza, tym razem duża. Wsiada z nami jej naganiacz, koleguje się z nami. Jedziemy do restauracji Mort Mahal, podobno najlepszej w Delhi [jeszcze dajemy się nabrać, nie możemy się przyzwyczaić, że to zwykły marketing naganiaczy w rikszach]. Tam różne jedzonka, drogie, ale raczej dobre, z tym, że bardzo ostre. Kawę piję z toną cukru. Po posiłku przystawka – mieszanina malutkich groszków i anyżu, podobno zapobiega zgadze po tych bardzo ostrych posiłkach.
Nasz naganiacz czeka. Prowadzi nas do świątyni Śiwy. Zdejmujemy buty, pilnuje naganiacz. Na podłodze syf. W środku ładnie, ludzie dekorują kwiatami Śiwę i jego żonę. Obok krisznowcy zapraszają nas, obwieszają kwiatami, stawiają kropkę na czole, dają jakiś cukierek. Wychodzimy, naganiacz czeka. Daję mu aparat, robi nam zdjęcie (jesteśmy obwieszeni kwiatami). [czy to ma znamiona apostazy?]


W końcu naganiacz dopina swego, wprowadza nas do sklepu swojego szefa, ale nic nie kupujemy. Mimo to odprowadza nas do rikszy. Wracamy na Main Bazaar. Znów zakupy (chleb, woda) w tym samym straganie co wczoraj. Kolacja. 23.30 spać.

9 września 1997 roku, wtorek
Noc była ciężka, kilogram curry wydostaje się z żołądka, zaczynam się dusić, wszyscy budzą się spanikowani.
Rano jedziemy do ambasady Nepalu. Wnioski o wizę po 555 rupii. Jutro odbierzemy.


Potem National Museum – dużo eksponatów, ale jesteśmy zbyt zmęczeni by się nimi cieszyć. Jesteśmy niewyspani, różnica czasu (5 godzin) daje się we znaki.


Po muzeum idziemy pod pałac prezydenta. Zamknięty, otwierają tylko raz w roku.


Potem chcemy jechać do hotelu Broadway (ma tam być fajna restauracja) [przynajmniej według Lonely Planet]. Rikszarz nie wie, gdzie to jest, ale udaje, że trafi. W efekcie lądujemy na Connaught Place. Jakiś naganiacz zaciąga nas do zupełnie innej restauracji. Znowu rura pali. Spędzamy tam 1,5 godziny.


Idziemy do biura rezerwacji biletów kolejowych. Biurokracja i kolejki – 1,5 godziny. Wracamy na Main Bazaar, trochę oglądamy, oswoiliśmy się już z Indiami. Ja kupuję spodnie w słonie (70 rupii). Potem z Małą Mi i Betą zapuszczamy się dalej i znajdujemy fantastyczną knajpę – German Bakery przy hotelu Ajay (nie ma go w żadnym przewodniku, choć jest naprawdę świetny – prawie europejski i tani). [Już trzeciego dnia zatęskniliśmy za kawałkiem chleba z serem.] Poznajemy tam Anglika kończącego pobyt w Indiach, pokazuje nam zdjęcia z Goa.


Wieczorem wypisujemy kupione wcześniej pocztówki.

10 września 1997 roku, środa
Rano śniadanie w German Bakery. Śmiechu, Mała Mi i ja jedziemy odebrać paszporty z wizami z ambasady nepalskiej. Rikszarz, który nas tam wiezie, jest niesamowity – my dajemy mu 30 rupii, on chce 25, my chcemy jechać dalej, on nie chce. Dziwne.
W tym czasie Beta, Ryba i Ewa wysyłają kartki. Spotykamy się przy Jain Birds Hospital.
Idziemy do świątyni sikhijskiej. Oprowadza nas młody, sympatyczny Sikh [w związku z tym, że w Delhi mignęło mi grafitti „Sikh = nation”, uszanuję ten postulat i będę pisał dużą literą. Chociaż gdybym przeszedł na sikhizm, byłbym sikhem, a nie Sikhem. Dokładnie jak Żyd i żyd. Jak muzułmanie w Bośni i Hercegowinie, którzy stworzyli nowy naród Muzułmanów, czyli Boszniaków]. Odwiedzamy ich kuchnię publiczną, przewracamy trochę placków piekących się na palenisku. Oczywiście na boso, ale co ciekawe – za darmo. Sikh nic nie chce za oprowadzenie nas po świątyni. W świątyni święta księga Sikhów, śpiewane modlitwy, a za przepierzeniem oddzielającym główną cześć świątyni – kilkunastu mężczyzn liczy górę pieniędzy. To dary dla świątyni, za które potem funkcjonuje m.in. darmowa publiczna kuchnia. My też możemy w niej zjeść, ale się nie odważamy. Nie każdy musi być Tonym Halikiem [za kilka dni, po przejechaniu się pociągiem, będziemy jedli wszystko i wszędzie].


Potem chodzimy trochę po sklepach na ulicy prowadzącej do Red Fort. Głównie odzież.
Pobliski duży meczet jest chyba największą świątynią muzułmańską w Delhi [to Dżami Masdżid – Meczet Piątkowy]. Oczywiście na boso, trzeba zapłacić za kamery i aparaty. Za wejście na wieżę (minaret) też trzeba oczywiście zapłacić. Przyplątał się jakiś przewodnik – też chce pieniędzy. Wejście na minaret długie i wąskie. Zachwyceni Hundusi ocierają się o dziewczyny. Widoki z minaretu ładne.
Po zejściu odpoczywamy w cieniu. Obok siedzą jakieś rodziny muzułmańskie. Dzieci, jak wszędzie, ciekawskie. Kilkuletnia dziewczynka pozuje nam do zdjęć [to zdjęcie wisi u mnie w domu od kilkunastu lat].


Przy wyjściu z meczetu jest toaleta. Beta ma tam jakieś problemy – chcą oczywiście dużo pieniędzy, zamykają bramę, nie chcą jej wypuścić.
Szukamy dużej rikszy. Przeboje z targowaniem, bo chcemy jechać daleko – do Bahai Temple. W końcu łapiemy kogoś, kto zabiera nas za 100 rupii. Rzeczywiście jest daleko – jedziemy ok. 40 minut.
W Bahai Temple oczywiście na boso, ale nie trzeba, a nawet nie wolno płacić. Jest ładnie i czysto. Szalona różnica już za bramą. Jakby nie Delhi, jakby nie Indie (!). Bahai Temple to słynna świątynia w kształcie lotosu. Jest ich kilka na świecie, choćby w Sydney. Kupuję kasetę z muzyką bahaicką.


Powrót. Ten sam rikszarz chce 150 rupii. Honor nie pozwala dać się tak traktować. Inni rikszarze zaczynają się powoli z nim zgadywać, więc za chwilę nie będzie szans. Decydujemy się na bluff, czyli tzw. wietrzenie cen – idziemy w siną dal, udając zamiar pójścia na piechotę choćby do centrum (15 km!). Po 300 metrach nachodzi nas zwątpienie, już myślimy, że przegraliśmy, gdy jest – nadjeżdża. Kompromis – 120 rupii.
Po drodze (już w wynegocjowanej cenie) zajeżdżamy do Old Fort. Wygląda nawet fajniej niż Red Fort, bo starszy (Red Fort – XVI wiek, Old Fort – jakieś 300 lat starszy).


Wracamy na Main Bazaar. Jest wieczór. Idziemy na kolację do hotelu Ajay. Byłoby nieźle, bo jedzenie dobre, gdyby nie kilka problemów. Dziewczyny nie dostają swego jedzenia. Kelner udaje debila, trudno się z nim dogadać, choć zna angielski.
Restauracja jest na dachu, kelner wychyla się przez balustradę i coś woła do magazynu (?). Po chwili na górę wpada coś małego i twardego. „What is this?” – pytam autentycznie zdumiony. „Chicken!” – odpowiada spokojnie kelner. „Nie boisz się nisko latających kurczaków?” – pytam. „Masz z tym jakiś problem?” – odpowiada opryskliwie kelner i odchodzi, a my skręcamy się ze śmiechu.
Po kolacji faceci grają w bilard, dziewczyny piją jakieś napoje. Nawet przy grze w bilard można się spocić, gdy jest taki upał i parówa, jak w Delhi, choćby były i wentylatory.

11 września 1997 roku, czwartek
Rano wybieramy się do Raj Ghat – miejsca kremacji m.in. Gandhiego. Zabiera nas dziwny rikszarz. Od razu łyka naszą cenę. Za chwilę okazuje się dlaczego – chce nas wozić po sklepach. W końcu dziękujemy mu i bierzemy inną rikszę.
Z Raj Ghat trudno nam wyjechać, jest rynek sprzedawcy, a nie kupującego. Odchodzimy na piechotę, docieramy do pobliskiego muzeum Gandhiego.
Potem znów jedziemy do India Gate, stamtąd rikszami do grobowca Humajuna (Humayun Thumb).


Potem ogrody Lodhi. Potem zamierzaliśmy jechać do KFC, ale rikszarz zawiózł nas do „Chicken”. Drogo i ostro (i bardzo zimno).
Potem jeszcze zakupy, a raczej szukanie jedzenia, co skończyło się totalnym niepowodzeniem. Przez kilka kilometrów nie znaleźliśmy nic takiego do jedzenia, co można by wziąć w podróż i co by nam przeszło przez usta. [Szliśmy dwie godziny przez stragany pełne kopców curry. Po co nam curry w pociągu???]
Wcześniej wizyta na Old Delhi Railway Stadion [kupujemy bilety do Raxaul na granicy nepalskiej]. Odjeżdżamy stamtąd trzema rikszami rowerowymi. Z autorikszarzami nie da się dogadać [czyżby na wszystkich dworcach świata działały mafie taksówkarskie?], choć zabawa w targowanie przednia. Jeden zgadza się jechać za 30 rupii, ale inni mówią o nim zgodnie „crazy”. I rzeczywiście – dziwnie mu z oczu patrzy, więc rezygnujemy.


Wieczorem niektórzy z nas uznają za stosowne zadzwonić do Polski. [Niektórzy z nas mieli już komórki, ale w Indiach i tak by nie działały, więc bezpiecznie czekały w Polsce.]

12 września 1997 roku, piątek
Od rana przygotowania do wyjazdu. Pakujemy się, myjemy, wychodzimy, kupujemy chleb (10 sztuk) i wodę (24 butelki). Jeszcze dwie godziny w pobliskim hotelu Ayaja [pożegnanie z europejskim pieczywem]. Łapiemy trzy riksze (po 40 rupii) i na dworzec.
Na dworcu czekamy dwie godziny, wywieszają listę, wsiadamy do wagonów. Jest godz. 15.00.
Wagony jak sprzed wojny, zamiast okien kraty. Robi się tłok. Hindusi chcą się dosiadać na nasze miejsca, ale ich gonimy. Ryba siedzi z boku, ciągle ktoś do niego się dosiada, więc się wkurza. W pewnym momencie krzyczę na nich, by nie siadali. Śmieją się na szczęście. Agresji nie czuć, choć trudno do końca zrozumieć ich emocje i reakcje.


Ryba ma wielu kolegów. Jeden twierdzi, że jest konduktorem i wyjaśnia, że rezerwacja na miejsca siedzące jest od godz. 21 do 9 rano. Są też sprzeczne informacje na temat przyjazdu do Raxaul. Podobno o godz. 13.00, potem, że o 11.00, a potem, że właściwie powinien być o 9.00 rano, ale mamy trochę spóźnienia.
Kolacja – staramy się zachować kulturę. Ściereczki, chusteczki odświeżające. Mokre ściereczki robią furorę w wagonie, dajemy kilka żołnierzom siedzącym obok. Dziwią się, puszczają w obieg.

13 września 1997 roku, sobota
Dzień koszmarny. Śpimy w pociągu. W nocy jedzie szybko, sprawnie, ale potem rano z ekspresu robi się typową „strzałą północy”. Na każdej stacji stoi po pół godziny.
Od kilkunastu godzin nie widzimy białego człowieka. W pociągu jesteśmy coraz większą atrakcją i sensacją. Zaczynamy się powoli czuć nieswojo. Najbardziej przerażona robi się Mała Mi.
Na około bieda. Żebracy, ludzie dosłownie bez niczego, śpiący na peronach. W pociągu przy drzwiach jedzie żebrak. Nogi i ręce pokręcone. Przez chwilę zastanawiam się czy właśnie nie w wyniku kilkunastu lat ciągłego żebrania na siedząco. Może to jednak jakaś choroba.
Na stacjach wpadają do wagonów sprzedawcy przekąsek – herbata w glinianych jednorazówkach, groszek w tutce z gazety, jakieś dziwne mieszanki. Wszystko w brudnych wiadrach.
Od 24 godzin jemy tylko chleb i dżem. Koszmar. Nadchodzą chwile zwątpienia, w końcu kupujemy orzeszki-fistaszki. Desperacja.


Full service – do pociągu wpadają młodzi chłopcy i sprzątają podłogę (pasażerowie strasznie brudzą). Wydaje się to raczej inicjatywa prywatna, ale kto wie. Dajemy po kilka rupii.
Ostatnie chwile w pociągu to wręcz ból (pośladki!). Po 29 godzinach i 45 minutach wjeżdżamy do Raxaul. Poznany w pociągu człowiek, młody i kulturalny, bywały chyba na uniwersytetach, obiecuje pomoc w znalezieniu noclegu.


Jego ojciec jest właścicielem stajni riksz. W dworcowym hotelu nie ma miejsc. Objeżdżamy kilka hoteli – nie ma miejsc. Jest ciemno, straszno. Raxaul to dziura zabita deskami na granicy indyjsko-nepalskiej. Mała Mi zaraz zacznie płakać. Rikszarze wiozą nas do przejścia granicznego, które o tej porze jest zamknięte, ale budzą jego szefa. Nawet miły facet. Nie udaje mu się załatwić nam noclegu, więc wstawia nam stemple do paszportów i wysyła za granicę [nielegalnie, ale widać, że to granica przyjaźni i miejscowi przekraczają ją bez problemów na krzywy ryj]. Po nepalskiej stronie pijany oficer (czy jest nim naprawdę?) prowadzi nas do hotelu i każe rano stawić się po nepalskie stemple. Kasuje nas prywatnie na 600 rupii, a gdy protestujemy, grozi, że nas zawróci. Nie protestujemy, w końcu przebywamy tu nielegalnie.
Potem jeszcze przeprawa z rikszarzami (jak znaleźli się po drugiej stronie granicy?). Chcą 900 rupii! Odbiło im. Gdy dajemy 150 rupii, unoszą się honorem i wychodzą. Wracają i znów nas molestują o kasę. Dajemy ostatecznie 210 rupii, bo jest już po północy i boimy się, że będą dymić po nocy.
Hotel to jeden wielki syf. Dostaliśmy dwójkę za 200 rupii. Poduszki i prześcieradła są czarne, prysznic na zewnątrz w grzybie. Na II piętrze pod prysznicem zamknięty jest ogromny pies.

14 września 1997 roku, niedziela
Śpimy krótko – od 1.30 do 5.30. Pędzimy na granicę, autobus o 7.30, a właściwie o 7.15, bo królestwo nepalskie [obecnie to republika] ma wszystko inne – rok (2054) i czas (+ 15 minut w stosunku do Indii). Urzędnik jest miły, szybko nas obsługuje.
Wracamy do autobusu (120 rupii + 25 za bagaż) i ruszamy do Katmandu. Minibus zaczyna od kilku 15-minutowych postojów.


Jest ciasno i niewygodnie. Siada psycha [doświadczenie z tej wyprawy - gdy siada psycha, najlepiej przybrać formę przetrwalnikową - zminimalować swe potrzeby, taka nirwana]. Po drodze kilka postojów, jeden dłuższy na obiad w przydrożnej knajpie w biednej wiosce. Ja nie jem, ale reszta owszem [lokalsi jedzą rękoma, a gdy nasza ekipa prosi o łyżki, nepalska bufetowa rzuca je na stół z wyraźnym wstrętem]. Lecę na coli i chrupkach.
Powoli wjeżdżamy w góry. Widoki ładne. Nagle stajemy – zwaliła się skała na drogę. Dwa buldożery sprawnie naprawiają drogę. Po kwadransie ruszamy dalej.


Powoli wjeżdżamy do Katmandu. Na przystanku wsiada jakiś Nepalczyk i oferuje dobry i tani hotel. Dojazd za darmo. Facet wygląda porządnie, a dodatkowo wpada w oko Małej Mi, więc ryzykujemy.
Po przyjeździe do hotelu Piramid nie wierzymy własnym oczom – luksus i to tylko za 5 dolarów od pary za pokój dwuosobowy. W ładnych, widnych pokojach łazienka z kafelkami, prysznicem i ciepłą wodą, ręczniki, europejski kibel, fontanna, czysto i cicho. Po 50 godzinach syfu nie możemy uwierzyć. Długo się nie zastanawiamy. Szef (chyba nawet właściciel) tłumaczy, że to ceny promocyjne. Nie znamy innych cen, ale wierzymy. Po kąpieli kolacja. Kuchnię też mają dobrą. Frytki i kawałek kurczaka to rozkosz.

15 września 1997 roku, poniedziałek
Trochę stracony dzień. Rikszami jedziemy to Royal Palace. Ok. godz. 14-16 ma być jakiś festiwal. Oglądamy, chodzimy, patrzymy na ceny. Tanio.
Wracamy o godz. 14. Ma być król [za cztery lata zastrzeli go syn]. Mnóstwo policji, jakieś orkiestry, kompanie reprezentacyjne, pochody ludności. Powoli zjeżdżają ambasadorowie. Są tłumy ludności i turystów, prasa, a króla nie ma. [Dzień niby stracony, ale po latach był inspiracją do napisania piosenki].


Monarcha przyjeżdża ok. 16.30 i niezauważony chowa się w pałacu. Nie wychodzi na ganek. O 17.00 zrywamy się, bo siada psycha i jesteśmy wykończeni słońcem. Beta zawiedziona. Wracamy na naszą ulicę.
Po długich targach kupuję skrzypeczki (sita) i kasetę z muzyką nepalską za łącznie 250 rupii. – Jesteś z Izraela? – pyta zmęczony sprzedawca. Łaził za mną prawie godzinę. Zaczynaliśmy od 600 rupii.
Jemy pizzę w czymś, co nazywa się Miki Pizza Hut. Nienajlepsza (słona i tłusta).


Wracamy do hotelu. Snujemy plany. Decydujemy się na rafting, a Śmieszki polecą zobaczyć Everest. Ok. godz. 23 idziemy spać. Mała Mi bajeruje gospodarza.


16 września 1997 roku, wtorek
Dzień zakupów. Kupujemy: dwie kasety (nepalski pop za 90 i 70 rupii), trzy narzuty (za 1050 rupii), pierścionek ze srebra z jakimś kamykiem (400 rupii), cztery balsamy (100 rupii), pięć koszulek (800 rupii).
Na ulicy kilkakrotnie spotykam wczorajszego sprzedawcę skrzypek. Uczy mnie grać, chce oczywiście sprzedać drugie.


Na jutro i pojutrze zapowiadany jest strajk w całym mieście (przeciwko parlamentowi lub rządowi) [w kraju trwała rewolucja maoistowska]. Szlak nieszczęść na naszej drodze (w przeddzień naszego wyjazdu w Kalkucie umiera Matka Teresa, 11 września umiera były premier Nepalu – Matrika Prasad Korala i jeszcze ten strajk), a jeszcze w Bombaju, gdzie będziemy za tydzień, zawalił się dom handlowy. Mam nadzieję, że nie powiedzą o tym w polskiej TV, bo rodziny się załamią. Od granicy nepalskiej chorujemy – ja mam katar, anginę, gorączkę. Biorę antybiotyki.

17 września 1997 roku, środa
Ambitny plan wycieczek, ale nie możemy złapać rikszy. Strajk – większość sklepów zamknięta, choć po zapowiedziach, że stanie wszystko, nie wygląda to tak strasznie. Rikszy nie możemy jednak złapać, większość to rowerowe. Decydujemy się w końcu na trzy rowerowe (po 50 rupii) i jedziemy do Monkey Temple [Swayambhunath]. Szaleńcza jazda po wybojach kończy się przed jakąś świątynią. To podobno małe Monkey Temple, ale cholera wie. Prawdziwa Monkey Temple jest wyżej. Wysoko jak Monte Cassino, ale idziemy. Zaczyna padać deszcz. Cali mokrzy wspinamy się na górę – ponad 300 stopni. Jesteśmy mokrzy i spoceni.


Na górze ładnie, choć widoki na miasto przymglone [całą Dolinę Katmandu spowija pewnie smog]. Dwie małpy, Budda, młynki modlitewne. Chcę zrobić zdjęcie młodemu mnichowi w świątyni, ale się oburza.
Postanawiamy wracać do hotelu, zwłaszcza ja i Beta, która też zachorowała. Po obiedzie leżymy w łóżkach, a wieczorem gramy w karty.

18 września 1997 roku, czwartek
W nocy umarł jakiś charyzmatyczny przywódca, chyba związkowy i opozycyjny, więc od rana na Thamelu obok naszego hotelu Piramid ustawia się gigantyczna kolejka do składania hołdu. Przez cały dzień i noc dreptało w 500-metrowej kolejce stale kilkaset osób. Thamel zamknięty dla pojazdów. Oglądam sytuację z dachu naszego hotelu. Przygląda się też kilka kobiet. Do posesji, gdzie znajduje się zmarły, raczej nie wejdą.


Ciężko złapać rikszę. Taksówką (200 rupii) jedziemy na Patan, gdzie oglądamy kilkanaście świątyń. Wrażenie robi rozwalona chata. Kupuję flet za 100 rupii.


Wieczorem pakujemy się – jutro żegnamy Katmandu. Dokumenty i pieniądze pakujemy w worki foliowe i owijamy taśmą.

19 września 1997 roku, piątek
Od rana nie jest najlepiej. Zamykają Thamel również dla ruchu pieszego, chyba z powodu pogrzebu. Przed godz. 7.00 zabiera nas ktoś na rafting. Idziemy z tobołami kilkanaście minut.
Zamiast obiecanego minibusa, czeka zwykły autokar. A więc jest nas więcej, a liczyliśmy na ekskluzywną imprezę.
Śmiechu zapomniał dokumentów i pieniędzy – trzymał je całą noc pod poduszką i rano nie wziął. Rutyna. Pędzi z Rybą do hotelu, a ja heroicznie nie pozwalam kierowcy odjechać. Wrzeszczę jak opętany, gdy chce ruszać.
Dojeżdżamy na miejsce raftingu. O obiecanym śniadaniu nikt nic nie słyszał. Trochę się denerwujemy.
Ubieramy kamizelki i kaski. Plecaki pakujemy do jakichś worków i oddajemy, pojadą samochodem. Nie za dużo zaufania? Podręczne rzeczy zamykamy w beczkach, które popłyną z nami w pontonach (umocowane sznurkiem).


Spływ zamiast czterech godzin trwa trzy i pół, w tym półtorej spędzamy na przerwach. Ale jest czadowo, zalewają nas fale, trzymam się pontonu skaczącego półtora metra do góry tylko dużym palcem nogi za jakąś linkę, a nasz sternik krzyczy, by wiosłować „sypo” (znaczy się „szybko”). [Naszą załogę uzupełnia samotna Japoneczka, jeszcze mniejsza od Małej Mi. Ale wiosłuje zawzięcie!].
Zatrzymujemy się na posiłek. Nasz opiekun wyciąga kapustę, jakieś konserwy i wspólnie robimy jedzenie. Z góry nadciągają dzieci z pobliskiej wioski. Jak wszędzie – ciekawskie, trochę nieśmiałe. Resztki jedzenia trafiają w ich ręce.
Kończy się spływ. Przebieramy się z mokrych ubrań, niemal na środku drogi robimy striptease. Po raftingu opiekun organizuje nam transport do parku. Polega to na tym, że wychodzi na szosę, macha i zatrzymuje cysternę. Ładujemy się do szoferki, w której oprócz kierowcy jest już dwóch pasażerów, razem jest więc dziewięć osób plus nasze niemałe bagaże. Aha, jest jeszcze pomocnik szofera – na dachu. Obsadę każdej ciężarówki stanowi kierowca i pomocnik, który zapewne przyucza się do zawodu. Pełni rolę żywego drogowskazu, wrzeszczy na mijane pojazdy lub stojących na drodze ludzi, jakimś tajemniczym kodem polegającym na stukaniu w dach szoferki porozumiewa się z kierowcą.
W tych trudnych warunkach jedziemy około godziny. Jest godz. 17.30. W wiosce czeka na nas od rana dwójka ludzi z parku Chitwan. Jeepem jedziemy 30 minut przez wieś, przez rzekę i przyjeżdżamy do parku, a właściwie do hotelu przy parku.


Jemy kolację i idziemy spać o 20.20. Straszna parówka, pot leje się strumieniami. [Nie mogłem wypełnić wniosku meldunkowego, bo w czasie pisania zamókł od potu.]

20 września 1997 roku, sobota
Rano „słoning”, czyli wędrówka na słoniu po parku. Widzimy jakieś jelenie i trzy nosorożce w wodzie.


Potem jeszcze spacerek do małego nosorożca. Po obiedzie spływ rzeką w łodzi wydłubanej z jednego pnia. Po drodze widać w oddali krokodyla. Wracamy piechotą przez farmę rozrodczą słoni, potem długo maszerujemy przez wieś. Parówka. Wrażenie robią rosnące w charakterze żywopłotu dwumetrowe kaktusy.
Nie pamiętam, kiedy zachodzimy do ludzi we wsi, zaglądamy do chaty (nawet zimno w środku). Rozmawiamy ze słynnym ujeżdżaczem nosorożców, podobno pierwszym, który tego dokonał, za co nawet został odznaczony przez króla. Pokazuje nam swoje rany odniesione w przygodach z nosorożcami.


Po kolacji program kulturalny w „remizie”. Kilkunastu chłopaków tańczy z kijami. Trochę kicz, ale sprawny i trudny pokaz. Dużo widzów, głównie Japończycy. Ciekawe skąd się wzięli, przecież w okolicy nie widać żadnych hoteli, a w naszym ośrodku jesteśmy tylko my. Na koniec pokazu wciągają nas do zabawy.


Po powrocie do ośrodka nasi kelnerzy z przewodnikiem dają pokaz śpiewu i tańca. Chyba walnęli po piwku.

21 września 1997 roku, niedziela
Rano oglądanie ptaków i spacer po dżungli (jest godzina 6 rano). Impreza raczej nieudana – nic nie zobaczyliśmy.
Pakujemy się i jedziemy do Pokhary. Ruszamy o godz. 12.00. Ok. 17.30 jesteśmy w Pokharze. Hotel podły, ale lepszy niż Delhi. Inne droższe, więc nie narzekamy. Najważniejsze, że jest piękny widok na Annapurnę IV i Machhapuchhare. Kolacja w towarzystwie sprzedawczyń jakichś wisiorków. Jesteśmy zmęczeni, więc trochę z nich żartujemy.


22 września 1997 roku, poniedziałek
Ryba choruje. Rano śniadanie w German Bakery obok hotelu. Potem taksówką (60 rupii) jedziemy do New Bazar – takie niby centrum. Kupujemy bilety na autobus do granicy na czwartek (6 x 200 rupii). Jemy obiad nad jeziorem, ja zamawiam momo, co okazuje się jakimiś pierogami [teraz każdy głupi wie, że momo to pierogi, ale wtedy to było odkrycie, że każda kuchnia świata ma swego pieroga]. Po obiedzie łódkowanie na jeziorze (50 rupii za godzinę). Śmiechu, Ewka i Ryba dopływają do świątyni na wyspie.


Wieczorem spacer wzdłuż jeziora do dzielnicy turystycznej. Jakieś problemy z prądem, wszędzie ciemno. Wracamy taksówką za 60 rupii.
Po własnej kolacji plany dalszej podróży. Stwierdzamy, że nudno tu, a w góry przecież i tak nie pójdziemy. Decydujemy się wyjechać w środę, jeśli będzie można zmienić bilety.

23 września 1997 roku, wtorek
Rano ładny widok na góry.


Jedziemy do New Bazar zamienić bilety z czwartku na środę. Chyba się udało, choć dziadek w punkcie sprzedaży biletów wydaje się nic nie rozumieć.
Potem taksówką jedziemy do Swiss Bakery (150 rupii) w dzielnicy turystycznej. W Swiss Bakery nie jest rewelacyjnie. W pobliskim sklepie robimy zakupy na drogę – konserwy mięsne, fasolkę.
Obiad jemy w German Bakery.
Zaczyna padać deszcz. Wieczorem po spakowaniu idziemy do German Bakery na kolację. Kupuję gazetę. W „Kathmandu Post” czytamy o wynikach wyborów w Polsce. Ciekawe, że w prasie nepalskiej jest kilkakrotna informacja o tych wyborach i w ogóle pisze się o Europie. Hindusi są bardziej zapatrzeni w siebie – w ich gazetach prawie wcale nie ma wieści spoza Indii.
Zapoznawszy się z wynikami wyborów przy kawiarnianym stoliku tworzymy różne warianty koalicji. [Na pierwsze głosowanie za granicą poczekam jeszcze 17 lat.]

24 września 1997 roku, środa
Emocjonujący dzień. Rano o godz. 5 pobudka. Czekamy na autokar, który ma podjechać o 6.30. Góry są bardzo piękne rano. Obserwujemy wschód słońca, które przesuwa się powoli po ośnieżonych szczytach (tzn. światło słoneczne wędrujące po górach). Widać dość wyraźnie Annapurnę.
Już powoli wątpimy w przyjazd autobusu, gdy o 6.50 jest. Podróż długa i męcząca. Droga coraz gorsza. W Polsce polne drogi są lepsze.


Trzęsie straszliwie i ok. 60 km przed Sonauli wysiada resor. Zaczyna w dodatku padać. Niezrażeni gramy w karty. Awaria resoru to widać rutyna, bo coś tam sprawnie i bez paniki reperują. Nie znam się na tym, ale podobno wyłączają statecznik. Śmiechu mówi, żeby wyjąć różańce. Z prędkością 20 km na godzinę jedziemy obok 100-metrowych przepaści. Koszmar, każdy przechył może zakończyć się długim i ostatecznym lotem. Dojeżdżamy do jakiegoś miasta. W warsztacie reperują resor.
Dojeżdżamy do Sonauli (granicy indyjskiej) z czterogodzinnym opóźnieniem. Przechodzimy na piechotę przez granicę dzielącą miasto czy rynek na pół. Trzeba bardzo uważać, by nie przegapić urzędnika nepalskiego.
Witajcie Indie. Znów syf, kiła i mogiła. Po przejściu granicy jedziemy dużą rikszą kilkaset metrów do przystanku autobusowego. Zaraz nas wsadzają w autobus, robią sześć miejsc. Po drodze dwie kontrole celne (kilkadziesiąt kilometrów od granicy). Jakieś takie na odwal, ale jednego Hindusa zatrzymują, bo przemycał komórki. Dość szybko, po dwóch godzinach jesteśmy w Gorakhpur. Od razu na stację, ale biletów już nie udaje się załatwić, bo jest po 20.00.
Pobliski hotel Elora jest podły, gorący i głośny, ale tani (225 rupii za czwórkę). W nocy gryzą pchły i komary.

25 września 1997 roku, czwartek
Po wyjściu przed hotel spotykamy nagiego świętego mędrca, a mała dziewczynka wali nam kupę prosto pod nogi.
Wymieniamy dolary (po 35,25 rupii za dolara) [a miewaliśmy już kurs 38] i ruszamy na dworzec po bilety. Od nikogo nie można się nic dowiedzieć, ale trafiamy w końcu do kasy dla cudzoziemców, kobiet, dziennikarzy i seniorów. Dużo mają „dziennikarzy” (bo ci młodzi śniadzi mężczyźni to chyba nie kobiety, seniorzy czy cudzoziemcy).
Najpierw wypychają nas z kolejki, a kasjer obsługuje kilkanaście osób naraz. Robimy akcję, ja i Śmiechu bierzemy Małą Mi w środek, rozpychamy się i opanowujemy kasę. Nikt oprócz nas nie ma dostępu. Taki styl. Inaczej nie załatwilibyśmy biletów przez kilka godzin. Kupujemy bilety do Bombaju na godz. 13.30. Będziemy pojutrze o 4 rano. Bierzemy lepszą klasę niż poprzednio (I zamiast II), więc może wytrzymamy. Mamy dwa przedziały – czteroosobowy i dwuosobowy.

26 września 1997 roku, piątek
Piątek upłynął spokojnie. Cały dzień w pociągu. Rżniemy w karty i obserwujemy widoki.


W którymś momencie mamy gościa. Wchodzi funkcjonariusz GRP – taki sokista. Przysiada się i usiłuje gadać, choć nie zna angielskiego. Ma za to mały słownik angielsko-hinduski, w dodatku rysunkowy. Zdaje się na wyposażeniu każdego takiego urzędnika. Chwali się swoim nożem i macha nim (przyjaźnie), wtem nagle budzi się Beta i mało nie umiera ze strachu, gdy widzi przed nosem ostrze 20-centymetrowego „scyzoryka”.
Wieczorem kąpiel w kiblu – polewamy się z butelki. Naprawdę udana kąpiel.

27 września 1997 roku, sobota
Rano pobudka o godz. 4 rano, wysiadka w Bombaju. Obleśna stacja gdzieś z dala od centrum. Otwierają nam pokój dla pasażerów I klasy. Wnosimy tam bagaże i szukamy taksówki. Tzn. szukamy taniej. Mamy.
Jedziemy do dworca centralnego [Victoria Terminus, a właściwie od 1996 roku Chhatrapati Shivaji Terminus]. Dziewczyny zostają w poczekalni, a my szukamy autobusu na Goa. Zgarnia nas taksówkarz, wiezie do biura turystycznego, które sprzedaje bilety na Goa. Po drodze wymieniamy u niego pieniądze. Jest wesoły, chce nam załatwić panienki („bez robaków”) i śpiewa. Ale wymięka, gdy ja z tylnego siedzenia intonuję w odwecie „Jeszcze jeden mazur dzisiaj”. Daje w panice po hamulcach.
Kupujemy bilety, ściągamy z dworca dziewczyny, zostawiamy bagaże w biurze i jedziemy zobaczyć miasto – krótko, dłużej zamierzamy zabawić tu w drodze powrotnej.
Najpierw Gateway of India nad morzem, w pobliżu ekskluzywny hotel Taj Mahal.


Potem chcemy zajrzeć do portu, ale nas nie wpuszczają. Długo jedziemy do wiszących ogrodów [Ferozeshah Mehta Garden]. W pięknych okolicznościach przyrody wymiotuję (to po wegetariańskim śniadaniu). Wracamy do biura. Rzygam w taksówce na tapicerkę, przez okno. Taksówka staje, rzygam dalej. Nie patrząc na moje torsje, otacza mnie wianuszek żebraków.
Po przyjeździe siedzę pod biurem i umieram.
Kupujemy bilety na drogę powrotną Bombaj-Agra na wtorek za tydzień. Z biletami kolejowymi zawsze jest problem, więc lepiej mieć je wcześniej.
Podróż strasznie męcząca – od godz. 13.30 do 7 rano [Z perspektywy Nepalu Goa wydaje się leżeć obok Bombaju. To „obok” okazało się liczyć 600 km]. Najpierw awantura w autobusie o miejsca. Gdy mija pół godziny kłótni między Hindusami, włączam się ja i klnę jak szewc – po polsku, ale wystarczy intonacja. W końcu ruszamy. [Przy okazji dowiadujemy się, że w Indiach godz. 14.00 (to miała być godzina odjazdu) to jest to samo, co godz. 13.30, o której odjechaliśmy. Czyli że szczęśliwi czasu nie liczą... Dobrze, że nie przyszliśmy na ostatnią chwilę].

28 września 1997 roku, niedziela
Rano przyjeżdżamy na Goa. Naganiacze wskakują w biegu do autobusu. W pewnym momencie jest ich chyba dziesięciu [przez chwilę sądziliśmy, że to napad]. Busikami (300 rupii za dwa) jedziemy do Calangute Beach. Bierzemy w pensjonacie Biały Dom trzy dwójki po 200 rupii za dzień (początkowo chcieli 400 rupii). Jest dwutygodniowa przerwa między sezonami (letnim i jesiennym), więc właściciel spuszcza z tonu.
Robimy spacer nad ocean. Śpimy. Obiad. Kąpiel w morzu, kąpiel w łazience. Pranie.


29 września 1997 roku, poniedziałek
Rano spacer do sklepu, ale czynny od 9.00, w środy zamknięty, ciekawe dlaczego.
Wypożyczamy skutery [nie miałem wtedy jeszcze prawa jazdy, więc było mi obojętne, że ruch jest lewostronny].


Jedziemy do fortu. Taki sobie mały bastion nad morzem, obok luksusowy hotel.
Obiad jemy nad morzem w mieście. Kura słodko-kwaśna miała chyba 100 lat i porąbana była siekierą.
Kąpiel w morzu przed obiadem w samo południe. Skwarka. Po obiedzie przejażdżka na skuterze. Zachód słońca na plaży. Kicz, ale pięknie. Kolacja w pokoju z produktów kupionych w sklepie. Przejażdżka nocą. Gra w karty.

30 września 1997 roku, wtorek
Kolejny dzień na motorze. Rano śniadanie w Bakery, które znaleźliśmy w mieście. Jazda do Panaji, ok. 20 km. Fajna zabawa.
Na Old Goa dwa kościoły, muzeum archeologiczne.


W Panaji pytamy o autobus do Bombaju, mówią o jakimś strajku. Gość w barze dementuje. Wracamy do Calangute na obiad w Bakery, ale nic nie ma do jedzenia. Rybie podmieniają motor [zapewne niechcący, bo każdy podobny do siebie, a kluczyki proste jak pogrzebacz], więc zostajemy jednak zjeść to, co jest, może gapowicz się zreflektuje, że odjechał nie swoim pojazdem. Spięcie z Ewką, ona ma swoje jedzenie, więc uważa, że wszystko jest OK. Wychodzę z Betą. Inne knajpy w Calangute też nie mają nic ciekawego, więc jedziemy w kierunku fortu. Pozamykane. Z wyprawy na obiad robi się przejażdżka. Dojeżdżamy do fortu. Ładne widoki. Wracamy okrężną drogą. Kupujemy arbuza (po 30 rupii za sztukę).
Kąpiel w morzu.
Na kolację arbuz, bułki z serem i rosół Knorra.
Wieczorem karty w „restauracji na piachu” przy strasznej ulewie.

1 października 1997 roku, środa
Dzień na motorach. Odnajduje się pojazd Ryby. Rano śniadanie w Bakery. Dym przy jajkach (nie można dostać trzech, choć wczoraj było to możliwe) i niemiła atmosfera.
Targ w Anjuna Beach. Ostre targowanie: czapka – 20 rupii, chusta – 36, bransoleta – 5, sakiewka – 10.


Znów kłótnia z Ewką, kupiła swoje i chce natychmiast wracać, nie poczeka pięciu minut. Wracamy w minorowych nastrojach, oddzielnie.
Po obiedzie porozumienie [Śmiechu łagodzi obyczaje]. Obiad w jakiejś knajpie. Ciastka na plaży.
Kąpiel w morzu. Szukamy łodzi na jutro. Popłyniemy oglądać delfiny. Przejażdżka nocą motorem.

2 października 1997 roku, czwartek
Rano płyniemy łodzią rybacką oglądać delfiny (1000 rupii za sześć osób). Widzimy z kilku metrów parę rodzin tych morskich ssaków. W sumie nic rewelacyjnego, a rzygać od bujania się chce. Wypływamy 300 metrów w morze [Ocean Indyjski], spędzamy na wodzie godzinę. Przy wychodzeniu na ląd morze zabiera mi klapka.


Po obiedzie idziemy szukać transportu do Bombaju. Autobusy turystyczne strajkują. Za specjalny przewóz chcą 5-6 tys. rupii. Jest pociąg ze wsi o 40 km stąd, ale nie da się tu zarezerwować biletów.
Kupuję fujarkę na kobry za 100 rupii. Ananas za 20 rupii.
Wracamy z Betą rikszą za 30 rupii, bo skuterów już nie mamy. Leżymy trzy godziny i czekamy na porę obiadową, czyli 18.00, bo wcześniej „only drinks”. Jemy w Golden Eye – przy zachodzie słońca.

3 października 1997 roku, piątek
Rano Ryba i Mała Mi pojechali kupić bilety na pociąg, bo strajk autobusów trwa.
My do miasta na zakupy. Beta kupuje klipsy za 75 rupii.
Zachodzimy do biura turystycznego. Autobusy jednak jeżdżą, bo strajk się skończył. Wraca Ryba i Kryśka, biletów nie kupili, więc idziemy do Calangute po bilety na autobus. Okazuje się jednak, że strajk znowu jest. Udaje się nam kupić bilety na poniedziałek, po 200 rupii.
Na Bombaj będziemy mieli tylko jeden dzień. Spędzimy tu jeszcze trzy dni, więc znów pożyczamy skutery (300 rupii od sztuki).
Obiad w restauracji wegetariańskiej Udupi Vegetarian plus kawałek pizzy od Ewki równa się rzyganie wieczorem.

4 października 1997 roku, sobota
Wcześnie rano (godz. 7) pobudka, śniadanie w Bakery. Jedziemy do Margao, Ryba z Kryśką gubią się, ale odnajdują. Targ pełen suszących się ryb i ogród w Margao. Colva Beach – łodzie na morzu, kobiety na brzegu, ryby na betonie się suszą.


Pięknym wybrzeżem zbliżamy się do Vasco da Gama. Miasto portowe, jest plaża. Ale jakoś bez restauracji.


Wracamy bez przerwy jakieś 40 minut. Przejechaliśmy 130 km.
Kąpiel w morzu.
W Golden Eye jemy z Betą spaghetti.
Przejażdżka nocą, korek. Ewka zaczyna gorączkować.

5 października 1997 roku, niedziela
W nocy Śmiechu przychodzi do nas po lekarstwa dla Ewki, która nadal gorączkuje. Rano jedziemy do Bakery na śniadanie, a potem (bez Śmieszków) do Mapusy. Spore miasteczko, ale nic ciekawego. Znajdujemy biuro, które nas powiezie do Bombaju, ale facet coś ziewa o strajku. Podobno strajkują właściciele autobusów przeciwko rządowi. Wracamy przez Anjuna Beach, tym razem jest pusta, a potem jeszcze zajeżdżamy na plażę nad kanałem.


Do Ewki przychodzi lekarz. Bada ją z pewną nieśmiałością, wydaje się, że mimo iż jest lekarzem, wstydzi się dotykać białej dziewczyny. „Ma gorączkę” – stwierdza na koniec, bierze 150 rupii i wychodzi.
Na obiad bułki i serek (wariant oszczędnościowy). Potem przejażdżka z Betą po okolicznych wioskach, jest pięknie, robimy sobie zdjęcia.
Beta kąpie się w morzu, my rżniemy w karty. O 19.00 odprowadzamy skutery do Calangute. Wracamy rikszą do naszego White House.
Kolacja z Betą w Palm Court, czyli w „restauracji na piachu”. Zamawiamy chwalony przez Rybę kotlet wegetariański. Rozczarowanie.
Wieczorem ponownie karty.

6 października 1997 roku, poniedziałek
Rano śniadanie osobiste w pokoju, czyli parówki frankfurckie z puszki. Pakowanie.
Wyjeżdżamy do Calangute w sprawie biletów, bo podobno znów jakiś problem. Znowu strajk, tym razem polega na tym, że autobus jedzie tylko do Pume, odległego od Bombaju o kilkadziesiąt kilometrów. Nie mamy jednak wyjścia – musimy jechać. Czeka na nas jutro pociąg. Cóż, przez te strajki nie zobaczymy Bombaju, ale trzeba się spieszyć, bo za tydzień odlatujemy.
Wracamy, jemy długi spokojny obiad w Palm Court.
Po obiedzie właściciel hotelu (za pieniądze, a co!), wiezie nas do Mapusy, skąd odjeżdżać ma autobus.


Znajduje się jakiś facet gotów nas zawieźć czymś w rodzaju aro do Bombaju za 440 rupii od osoby. Na wszelki wypadek i z przyzwyczajenia targujemy do 375 rupii. Mamy w końcu autobus, który zaraz przyjedzie, poza tym nie można oddać biletów. Facet w biurze Paulo Travels odmawia, odsyłając do sprzedawczyni w biura Alfan w Calangute, w którym kupiliśmy bilety.
Czekamy już dwie godziny, a autobusu nie ma. Kierowca aro nalega, żeby jechać. Obok czeka grupa studentów z Kanady. Wśród nich jest Polka. Rozmawiamy sobie, mówi o swoich przeżyciach. Jest jeszcze bardziej wychuchana niż my, więc ciężko znosi trudne indyjskie warunki. Przebywają tu na jakimś stażu naukowym.
Po trzech godzinach nie wierzymy w przyjazd autobusu, mimo że z biura nadchodzą co chwila wieści, że „już jedzie”. Wchodzimy zdesperowani do biura, z zamiarem zrobienia dymu. Pracownik biura ma złamaną rękę, więc zaczynamy od sugestii, że złamiemy i drugą. Dalej już na chama – zamykamy drzwi od środka, przeglądamy leżące na stole dokumenty, odbijamy sobie na różnych kartach pieczątki. Nic z tego. W końcu Hindus wytrąca nam wszelkie argumenty – pokazuje, że na naszym bilecie jest napisane Paulo Holidays, on zaś jest Paulo Travels, więc czego właściwie od niego chcemy? Nie potrafi tylko wyjaśnić, czemu przez 3,5 godz. podawał nam co kwadrans wiadomości na temat autobusu, który to już niby jedzie.
Machamy ręką na 1200 rupii i jedziemy. Wyruszamy o godz. 21.00. Podróż trwa 14 godzin, jest niewygodnie i, uwaga!, zimno w nocy, ale w końcu się jedzie.
Po drodze w którymś z miasteczek napotykamy na święto religijne i pełniącego przy nim służbę hinduskiego skauta.


7 października 1997 roku, wtorek
Nad ranem, gdy wjeżdżamy do Bombaju zatrzymuje nas policja. Wydaje się, że łapie łamistrajków. Nasz przewoźnik dostaje mandat, chyba za jazdę bez koncesji. Pochłania to z połowę jego zarobku, ale to nie nasz biznes.
Bombaj to ogromne miasto, jedziemy przez nie do centrum prawie dwie godziny.
Zaczyna się niemiła atmosfera, bo Hindus zaczyna marudzić, że nie dowiezie nas do Victoria Terminus, bo nie wie gdzie to jest, nie może, nie potrafi. Albo boi się jechać na dworzec (żeby nie skasowali go organizatorzy strajku), albo chce wynegocjować jeszcze trochę pieniędzy.
Może rzeczywiście jednak nie wie, gdzie to, bo zatrzymuje taksówkę i każe się prowadzić do VT. Wysadza nas po pół godzinie kilkaset metrów przed stacją. Dalej nie pojedzie, każe się przesiąść do taksówki. Wsiadamy do taksówki, a taksówkarz nie chce jechać. Cholera wie, co go ugryzło. Po kilkunastu minutach mówi, że za dużo bagażu. Wysiadamy zdenerwowani. Inny taksówkarz, który się temu wszystkiemu przyglądał, oferuje się, że podrzuci nas za 150 rupii. Każemy mu się wypchać.
Łapiemy w końcu inną taksówkę. Indii do końca nie zrozumiesz nigdy. Taksówkarz godzi się jechać według licznika. Ostrzegamy kierowcę, żeby nie kluczył, bo wiemy, gdzie jest stacja. O dziwo, jedzie prosto, a na liczniku jedna rupia. Dajemy mu dychę, a on na to, że za dużo. Albo ktoś z nas nie znał angielskiego, albo on miał jakieś święto religijne i musiał być uprzejmy wobec klientów.
Dekujemy się w poczekalni I klasy. Dzielimy się na trójki – jedna się kąpie pod prysznicami (są takie w poczekalni I klasy, ale są gorsze niż w najgorszym polskim internacie), a druga idzie jeść i wymieniać pieniądze [oprócz dolarów mieliśmy też marki, ale jakoś niemiecka waluta nie wzbudziła zaufania bombajskich cinkciarzy, nie potrafili ustalić jej kursu].
O godz. 18.10 idziemy na peron. Czekamy na pociąg do Agry. Na peronach pełno szczurów, które buszują z lubością w nieczystościach [no gówno jedzą, sorry]. Dziewczyny umierają. Wsiadamy do naszego Air Condition. Jest nieźle. Hindusi z wyższej klasy, kulturalni i spokojni. Na kolację omlet z cebulką z pobliskiego wagonu restauracyjnego. Śpimy smacznie.


8 października 1997 roku, środa
Rano zamawiamy śniadanie do łóżeczka – znów omlet. Wszyscy zaczynają czuć zbliżający się koniec, zaczynają żałować, że już powoli wracamy.
Na obiad jeszcze raz omlety i kotlety wegetariańskie. Płacimy za wszystkie posiłki przy wysiadaniu, w pośpiechu. Błąd. Oszukują nas na dwa sposoby – raz wpisując więcej niż zjedliśmy, dwa i tak zawyżając rachunek. W plecy 180 rupii.
Wysiadamy w Agrze o 17.20. Oczywiście tłum naganiaczy. Bierzemy trzy riksze motorowe po 20 rupii do hotelu Kamel, choć to podobno daleko i zły hotel, jak nas zapewniają. W Kamelu brak miejsc (czyżby?), więc jedziemy do Sigharta, bardzo blisko Tadź Mahal. Wybieramy długo pokoje, przechodzimy przez dwójki za 80, 100, 150, 200 i 250 rupii. W końcu Śmieszki i my bierzemy pokoje po 200, Ryba i Kryśka zadowalają się pokojem za 100 rupii.
Kolację zjadamy na jakimś dachu. Kelner proponuje nam szwindel z ubezpieczeniem – można zarobić 3000 rupii i jeszcze pomieszkać w ładnej klinice. Z ciekawości pytamy siedzącego obok znudzonego Holendra, który wygląda na takiego, co zna Indie od podszewki, co by zrobił. – Jak nie musicie, to nie wchodźcie w ten interes – mówi.
Spacer pod Tadź Mahal (już zamknięty). Wcześniej umawiamy się na jutro z rikszarzem na cały dzień – dwie riksze po 100 rupii. Opracowujemy plan zwiedzania.

9 października 1997 roku, czwartek
Rano o godz. 7.00 pobudka. Śniadanie w restauracji Gulshan (ta sama, co wieczorem) za 15 rupii (jajko, dwa tosty, dżem, herbata, płatki kukurydziane z mlekiem).


O 8.20 ruszamy z rikszarzami. Najpierw dworzec kolejowy, próba rezerwacji biletów, ale na pociąg Ranjab Mail, który by nam pasował, nie sprzedają biletów (stacja przelotowa, a komputery wyraźnie nie w sieci). To może autobus? Za drogo i za długo jedzie.
Odwiedzamy Red Fort. W sumie podobny do tego w Delhi.
Wielki Meczet już nie robi na nas wrażenia.
Rikszarze korzystają oczywiście z okazji i wiozą nas do zakładu wytwarzającego mozaiki. Wszystko da się przewidzieć – oglądamy pracowników w akcji (szlifują, dopasowują kamyki), potem – „Jesteśmy jedynym takim zakładem w Delhi”, a na końcu oczywiście – zaproszenie na zaplecze, gdzie czeka nas regularny sklep. Ceny kosmiczne – w dziesiątkach i setkach dolarów (stoły, rzeźby, makiety Tadź Mahal – wszystko w białym kamieniu, zdobionym kolorowymi kamykami).


Robimy przerwę na obiad w restauracyjce obok hotelu. Fatalna baranina.
Potem Tadź Mahal. Wejście przez bramki antyterrorystyczne, dużo kontroli, straży. Dbają o swoją narodowość świętość. Imponujące i piękne. [Tak imponujące i piękne, że napisałem piosenkę].


Wracamy przez ulicę handlową. Długie handlowanie. Jednym ze sprzedawców jest Kanadyjczyk. Kupujemy kamienne podstawki.
Wracamy do riksz. Jedziemy do Mughal Bazaar, gdzie kupujemy liście z rysunkami i dwie koszulki. Pójdą na prezenty.
Wracamy do hotelu i spławiamy rikszarzy, już pijanych ze szczęścia i wypitego piwa.
Potem chcemy jeszcze robić zakupy na piechotę. Idziemy w strasznym brudzie, upale, w dodatku nie ma prądu, więc cała ulica zadymiona jest przez spaliny z generatorów [Oj, czyż nie tu był słynny napis „Green Agra – clean Agra”?].


W końcu wsiadamy w cztery riksze rowerowe po dwie rupie każda. Oczywiście rikszarze biorą prowizję od sklepikarzy, więc wychodzą na swoje. Zajeżdżamy do czterech sklepików, na końcu do wytwórni dywanów. Pełen show – pokaz robienia, prezentacja kilkudziesięciu dywanów. Nie mamy zamiaru niczego kupować (ceny od 200 dolarów w górę).
Wracamy do Gulshan Restaurant na kolację. Spotykamy tam przechodzących w pobliżu Polaków. Gadamy z nimi ponad godzinę. Przyjechali tu na pół roku, studiują archeologię.

10 października 1997 roku, piątek
Rano o godz. 5.50 pobudka. O 6.00 jesteśmy już pod Tadź Mahal. Niezły tłumek ludzi chcących zobaczyć Tadź o wschodzie słońca. Szczerze mówiąc jedyną korzyścią z przyjścia o tej porze jest mały tłok, bo widoki takie sobie. Udaje się zrobić nielegalne zdjęcia w środku.


Śniadanie u jakiegoś dziadka obok naszego starego znajomego z Gulshan Restaurant. Dziadek ma sklep ze starociami na zapleczu, więc oczywiście nas do niego prowadzi, ale nic nie kupujemy.
Wracamy do hotelu, pakujemy się i z rikszarzami z poprzedniego dnia jedziemy na dworzec (25 rupii za rikszę).
Kupujemy bilety na II klasę do Delhi (54 rupie) i o 12.00 ładujemy się do pociągu. Oczywiście musieliśmy powalczyć o jakieś miejsca, bo bilety bez miejscówek. Konduktor zażądał dopłaty, bo jesteśmy w wyższej klasie (utargowaliśmy, że zapłacimy tylko za cztery bilety).
Zaskakująco szybko jesteśmy w Delhi – tylko trzy godziny podróży. Przy wysiadaniu okazuje się, że ukradli nam kamerę ze wszystkimi kasetami. Tragedia. Po wyjściu z dworca mamy ochotę zabić każdego Hindusa.
Idziemy na Main Bazaar [wróciliśmy na tę ulicę po miesiącu i wiele osób nas pamiętało, głównie dzięki mnie, który mam tam na zawsze honorowy przydomek Big Boss - w Indiach rozmiar ma znaczenie], gdzie oglądamy kilka hotelów i wybieramy Ashoka Ocean. 175 za dwójkę (bierzemy dwie).
Obiad w German Bakery – oczywiście sznycel z kurczaka. Tym razem bez problemów. Mięso – pełnia szczęścia.
Jedziemy na Palika Bazaar. Duży podziemny kompleks handlowy. Trochę lepsze rzeczy niż na Main Bazaar. Kupujemy:
- sukienkę dla teściowej za 120 rupii (sprzedawca dobrze gadał po polsku, miał medal z Janem Pawłem II),
- kompakt z indyjskim disco (175 rupii).


Kolacja u „Niemców”. Wcześniej telefon na lotnisko. Wszystko OK, ale opłata lotniskowa jest większa – 750 rupii.

11 października 1997 roku, sobota
Rano śniadanie w German Bakery. Hindus obsługuje bardzo powoli.
Jedziemy na Bazar Tybetański. Beta kupuje trochę taniej biżuterii. Potem rikszarze wiozą nas do jakiegoś sklepu.


Potem jedziemy do Karl Bagh Market, ulica handlowa, ale dla tubylców.
Expo – wystawa w Indira Gandhi Stadion. Żadne Expo, raczej Impo, bo towary z innych krajów.
Wracamy na Main Bazaar. Jeszcze zakupy, ja kupuję bęben za 200 rupii.
Znów jedziemy na Palika Bazaar, Beta kupuje dwie sukienki.
Kolacja u „Niemca”, spacer i zakupy na Main Bazaar. Beta kupuje plecak za 60 rupii.

12 października 1997 roku, niedziela
Zwiedzamy Delhi w dwóch rikszach (2 x 60 rupii):
- Laxminarayan Temple,
- Muzeum Kolejnictwa (nic ciekawego),
- sklep z dywanami, udajemy zainteresowanych, targujemy cenę, obiecujemy, że jutro kupimy. Wszystko po to, by mieć tanią rikszę (wozi nas przez pięć godzin po całym Delhi za małe pieniądze),
- Qutab Minar.


Na koniec bierzemy odwet za wszystkie nasze krzywdy (kamera!) i umawiamy się na jutro (w tym czasie będziemy już w Rumunii).
Wieczorem opuszczamy hotel – zadyma, chcieli za dużo pieniędzy. Nie było wyjścia, musieliśmy zapłacić, bo zamknęli drzwi.
Załatwiamy taksówkę na lotnisko (200 rupii). Miasto trochę czystsze, za chwilę ma przylecieć królowa Elżbieta II. Nie zauważyliśmy, niestety. [CNN podało, że w tamten weekend w Delhi wybuchły trzy bomby, jedna osoba zginęła, a kilkanaście zostało rannych.]
Opłata portowa – 750 rupii od łebka.
Dosłownie ostatnich 28 rupii wydajemy na dwie cole i sok jabłkowy.
Odlatujemy o godz. 23.00.
Kolacja w samolocie ohydna, zjadamy dwie kanapki.

13 października 1997 roku, poniedziałek
Śniadanie jeszcze gorsze, leżące od kilku godzin omlety, wszystko oczywiście o smaku curry.
Oczekiwanie na lotnisku w Bukareszcie – sześć godzin.
Nareszcie lot do Warszawy. Wsiadamy do samolotu od tyłu. No, nie wygląda to najlepiej. W środku przy starcie stewardesa zapiera nogą niezamykające się drzwi od jakiegoś pomieszczenia.
Zjadamy za to pyszne śniadanko, nareszcie europejskie.
Szybka odprawa [Mała Mi robi wrażenie na pograniczniku hinduskimi elementami stroju i entuzjastycznym uśmiechem, który tłumaczy jako radość z powrotu do kraju] i o 12.50 jesteśmy za zieloną linią. Dzwonię do gazety, rozmawiam z Rafałem. Wita nas Zelman i ojciec Kryśki. O godz. 15.50 w Olsztynie.
Rafał wita nas chlebem i solą w naszym mieszkaniu, którym się opiekował. Witamy w kręgu „cywilizacji” europejskiej. No, witamy...